Hrabiowie i inni

W Polsce tytuły szlacheckie nigdy nie przyjęły się i nigdy nie uzyskały takiej popularności jak na Zachodzie. Ominął nas cały ten wodewilowy spektakl hrabiów i markizów, baronów i komesów, baronetów i margrabi. Wcześnie, bo już uchwałą sejmu z roku 1638 postanowiono, aby „tytułów żadnych, ani świeższych ani dawniejszych, któreby aequalitatem nobilitatis znosić miały, zażywać, ani nowych upraszać nikt nie powinien, i w kancelariach królewskich, grodzkich, ziemskich dawane, ani przyjmowane być nie mają, oprócz tych, które są w Unii przyjęte”. Tytuły comites i barones pojawiły się co prawda za Łokietka i Kazimierza Wielkiego, ale były to jedynie tytuły doradców królewskich. Nie były dziedziczne i nikt, kto nie pełnił funkcji wojewody, kasztelana, podkomorzego czy sędziego nie miał prawa ich używać. Kiedy król Jagiełło ożenił się z Elżbietą z Pileckich Granowską, która miała syna z pierwszego małżeństwa, zażyczył sobie, by jego pasierbowi nadano tytuł hrabiowski. Kanclerz koronny, Wojciech Jastrzebiec, zdecydowanie odmówił przyłożenia pieczęci, bo nie wolno mu było zatwierdzać czegoś, co było niezgodne z ustawami narodowymi. Nawet jeżeli było to życzenie króla.

Podobno pierwszym szlachcicem, który postarał się o tytuł hrabiego, był Rafał Leszczyński, pozostający w służbie cesarza Fryderyka III, i to od niego otrzymał tytuł hrabiego na Lesznie w roku 1476. Dopiero potem i inni zaczęli ubiegać się o pergaminy na hrabstwa austriackie. Chowali je jednak w swoich rodowych skarbcach, bo było nierozważnie i niebezpiecznie popisywać się nimi przed szlachtą. Następca Fryderyka II, cesarz Maksymilian, zorientował się w korzyściach płynących z próżności i pychy polskich szlachetków i szafował tytułami jeszcze hojniej. Tym samym sposobem i tanim kosztem zyskiwali sobie stronników kolejni austriaccy władcy, Karol, a potem Ferdynand. Najostrzej całą tę kwestię postawiła polska konstytucja z roku 1673 za Michała Korybuta, bo ustanowiła infamię i obłożyła hańbą wszystkich, którzy zabiegali o tytuły cudzoziemskie. Od tego czasu, niestety, zmieniło się wiele.

Andrzej Bobkowski

Curaçao, wyspa należącą do archipelagu Małych Antyli, położona w południowej części Morza Karaibskiego. A. Bobkowski dotarł tam na statku „Jagiełło” bodaj w lipcu 1950 roku. Gdy statek zacumował w porcie, władze holenderskie zezwoliły na zejście na ląd wszystkim z wyjątkiem Niemców. Było to zarządzenie „odwetowe” – odwet za rajdy niemieckich łodzi podwodnych, które podpływały tam w czasie wojny i bombardowały z morza bezbronne miasto. „Sądzę, że na całym świecie powinno się jeszcze przez długi czas przypominać im takimi drobnymi zarządzonkami, czym byli. Żeby za wcześnie nie wyobrazili sobie, że wszystko jest w porządku, darowane i przebaczone. Albo, co gorsza, aby z tego okresu nie urobili sobie bohaterskiej legendy, wspaniałego zrywu Niemiec. Bo już i do tego zaczynają przejawiać pewne skłonności. A. Bobkowski pisze te słowa w roku 1950, a dzisiaj „bohaterska legenda” Niemców jest już faktem – na fotografii pamiątkowej z ostatnich odchodów D-Day, w pierwszym rzędzie, wśród przywódców państw alianckich siedzi dumna i uśmiechnięta … Angela Merkel. Chwilę wcześniej serdecznie ściskała dłoń brytyjskiej królowej, Elżbiety II. Niemcy już nam wybaczyli wszystko, co nam zrobili – nie ma się o co gniewać. Jak ironicznie zauważa Bobkowski.