Termy

Termy, codzienność i chluba Rzymu. Wiemy, że już w 33 r. p.n.e. było w samym Rzymie 170 małych łaźni, a w V wieku ich liczba wzrosła do ponad 850 – publicznych, jak i prywatnych. Do najsłynniejszych i największych zalicza się termy Nerona, do dziś na via di S. Eustachio zachowały się z nich dwie kolumny, termy Tytusa, usytuowane obok Koloseum, wybudowane w miejscu, gdzie wcześniej znajdowało się jedno ze skrzydeł Złotego Domu Nerona, termy Trajana czy olbrzymie Termy Karakalli, z których jednorazowo mogło korzystać ponad półtora tysiąca osób.

Podziwiamy je i nigdy nie myślimy o technicznej stronie ich funkcjonowania. Tymczasem tylko te największe z nich zużywały nie mniej niż 10 ton drewna dziennie. Podziemia term Karakalli mogły podobno swobodnie pomieścić 2000 ton drewna, czyli zapas wystarczający na siedem miesięcy. Jeżeli to wszystko pomnożyć przez ilość term, mniejszych i większych w całym mieście, a potem przez setki lat ich działalności, suma będzie astronomiczna. Skutkiem tego było wylesienie ogromnych połaci lasów w Europie i w basenie Morza Śródziemnego oraz zagłada dziesiątków gatunków zwierząt i całych lokalnych ekosystemów. Drewno płynęło do Rzymu nie tylko pełnomorskimi statkami zresztą i nie tylko po Morzu Śródziemnym, ale i wszystkimi spławnymi rzekami cesarstwa. Wielkie barki, które rzekami dostarczały drewno do stolicy, nie wracały potem do swoich macierzystych przystani. Nie warto było holować ich pod prąd, wymagałoby to zbyt wielu nakładów. Rzymianie znaleźli prostsze rozwiązanie – ponieważ były zrobione z drewna, rozbierano je i sprzedawano na wagę, czyli dzieliły los ładunku, który dostarczały.                                       

Najdłużej jednak przetrwały termy nie w zachodniej, lecz we wschodniej części Cesarstwa – w Bizancjum. Odkrycia archeologiczne potwierdzają, że jeszcze w VI wieku n.e. Aleksandria wydawała niemal jedną trzecią swego budżetu tylko na ogrzewanie łaźni. We wschodnich prowincjach Syrii, w Judei i Arabii, w rejonach ścierania się wpływów chrześcijańskich, rzymskich i islamskich, termy, zwykle niewielkie, ewoluowały stopniowo w rzymsko-arabską hybrydę. Przede wszystkim całkowicie znikły gimnazjony, a frigidarium przekształciło się w miejsce towarzyskich spotkań. I to właśnie ta hybryda została następnie zaadoptowana przez Turków, którzy natrafili na nią w miastach bizantyjskich Azji Mniejszej oraz arabskich w Egipcie i Syrii i przekształciła się w łaźnię turecką, czyli hamam. Jej bywalcy nie myli się już jak Rzymianie we wspólnym basenie, lecz przy umywalniach, a łaziebni energicznie ich namydlali i masowali szorstką rękawicą, co zastąpiło rzymski strigił i nacieranie oliwą. Jest swoistym paradoksem, że to hamam pozostał jedynym żyjącym potomkiem rzymskiej tradycji kąpielowej i pośrednio sprawił, że zwyczaj mycia się powrócił następnie rykoszetem do średniowiecznej Europy.

Turcy, po podbiciu Bizancjum, zaadoptowali sporo z greckich i rzymskich cywilizacyjnych zdobyczy, w tym również termy, ale nigdy nie stały się one ich codziennym zwyczajem, jak w starożytnym Rzymie. Hamamu zażywano raz w tygodniu lub raz na dwa tygodnie. Nigdzie poza antycznym Rzymem kąpiele nie były i nie stały się tak popularne i tak pospolite. Ironia historii polega na tym, że termy powróciły po wiekach do Europy jako „turecka łaźnia” i dla wielu Europejczyków wciąż są wynalazkiem, który Turcy przynieśli ze sobą z bezdrzewnych i bezkresnych stepów z których pochodzą.

Grobowiec Aleksandra

Kiedy ten wszedł do miasta z całym wojskiem, udał się najpierw do świątyni, złożył wiele hekatomb w ofierze i ołtarze obsypał hojnie kadzidłem. Stamtąd pospieszył do grobowca Aleksandra i zdjąwszy płaszcz purpurowy, jaki nosił, pierścienie z drogimi kamieniami, pas i wszystko, co miał na sobie kosztownego, złożył to na trumnie Aleksandra – odnotował Herodian. Opis dotyczy wizyty w Aleksandrii cesarza Karakalli, który przybył tam w 216 roku. I jest to ostatnia wiadomość ze starożytności na temat tego wciąż nieodkrytego grobu. Od tego momentu urywa się wszelka w miarę pewna wiedza o lokalizacji grobowca. Późniejsze relacje na ten temat są fragmentaryczne i często sprzeczne. Jako ostatni wspomina o nim angielski poeta, podróżnik i tłumacz, Georg Sandys w The Relation of a Journey, pracy wydanej na początku siedemnastego wieku, choć historycy twierdzą, że zawarty w niej opis jest tylko powtórzeniem wcześniejszej relacji, pochodzącej z kroniki arabskiego kronikarza Leona Afrykańczyka. Swoistym paradoksem w tej sprawie jest to, że chociaż znamy już dość dobrze topografię antycznej Aleksandrii, wiemy, gdzie znajdowała się Biblioteka, Serapeum, pałace Ptolemeuszy, znamy nazwy starożytnych dzielnic, rozkład ulic i położenie świątyń, to o miejscu pochówku Aleksandra wciąż nic nie wiemy. Grób Aleksandra i grobowiec Kleopatry, dwa najbardziej kultowe miejsca antyku, zlokalizowane w tym samym mieście, ulotniły się tak doszczętnie, że – posługując się słowami Lukana – Etiam periere ruinae, znikły nawet ruiny. Nie ma po nich ani śladu, prawie jak z całej Aleksandrii hellenistycznej. Leonard Woolley, archeolog angielski, napisał w pracy W poszukiwaniu przeszłości, że „wszystkie starożytne miasta powinny być zasypane popiołem przez jakiś pobliski wulkan. Badacz terenowy z zazdrością przygląda się w Pompei wspaniale zachowanym budowlom, nienaruszonym aż do drugiego piętra domom, freskom ściennym i umeblowaniu obiektów mieszkalnych, zachowanych w takim stanie, w jakim porzucili je uciekający przed niebezpieczeństwem mieszkańcy”. Aleksandria miała pecha. W jej pobliżu nie było żadnych wulkanów. Były za to gigantyczne tsunami, trzęsienia ziemi i powtarzające się przez wieki, równie katastrofalne w skutkach, paroksyzmy ludzkiej nienawiści – wpierw zainicjowane przez dekrety teodozjańskie niszczenie budowli i posągów „pogańskich”, potem równie niszczycielskie zapędy wyznawców Allaha.