List Ag

Ludzie wokół, taniec, podróże małe i duże. Cały listopad praktycznie byłam na walizkach, bo zaraz po Kubie wyjechałam na festiwal taneczny do Warszawy, a potem na delegację do Poczdamu.

Co do mojej podróży – chociaż było to coś zupełnie odmiennego niż się spodziewałam, nie żałuję, że zobaczyłam jak wygląda ta komunistyczna wyspa. Mam jednocześnie wrażenie, że tej części świata na razie mi wystarczy. Wróciłam pełna dość mieszanych odczuć, ale nadal … odczuć, co jest cenne. Tańczyłam salsę, piłam Cuba Libre, Mohito i Canchancharą, podziwiałam piękne, prastare amerykańskie Cadillaci i Chevrolety, kąpałam się w Morzu Karaibskim, paliłam cygara. Wiele mnie zaskoczyło: nie bez zdziwienia obserwowałam jak wiele radości jest w Kubańczykach, jak blisko siebie żyją, nie mając przecież zupełnie nic w sklepach. Dla mnie bardzo istotny był aspekt muzyczny, salsa otaczała nas z każdej strony, niestety, wypierający ją i beznadziejny reggaeton – również. Samo przebywanie tak daleko od domu – to jak bardzo świat kurczy się oraz to, że nagle na pytanie „skąd jesteś?” mówisz „z Europy”. Co ciekawe Kubańczycy kojarzyli coś takiego jak Polska i niemal za każdym razem odpowiadali „aaa, Polonia… Lewandowski!”. Wygląda więc na to, że mamy nowy „towar eksportowy”, który przebił Wałęsę. Na Kubie jest rzeczywiście bezpiecznie, wiele razy lądowaliśmy w dziwnych miejscach, o równie dziwnych porach, ale nikt nigdy nie chciał nawet próbować zrobić nam krzywdy – być może mają bardzo ostre więzienia albo może kradzież jest po prostu społecznie nieakceptowana. Momentami bywało rajsko – krajobrazy, przyroda, kolor morza i nieba. Krasowa dolina Viniales z rozlicznymi jaskiniami i zielonymi mogotami wyrastającymi z czerwonej gleby. Trynidad – bardzo urokliwe miasteczko, z wspaniałymi wieczorami muzycznymi na schodach słynnego Casa del Musica. Cienfuegos – czyste i spokojne, gdzie trafiliśmy na świetną kwaterę nad samym morzem, a jej gospodarze wspaniale nas podjęli. Widziałam tam też wiele zaskakująco pięknych kobiet. Były i minusy: podróżując po Kubie turyści żyją w bańce, owszem, można się bez większego problemu przemieszczać, ale dla turystów jest specjalna, odpowiednio wysoka cenowo oferta (obowiązują tam dwie waluty) i trudno cały ten system ominąć. Oczywiście, kilka razy nam się udało (np. przejechaliśmy jeden odcinek pociągiem, po której to przejażdżce stwierdziłam, że nie chcę już więcej rezygnować z klimatyzowanych autobusów). Havana – owiana legendą Buena Vista Social Club, brudna, śmierdząca i niezwykle uciążliwa. To ogromne miasto, ale gdyby nie zabytkowa zabudowa kolonialna, nie byłoby warte odwiedzenia. Tam też najbardziej „nęka” się turystów nagabywaniem, a także nieprzyjemnym naciągactwem.

Istotnym elementem mojej podróży była również Kanada, gdzie ludzie, mimo okropnej pogody, są niesamowicie życzliwi. W krótkim czasie i przy zupełnie beznadziejnej pogodzie zobaczyłam miasto przyszłości w amerykańskim stylu – Toronto, zaoceaniczny Paryż, czyli Montreal i wodospad Niagarę. Chciałabym jeszcze kiedyś tam wrócić, ale zdecydowanie latem!

Cieszę się, że naładowałam trochę moje baterie słoneczne, przed zimą jest to zdecydowanie dobry pomysł. Od kiedy wróciłam, nie przestaje mnie prześladować myśl, jak bardzo szaro jest u nas o tej porze roku i wciąż zadaję sobie pytanie, gdzie podziały się wszystkie liście na drzewach? Przyznaję jednak, że klimat tropikalny to dla mnie trochę za dużo, momentami bowiem bywało jak w łaźni parowej, a ja zawsze wolałam sauny suche. Całusy. Ag

 

Niebezpieczne dania

Blighia sapida, czyli tzw. ackee uprawiane są głównie na Jamajce i uważane są za narodowy owoc tej wyspy. Ackee to nazwa angielska zapożyczona z afrykańskiego języka twi. Dojrzałe owoce ackee mają kolor czerwony. Kształtem przypominają gruszkę, konsystencją awokado, a smakiem podobno orzech włoski. Ackee można zbierać tylko, gdy w pełni dojrzeją – niedojrzałe są bardzo trujące. Spożycie niedojrzałego ackee może wywoływać hipoglikemię i tzw. jamajską chorobę wymiotną, co jest śmiertelnie niebezpieczne. Dojrzałe owoce otwierają się samoistnie, ukazując trzy błyszczące czarne nasiona, otoczone białym lub żółtawym miąższem. Miąższ ackee jest podawany jako przysmak na śniadanie. Dojrzałe owoce ackee ze względu na zawartość wielu składników odżywczych, zwłaszcza kwasów tłuszczowych, kwasu stearynowego, witaminy A i białka, znajdują powszechne zastosowanie w kuchni jamajskiej. Popularna potrawa z ackee w roli głównej to ackee i saltfish, czyli owoce z dodatkiem suszonej ryby, pomidorów, cebuli i bammy (chleb jamajski). Mniej odważni mogą spróbować gotowe, zapuszkowane owoce ackee. Suszone nasiona i łupina owocu są też wykorzystywane do celów medycznych. Kraje w których jada się ackee to poza Jamajką także Kuba, Haiti, Dominikana i zachodnia Afryka. W niektórych krajach afrykańskich owoce te używane są do produkcji mydła.

Fugu to ryba, której charakterystyczną cechą jest to, że w momencie zagrożenia nadyma się jak piłka i wystawia dziesiątki kolców. W Japonii uchodzi za rarytas, choć jej jedzenie to przyjemność ekstremalna. Ryba zawiera w swoich wnętrznościach zabójczą dla człowieka substancje – tetrodotoksynę. Spożywanie jej najbardziej trujących organów czyli – wątroby i jajników – jest całkowicie zakazane. Tylko dobrze wykwalifikowany szef kuchni potrafi przyrządzić fugu tak, że pozostaje w niej jedynie minimalna ilość trucizny wywołująca jedynie uczucie kłucia i drętwienia języka. Zamówienie fugu jako przystawki to spory wydatek, ale im jest droższa, tym większa pewność, że dobrze przyrządzona. Fugu uśmierciła już wielu swoich koneserów, ale mimo to nadal kusi niepowtarzalnie delikatnym smakiem. Po zjedzeniu trującej części fugu następuje paraliż wszystkich mięśni, ale ofiara zatrucia jest w pełni świadoma tego, co się dzieje. W końcu umiera wskutek uduszenia. Naukowcy odkryli, że trujące właściwości ryby wynikają z jej diety w naturalnym środowisku, dlatego fugu hodowlana nie jest już trująca i można jeść wszystkie jej części.

Lobelius eucaryota, nazywany kariotem, to mały, niemal okrągły, zielony grzybek. Wygląda uroczo, niemal radośnie, mała, intensywnie zielona kulka. Gdy występują w grupie, choć niezmiernie rzadko, przypominają rozsypane okrągłe szmaragdy. Wbrew mitom i potocznym przekonaniom, że trujące grzyby są niesmaczne, gorzkie i mają nieprzyjemny zapach, kariot – podobnie jak muchomor sromotnikowy – ma bardzo łagodny smak i zapach, nie ciemnieje po ucisku, a ślimaki i owady jedzą go bez jakiejkolwiek dla siebie szkody. Występuje w Górach Pontyjskich i górach Taurusu, niekiedy też w regionach, gdzie oba te łańcuchy górskie zbiegają się i przechodzą w Wyżynę Armeńską. Ten mały, twardy jak kasztan grzybek, zawiera cały rejestr silnych trucizn (amatoksyny, fallotoksyny, muskaryna, muscymol, kwas ibotenowy, by wymienić tylko kilka). Jego jedyną jadalną częścią jest obły korzonek, a dokładniej ta jego część, która znajdowała się w ziemi. Karmelizowany w miodzie, z dodatkiem przypraw, jest podobno przysmakiem za którym wzdychają smakosze z całego świata. Za sto gram tego rarytasu płaci się astronomiczne ceny, a mimo tego chętnych nie brakuje. Jednak prawdziwa cena za spożycie tego „niebiańskiego” grzybka może być znacznie wyższa. Może nią być natychmiastowa śmierć – wystarczy, że korzonek zostanie przycięty o setne milimetra za wysoko. Nie ma żadnych odtrutek, kariot jest naładowany truciznami niczym bomba kasetowa, zgon następuje w ciągu kilku sekund.

Dzięki popularności sushi i sashimi, nikt już nie uważa jedzenia surowych owoców morza za wyzwanie. Jednak koreańskie danie sannakij różni się nieco do sushi, gdyż w tym przypadku owoce morza nie są wcale martwe. Małe, żywe ośmiornice w języku koreańskim nazywane nakji, są krojone i polewane olejem sezamowym. Kiedy potrawa ląduje na talerzu, macki nadal się wiją i za pomocą wciąż aktywnych przyssawek danie delikatnie migruje po talerzu. Można sobie wyobrazić, co się dzieje w buzi smakosza. Jeśli przyssawki przyczepią się do przełyku, mogą powodować uduszenie, dlatego sannakji trzeba zjeść szybko. Potrawa podawana jest wyłącznie na odpowiedzialność klienta. Wprawieni w jedzeniu sannakji Koreańczycy podkreślają, że uczucie, jakie powodują przesuwające się w przełyku macki, to ciekawe doświadczenie.

Żaba rycząca (nazywana też żabą byk) uchodzi za przysmak w Namibii. Mieszkańcy Namibii jedzą ją w całości, usuwając jedynie przewód pokarmowy. W innych krajach afrykańskich je się często tylko jej poszczególne części – na przykład udka. Skóra i organy wewnętrzne żaby zawierają trujące toksyny, które powodują niewydolność wątroby. Śmiertelne może być spożycie kilku takich żab. W restauracjach w Namibii nie spotyka się raczej potraw z tej żaby. Jedzą ją mieszkańcy w swoich domach. Żaba ta zamieszkuje m.in. tereny Angoli, Botswany, Kenii, Malawi, Mozambiku, Namibii, RPA , Tanzanii, Zambii, Zimbabwe. Jej waga może dochodzić aż do dwóch kilogramów.

Cassava, czyli bogaty w węglowodany maniok, jest podstawą żywienia w wielu krajach Afryki. Jego długie bulwy o brązowej, chropowatej skórce są suszone i przerabiane na mąkę lub granulki. Gotowany maniok może zastąpić ziemniaki, a mąka z manioku jest używana do zagęszczania potraw. Ma mnóstwo witamin, jest pożywny i smaczny. Niestety jest też trujący. Niektóre odmiany manioku zawierają duże ilości trującego cyjanku i w wypadku niewłaściwego przygotowania mogą wywołać zatrucie pokarmowe, a nawet doprowadzić do choroby zwanej w Afryce konzo albo mantakassa, powodującej paraliż. W jednym kilogramie świeżych korzeni manioku znajduje się (w zależności od jego odmiany) od 20 do 100 mg cyjanku. Śmiertelna dawka dla człowieka to 50 mg. Zarówno liście, jak i bulwy manioku nie mogą być więc spożywane na surowo i bez odpowiedniego przygotowania.

Hakarl to tradycyjna potrawa z rekina grenlandzkiego. Świeże mięso rekina ma toksyczne właściwości. Jest trujące ze względu na wysoką zawartość kwasu moczowego, dlatego mięso nadaje się do spożycia dopiero po procesie fermentacji. Rekin, zaraz po złapaniu, zakopywany jest pod ziemią na okres od 2 do 6 miesięcy. Islandczycy czekają, aż mięso się rozłoży, po czym wykopują je, kroją na kawałki i tak podają do jedzenia. Hakarl ma silny zapach amoniaku i bardzo intensywny smak. Pocięte kawałki rekina podaje się z islandzką wódką z ziemniaków o kminkowym aromacie. Można je kupić w islandzkich sklepach. Anthony Bourdain, znany z jedzenia najdziwniejszej żywności na świecie, twierdzi, że hakarl jest najbardziej obrzydliwą rzeczą, jaką kiedykolwiek jadł.

Meduzy z Echizen, największe spośród gatunków meduz żyjących u wschodnich wybrzeży Azji, są kolejnym japońskim przysmakiem mającym właściwości trujące. Gigantyczne meduzy, które ważą nawet 200 kilogramów, są sporym utrapieniem rybaków – rozrywają im sieci i wyjadają tuńczyki. Do tego rozmnażają się bardzo szybko i ciężko zapanować nad ich populacją. Japończycy wymyślili więc, że potężny jamochłon może stać się przysmakiem. Tak też się stało, mimo jego trujących właściwości. Oddzielenie parzydełek zawierających śmiertelnie groźny jad to prawdziwa kucharska sztuka, ale im większe ryzyko, tym większa przyjemność z jedzenia.