Cesarstwo Wschodniorzymskie, Cesarstwo Bizantyjskie, Bizancjum. Znamy te określenia, słyszeliśmy je zapewne wiele razy. Bardziej dociekliwi wiedzą nawet, że powstało w ramach podziału imperium rzymskiego, że istniał jakiś kodeks Justyniana, słyszeli coś o cesarzowej Teodorze, o upadku Konstantynopola, o bizantyjskim zbytku i przepychu, o bizantyjskiej przewrotności i obłudzie. Media również używają czasem, zwłaszcza gdy mowa o przywilejach władz, naładowanych pejoratywnie określeń typu „bizantyjskie zwyczaje”, „bizantyjska czołobitność”, „bizantyjska polityka”. Zwykle jednak gdzieś w tym miejscu, mniej więcej, kończy się nasza powszechna wiedza o Bizancjum. Czy nie wydaje się to być dziwne? W szkole nawet w moich, zamierzchłych już czasach, o Bizancjum ledwo wspominano, a podejrzewam, że w tej chwili jest jeszcze gorzej i nazwa ta wcale nie pojawia się na lekcjach historii. Spotkałem ludzi, którzy uważają, że Istambuł zawsze nazywał się Istambuł, a Konstantynopol to takie starożytne miasto, które już od dawna nie istnieje. Potrafimy, gdy zachodzi potrzeba, zadać gwałt naszej pamięci i wymienić kilka imion cesarzy rzymskich, powieści, filmy i telewizyjne seriale spopularyzowały co bardziej malownicze postacie, jak Kaligula, Klaudiusz, Cezar czy Neron, ale czy z równym powodzeniem udałoby się nam wymienić kilka imion z długiej listy cesarzy bizantyjskich? Z całą pewnością – nie. O Bizancjum wiemy mało. Zgoła nic. Przez tysiąc lat to wspaniałe, a tak słabo dziś znane państwo, walczyło o to, żeby Europa mogła być tym, czym jest obecnie. Stworzyło niezwykłą, barwną i twórczą cywilizację, która łącząc ortodoksyjne chrześcijaństwo z pogaństwem, klasyczne greckie wykształcenie z rzymską sprawnością administracyjną, zdołała przez tysiąc lat stawiać opór nawale islamu. A my prawie nic o tym nie wiemy. Bizancjum nie ma w naszej pamięci. Bizancjum nie jest częścią naszej historii. Jak to jest możliwe? Czy nie jest to wynikiem szkalującej i wrogiej propagandy ze strony uczestników zachodnich krucjat? Krucjat, które zamiast walczyć z islamem, zajmowały się rabunkiem bogatego Konstantynopola, jak „słynna” krucjata z roku 1204, gdy „bogobojni” krzyżowcy wdarli się do miasta, plądrując je przez trzy dnie i urządzając bezprzykładną rzeź jego chrześcijańskich mieszkańców? Ten moment to nie tylko zdobycie chrześcijańskiej stolicy przez innych chrześcijan, rabunek i zniszczenie bezcennych zabytków wspólnej kultury, ale również zniszczenie ciągłości Cesarstwa Bizantyjskiego. Może w naszej, europejskiej niechęci do mówienia, a już szczególnie mówienia o Bizancjum dobrze, leży coś więcej niż zwykły brak zainteresowania tym niby „orientalnym tematem”? Może nie chcemy pamiętać o tamtej zbrodni albo – jeżeli już nie da się jej ukryć – przynajmniej pomniejszyć jej rozmiary szkalując pokonanego? Stara, wypróbowana taktyka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że opinia o Bizancjum została ukształtowana przez zachodnioeuropejskich przywódców ruchu krucjatowego, że jest ich wątpliwym alibi, obrosłym w ciągu setek lat kłamliwymi mitami i stereotypami, alibi, które my wciąż bezmyślnie powtarzamy. No cóż, Bizancjum upadło, a historię – jak zawsze i wszędzie – pisali zwycięzcy.
Tag: Kaligula
Saparmurat Nijazov
Jakże chętnie ekscytujemy się dziwactwami dawnych władców i półbogów: Kserkses biczujący niesforne morze, wszystkie ekscesy Nerona, Heliogabala, Kaliguli, wyczyny sułtana Ibrahima I, aberracje Karola VI i cesarza Zhengde, chimery Ludwika Drugiego Bawarskiego, lista ekscentryków i psychopatów jest długa. Zwykle jednak, gdy mamy na myśli takie szaleństwa, odwołujemy się do przykładów z historii, podczas gdy nasze pozornie bardzo oświecone czasy – w tym względzie przynajmniej – wcale i w żaden sposób nie ustępują dawnym. Współczesność jest pełna Kserksesów i Heliogabali. Choćby Saparmurat Nijazov, od 1991 roku absolutny władca Turkmenistanu. Po zdobyciu władzy natychmiast zmienił nazwy miesięcy roku – styczeń nazwany został jego imieniem, a reszcie miesięcy przydzielił imiona krewnych. Podobnie uczynił z dniami tygodnia, a także ulicami i budynkami. Zakazał noszenia brody i złotych zębów, a balet uznał … za pornografię. W swojej Nibylandii powołał Ministerstwo Uczciwości i spłodził, zapewne wzorując się na Mao-tse-tungu, książeczkę pod tytułem Ruhnama. Jest to rodzaj zbiorku wyjątkowo kiepskich wierszy, równie kiepskiej autobiografii heroicznej, jeszcze bardziej kiepskiej fikcji historycznej, mizernej książki kucharskiej, poronionego przewodnika duchowego tudzież dziesiątków porad żywieniowych dla Turkmenów. Znajomość tej wiekopomnej pracy była dla wszystkich Turkmenów obowiązkowa nawet podczas egzaminu na prawo jazdy. W stolicy istnieje olbrzymi posąg tej książki. Otwiera się ona i w regularnych odstępach czasu słychać cytaty z niej. Po to, by jej przekaz miał zasięg jak największy, Turkmenbasza wystrzelił jeden z jej egzemplarzy w kosmos. Trzykrotne przeczytanie Ruhnama było uznawane za warunek wstąpienia do muzułmańskiego raju. To, zresztą, tylko nieliczne z „genialnych” pomysłów turkmeńskiego satrapy. Kaligula, mianujący senatorem swego konia, może wydawać się przy nim niemal filozofem. Ale najśmieszniejsze jest to, że wszystko to ma miejsce w twojej i mojej rzeczywistości, w bardzo oświeconym dwudziestym pierwszym wieku. Na pewno oświeconym?
Cezonia
Cezonia była czwartą żoną cesarza Kaliguli. Zginęła razem z nim przebita mieczami spiskowców 24 stycznia 41 roku. Miało to miejsce w przejściu na widownię cyrkową. Razem z nimi zabita została także ich kilkuletnia córka, Julia Druzylla – uśmiercono ją uderzając jej główką o ścianę.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.