Wyobraźmy sobie

Wyobraźmy sobie hordy krzyżowców z Polski, Czech, Litwy, Ukrainy, Słowenii, Rumunii, Łotwy, i kilku innych krajów Europy Wschodniej, zdążające powiedzmy do Madrytu czy Kadyksu, okupowanych przez muzułmanów. Nie powinno to być aż tak trudne. Znamy to z historii. Wschodni krzyżowcy pokonują więc kolejne państwa, góry, rzeki i granice i pewnego dnia docierają do Paryża. I już nie posuwają się dalej. Podstępem zdobywają Paryż, dokonują rzezi jego mieszkańców, przez kilka dni grabią i rabują wszystko, co może przedstawiać jakąś wartość, a resztę niszczą i wydają na pastwę płomieni. Płonie Luwr, z obrazu Mona Liza pozostaje tylko rama ziejącą pustką, na posadzce leżą resztki strzaskanej Wenus z Milo, płonie paryska Biblioteka Narodowa i miliony jej bezcennych woluminów. Naoczny świadek tych scen, jakiś paryski Choniates, w swojej zapiskach z tych dni określi tych wschodnich barbarzyńców mianem „heroldów Antychrysta”. Inny, wzorem Mikołaja Mesaritesa, przedstawi ich jako bestie opętane żądzą wojny, bestie z wyrazem mordu i chciwości w oczach, odmaluje przejmujące sceny gwałtów i tortur, mordowania kobiet i noworodków. A potem zdobywcy, na ruinach Paryża, powołają do życia Cesarstwo Paryskie.

Niemożliwe? Trudno to sobie wyobrazić? A właściwie dlaczego? Właśnie to wydarzyło się w Konstantynopolu 12 kwietnia 1204 roku. Miasto zostało zdobyte podstępem przez hordy krzyżowców i przez kilka dni przeżywało orgię morderstw i rabunku. W jego dziewięćsetletniej historii wielokrotnie było oblegane przez pogan, ale tamtego dnia, kwietniowego dnia wpadło nie w ręce pogan, nie w ręce Turków czy Hunów, lecz współwyznawców, ludzi, którzy ślubowali wyzwolić z rąk muzułmanów Jerozolimę, ale zamiast udać się do Ziemi Świętej „wyzwolili” chrześcijańskie miasto nad Bosforem. Ot, drobiazg, niewinne przeoczenie. Po zajęciu Konstantynopola i wyniszczeniu Cesarstwa Wschodniego utworzono na jego miejscu Cesarstwo Łacińskie. Wielowiekowy dorobek kultury materialnej Cesarstwa, pamiątki i dzieła czasów starożytnych, wręcz mityczne skarby tego miasta zasiliły tabory i sakiewki rabusiów bądź po prostu uległy zniszczeniu.

Ponurą konsekwencją IV krucjaty był podział ziem cesarstwa między Bizantyńczyków i łacinników. Grecy utrzymali Epir, cesarstwo nicejskie i cesarstwo Trapezuntu. Łacinnicy zajęli Macedonię z Tesalonikami, Konstantynopol, Trację, Tesalię, Attykę, Peloponez, co ważniejsze wyspy Morza Egejskiego oraz północno-zachodnią część Azji Mniejszej. Michał VIII Paleolog, zdolny polityk, strateg i dyplomata, zdołał w roku 1261 przywrócić panowanie Bizantyńczyków w Konstantynopolu, ale z dawnego imperium pozostały już tylko szczątki. Bez mała cały Peloponez, księstwo Aten oraz wiele wysp pozostawało w rękach łacinników. Zachód, a przede wszystkim te rody feudalne, które zyskały fortuny na Wschodzie dzięki IV „krucjacie”, wcale nie zamierzały zresztą pogodzić się z utratą Konstantynopola. Groźba rekonkwisty bizantyńskiej, której głównym propagatorem był Karol Andegaweński, władca Sycylii, była bardziej niż realna. Cesarz, zagrożony więc od zachodu przez nową krucjatę i nieustannie atakowany od wschodu przez Turków, nie miał ani możliwości ani sił, by działać na dwa fronty. Musiał skupić się na zmaganiach z Zachodem, bo – paradoksalnie – był to przeciwnik nieporównywalnie groźniejszy w tamtym momencie. Efektem tego była tzw. unia lyońska, którą pozyskiwał papiestwo i neutralizował agresję łacinników. Owa unia zdołała ocalić Konstantynopol od kolejnej krucjaty, ale skłóciła i podzieliła wewnętrznie świat bizantyński. Los Cesarstwa był już przesądzony. Imperium Osmanów rosło tymczasem w siłę.

Tak, to Turcy zdobyli Konstantynopol. To prawda. Ale to nie oni zniszczyli Cesarstwo. Turcy, zdobywając Konstantynopol 29 maja 1453, zadali jedynie coup de grâce, cios łaski. Był to akt prawdziwego miłosierdzia, który pozwolił Cesarstwu odejść z desek dziejowej sceny z dumą i honorem. Miasto, opuszczone przez wszystkich, skazane tylko na siebie, walczyło i broniło się jeszcze przez pięćdziesiąt trzy dni, całą wieczność. Ostatni cesarz Bizancjum, Konstantyn XI, zginął w ulicznych walkach, a jego ciała nigdy nie odnaleziono.

Bizancjum

Cesarstwo Wschodniorzymskie, Cesarstwo Bizantyjskie, Bizancjum. Znamy te określenia, słyszeliśmy je zapewne wiele razy. Bardziej dociekliwi wiedzą nawet, że powstało w ramach podziału imperium rzymskiego, że istniał jakiś kodeks Justyniana, słyszeli coś o cesarzowej Teodorze, o upadku Konstantynopola, o bizantyjskim zbytku i przepychu, o bizantyjskiej przewrotności i obłudzie. Media również używają czasem, zwłaszcza gdy mowa o przywilejach władz, naładowanych pejoratywnie określeń typu „bizantyjskie zwyczaje”, „bizantyjska czołobitność”, „bizantyjska polityka”. Zwykle jednak gdzieś w tym miejscu, mniej więcej, kończy się nasza powszechna wiedza o Bizancjum. Czy nie wydaje się to być dziwne? W szkole nawet w moich, zamierzchłych już czasach, o Bizancjum ledwo wspominano, a podejrzewam, że w tej chwili jest jeszcze gorzej i nazwa ta wcale nie pojawia się na lekcjach historii. Spotkałem ludzi, którzy uważają, że Istambuł zawsze nazywał się Istambuł, a Konstantynopol to takie starożytne miasto, które już od dawna nie istnieje. Potrafimy, gdy zachodzi potrzeba, zadać gwałt naszej pamięci i wymienić kilka imion cesarzy rzymskich, powieści, filmy i telewizyjne seriale spopularyzowały co bardziej malownicze postacie, jak Kaligula, Klaudiusz, Cezar czy Neron, ale czy z równym powodzeniem udałoby się nam wymienić kilka imion z długiej listy cesarzy bizantyjskich? Z całą pewnością – nie. O Bizancjum wiemy mało. Zgoła nic. Przez tysiąc lat to wspaniałe, a tak słabo dziś znane państwo, walczyło o to, żeby Europa mogła być tym, czym jest obecnie. Stworzyło niezwykłą, barwną i twórczą cywilizację, która łącząc ortodoksyjne chrześcijaństwo z pogaństwem, klasyczne greckie wykształcenie z rzymską sprawnością administracyjną, zdołała przez tysiąc lat stawiać opór nawale islamu. A my prawie nic o tym nie wiemy. Bizancjum nie ma w naszej pamięci. Bizancjum nie jest częścią naszej historii. Jak to jest możliwe? Czy nie jest to wynikiem szkalującej i wrogiej propagandy ze strony uczestników zachodnich krucjat? Krucjat, które zamiast walczyć z islamem, zajmowały się rabunkiem bogatego Konstantynopola, jak „słynna” krucjata z roku 1204, gdy „bogobojni” krzyżowcy wdarli się do miasta, plądrując je przez trzy dnie i urządzając bezprzykładną rzeź jego chrześcijańskich mieszkańców? Ten moment to nie tylko zdobycie chrześcijańskiej stolicy przez innych chrześcijan, rabunek i zniszczenie bezcennych zabytków wspólnej kultury, ale również zniszczenie ciągłości Cesarstwa Bizantyjskiego. Może w naszej, europejskiej niechęci do mówienia, a już szczególnie mówienia o Bizancjum dobrze, leży coś więcej niż zwykły brak zainteresowania tym niby „orientalnym tematem”? Może nie chcemy pamiętać o tamtej zbrodni albo – jeżeli już nie da się jej ukryć – przynajmniej pomniejszyć jej rozmiary szkalując pokonanego? Stara, wypróbowana taktyka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że opinia o Bizancjum została ukształtowana przez zachodnioeuropejskich przywódców ruchu krucjatowego, że jest ich wątpliwym alibi, obrosłym w ciągu setek lat kłamliwymi mitami i stereotypami, alibi, które my wciąż bezmyślnie powtarzamy. No cóż, Bizancjum upadło, a historię – jak zawsze i wszędzie – pisali zwycięzcy.