Przed krucjatą

Michael Haag, „Tragedia templariuszy”. Pod koniec drugiej połowy X i od początku XI wieku Palestyna znajdowała się pod panowaniem tureckich Seldżuków. Pielgrzymi po drodze do Ziemi Świętej padali ofiarą grabieży, napadów i publicznych prześladowań. Często przez długie tygodnie wzbraniano im dostępu do Grobu Pańskiego, głodowali, wielu umierało z powodu wycieńczenia i chorób. Ci z nich, którym udało się pokonać wszystkie przeciwności i mieli tyle szczęścia, by powrócić cało do domu, rozpowszechniali wieści o straszliwej sytuacji na Wschodzie. Wyznawca islamu, syryjski kronikarz Al-Azimi, szczegółowo opisał ostatnią pielgrzymkę przed epoką krucjat. Według jego relacji chrześcijańscy pielgrzymi, zarówno Bizantyjczycy, jak i al-Franj, czyli mieszkańcy Europy Zachodniej, zostali – jak to dyplomatycznie wyraził – „powstrzymani” w ich podróży do Jerozolimy, a ci, którzy przeżyli – co w oczywisty sposób wskazuje na masakrę – rozpuścili wieści o tym w rodzinnych krajach. Al-Azimi jako jedyny muzułmański kronikarz dostrzegał związek przyczynowo-skutkowy i zauważył, że to z powodu rzezi chrześcijanie przystąpili do przygotowań do kampanii, która stała się pierwszą krucjatą, zauważa Haag.

Ostatnie zachowane relacje dotyczące Palestyny sprzed epoki wypraw krzyżowych pochodzą od Ibn al-Arabiego, uczonego muzułmańskiego, który w latach 1093-1096 przebywał w Jerozolimie. Uczony nie ukrywał, że nawet po czterystu pięćdziesięciu latach od podboju muzułmańskiego Jerozolima nadal była miastem głównie chrześcijańskim i w równym stopniu dotyczyło to całej Palestyny. Pisał: Kraj jest ich, ponieważ to oni uprawiają ziemię, utrzymują klasztory i dbają o kościoły.

Bizancjum

Cesarstwo Wschodniorzymskie, Cesarstwo Bizantyjskie, Bizancjum. Znamy te określenia, słyszeliśmy je zapewne wiele razy. Bardziej dociekliwi wiedzą nawet, że powstało w ramach podziału imperium rzymskiego, że istniał jakiś kodeks Justyniana, słyszeli coś o cesarzowej Teodorze, o upadku Konstantynopola, o bizantyjskim zbytku i przepychu, o bizantyjskiej przewrotności i obłudzie. Media również używają czasem, zwłaszcza gdy mowa o przywilejach władz, naładowanych pejoratywnie określeń typu „bizantyjskie zwyczaje”, „bizantyjska czołobitność”, „bizantyjska polityka”. Zwykle jednak gdzieś w tym miejscu, mniej więcej, kończy się nasza powszechna wiedza o Bizancjum. Czy nie wydaje się to być dziwne? W szkole nawet w moich, zamierzchłych już czasach, o Bizancjum ledwo wspominano, a podejrzewam, że w tej chwili jest jeszcze gorzej i nazwa ta wcale nie pojawia się na lekcjach historii. Spotkałem ludzi, którzy uważają, że Istambuł zawsze nazywał się Istambuł, a Konstantynopol to takie starożytne miasto, które już od dawna nie istnieje. Potrafimy, gdy zachodzi potrzeba, zadać gwałt naszej pamięci i wymienić kilka imion cesarzy rzymskich, powieści, filmy i telewizyjne seriale spopularyzowały co bardziej malownicze postacie, jak Kaligula, Klaudiusz, Cezar czy Neron, ale czy z równym powodzeniem udałoby się nam wymienić kilka imion z długiej listy cesarzy bizantyjskich? Z całą pewnością – nie. O Bizancjum wiemy mało. Zgoła nic. Przez tysiąc lat to wspaniałe, a tak słabo dziś znane państwo, walczyło o to, żeby Europa mogła być tym, czym jest obecnie. Stworzyło niezwykłą, barwną i twórczą cywilizację, która łącząc ortodoksyjne chrześcijaństwo z pogaństwem, klasyczne greckie wykształcenie z rzymską sprawnością administracyjną, zdołała przez tysiąc lat stawiać opór nawale islamu. A my prawie nic o tym nie wiemy. Bizancjum nie ma w naszej pamięci. Bizancjum nie jest częścią naszej historii. Jak to jest możliwe? Czy nie jest to wynikiem szkalującej i wrogiej propagandy ze strony uczestników zachodnich krucjat? Krucjat, które zamiast walczyć z islamem, zajmowały się rabunkiem bogatego Konstantynopola, jak „słynna” krucjata z roku 1204, gdy „bogobojni” krzyżowcy wdarli się do miasta, plądrując je przez trzy dnie i urządzając bezprzykładną rzeź jego chrześcijańskich mieszkańców? Ten moment to nie tylko zdobycie chrześcijańskiej stolicy przez innych chrześcijan, rabunek i zniszczenie bezcennych zabytków wspólnej kultury, ale również zniszczenie ciągłości Cesarstwa Bizantyjskiego. Może w naszej, europejskiej niechęci do mówienia, a już szczególnie mówienia o Bizancjum dobrze, leży coś więcej niż zwykły brak zainteresowania tym niby „orientalnym tematem”? Może nie chcemy pamiętać o tamtej zbrodni albo – jeżeli już nie da się jej ukryć – przynajmniej pomniejszyć jej rozmiary szkalując pokonanego? Stara, wypróbowana taktyka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że opinia o Bizancjum została ukształtowana przez zachodnioeuropejskich przywódców ruchu krucjatowego, że jest ich wątpliwym alibi, obrosłym w ciągu setek lat kłamliwymi mitami i stereotypami, alibi, które my wciąż bezmyślnie powtarzamy. No cóż, Bizancjum upadło, a historię – jak zawsze i wszędzie – pisali zwycięzcy.