Wojna i zwierzęta

Trwająca 4 lata I Wojna Światowa pochłonęła 14 milionów ofiar. To przeważnie wiemy. Niewielu z nas wie natomiast, że w czasie tej wojny wykorzystano około 11 milionów zwierząt pociągowych, głównie koni. Wojskom alianckim, w ramach uzupełniania ponoszonych strat, w pewnym momencie dostarczano około tysiąca koni dziennie. Ich umieralność była niewiarygodnie wysoka. Ginęły od pocisków i bomb, od gazów bojowych, ginęły z chorób, często z wycieńczenia i głodu, były chore i znerwicowane. Przez lazarety przeszło ich ponad 2,5 mln – trafiały tam z chorobami skóry, ranne, skrajnie wyczerpane. Według statystyk trzy czwarte z nich wracało potem na front. Liczbę końskich ofiar po wszystkich stronach zakończonej w 1918 roku wojny szacuje się na 8-9 mln. Tylko Brytyjczycy wykorzystali w czasie I wojny światowej około 1 mln koni rodzimych oraz sprowadzonych z USA i Kanady za łączną sumę 36 mln funtów. Ocalało z tej hekatomby zaledwie 60 tys. Podczas wojny rzadko pamięta się o zwierzętach. Po wojnie nie pamięta się o nich wcale.

To, co znika

Pewne rzeczy znikają bezpowrotnie. Odchodzą z życia, stają się zbyteczne, zapominamy o nich niemal z dnia na dzień. Kto jeszcze dzisiaj wie – poza historykami i fachowcami – że dziesiątki ewolucji, jakich kiedyś uczono konie, nie były wcale cyrkowymi popisami, że miały w tamtym czasie znaczenie wojskowe? Uczono je stawać na tylnych nogach, aby koń opadał na przednie nogi równocześnie z uderzeniem miecza, przez co cios nabierał większej siły; wolty i pół wolty pozwalały jeźdźcom uniknąć ataku przeciwnika; skoki w powietrze, uderzanie kopytami w przód i do tyłu miały na celu uwolnienie się jeźdźca od zbyt bliskiego kontaktu z przeciwnikiem, etc. Ile takich zjawisk odeszło i uległo zapomnieniu? Ile przetrwało jedynie na zakurzonych, bibliotecznych półkach? Czasem myślę, że każde pokolenie, odchodząc, zabiera jakąś część swego świata ze sobą. Co my zabierzemy?