Smutek prezentyzmu

Francuski antropolog Claude Lévi-Strauss, autor słynnej pracy „Smutek tropików”, napisał kiedyś, że przyjmowanie zachodniego modelu życia przez inne społeczeństwa nie było skutkiem spontanicznego wyboru, lecz braku wyboru. Opinia ta zawiera sugestię, że „zły biały człowiek” i jego przewaga technologiczna nie dały innym kulturom żadnych szans, by mogły rozpowszechnić się na świecie, stanowiąc jakąś lepszą i godniejszą alternatywę dla jakiegoś lepszego i godniejszego życia, choć nikt nigdy nie pokusił się o to, by sprecyzować na czym to godniejsze życie miałoby polegać.

Lévi-Strauss, skądinąd wybitny antropolog, miał zdaje się żałośnie ograniczoną wiedzę na temat powstawania i rozwoju społeczeństw, bowiem nie ma w naszych dziejach przypadku społeczeństwa, które „spontanicznie” dokonało wyboru modelu swego życia. Ten proces ma znacznie bardziej skomplikowany przebieg, ale opinia wyrażona przez Lévi-Straussa, jak każdy zręczny i efektowny bon mot, jest chętnie i często powtarzana przez wielu bezmyślnych entuzjastów prezentyzmu. Tymczasem prawdziwą przyczyną dominacji kultury zachodniej w świecie jest to, że żaden inny model żadnej innej kultury nie okazał się być tak uniwersalny, by mógł stanowić jakąkolwiek alternatywę. Co mogły oferować totalitarne i okrutne imperia mezoamerykańskie, hermetyczna i zrytualizowana kultura chińska czy japońska, koczownicy  z głębi azjatyckich stepów, Indianie obu Ameryk, społeczność Aborygenów czy Beduinów? Nic z tego nie mogło pretendować do miana modelu wystarczająco uniwersalnego, by mogli to zasymilować  ludzie różnych ras i różnych kontynentów. Zachód przewyższa inne kultury pod każdym względem i w każdej dziedzinie – powiedzmy to głośno i wyraźnie. Zwolennicy prezentyzmu sugerują czasem, że na przykład przeciętna wiedza botaniczna czy zoologiczna Europejczyka jest wręcz żenująco niska w porównaniu z tą, jaką mają choćby pewne plemiona „pierwotne” i fakt ten powinien być dla nas lekcją pokory. Niestety, jest to argument dziecka z piaskownicy, które zapewnia, że jego łopatka i jego wiaderko są lepsze, bo są koloru zielonego. Plemiona pierwotne muszą orientować się w tym, co mogą zjeść i jakie zwierzę jest dla nich niebezpieczne, gdy bezmyślnie pętają się po dżungli. Mieszkańcy zachodniego świata szczęśliwie dawno już uwolnili się od tego typu prymarnych „potrzeb”, a znajomość właściwości różnych kwiatków, roślin i zwierzątek, grzecznie skatalogowana w podręcznikach do biologii i botaniki, nie jest im potrzebna do sensownego funkcjonowania na co dzień w ich własnym środowisku. Nie żyją przecież w dżungli, gdzie taka wiedza może być przydatna czy niezbędna w każdej chwili. W papuaskim języku tewa morfologiczny opis liści zawiera 40 terminów, sadzonki kukurydzy określa się 15 różnymi słowami, Eskimosi mają dziesiątki słów na określenie śniegu, co według prezentystów ma być dowodem na wyższość tych kultur nad europejską, ale w takich wywodach zwykle dyskretnie przemilczają, że w języku papuaskim czy eskimoskim nie ma bodaj jednego słowa na określenie rakiety kosmicznej, biblioteki, opery, zapisu fonograficznego, dzieła literackiego, neurochirurgii, teleskopu czy setek tysięcy innych słów i pojęć. Nie wybieramy modelu naszego życia, jak to optymistycznie sugerował Claude Lévi-Strauss, nie w skali społecznej. W skali społecznej zwykle akceptujemy ten, który jest najbardziej skuteczny i efektywny. Tylko Europa stworzyła taki model. Może nie jest on najlepszy, ale na pewno jest najlepszym z tych, które znamy.

Multikulturalizm

Multikulturalizm wzbogaca kultury, głoszą liberałowie. Tymczasem multikulturalizm to w rzeczywistości brak kultury – sprowadza on bogactwo cywilizacyjne i kulturowe do banalnych aranżacji, które w istocie nic o tych kulturach nie mówią i niczego nie przybliżają. W Szwecji nie dyskutuje się kwestii obchodów ramadanu – informuje się o tym. Nikt też nie prowadzi dyskusji o islamie z perspektywy islamu. W Malmö żyje obok siebie ponad 180 narodowości i słyszy się około 150 różnych języków. Mimo tylu kultur, które są na wyciągnięcie ręki, nic o sobie wzajemnie nie wiemy. Jeden z moich znajomych pochodzi z Syrii, drugi z anatolijskiej części Turcji, ale moja wiedza o ich kulturze nie spęczniała z tego powodu. Ani ich wiedza o mojej kulturze. Wiem, że w Syrii jedzą tabbouleh, a w Anatolii króluje keşkek, oni słyszeli coś o polskim bigosie, razem wypadaliśmy w czasie lunchu na falafel, ale mniej więcej na tym kończy się nasza wielka wymiana międzykulturowa. Ja szedłem protestować przeciwko morderczej fatwie na Salmana Rushdiego, oni zbierają się na wiecach potępienia Rushdiego. Wiem, że oni obchodzą ramadan i wiem też, choć nie bezpośrednio od nich, z jakiego powodu, ale oni nie mają pojęcia o mojej religii, moich tradycjach i równie mało wiedzą o tradycjach kraju w którym żyją. Poza żałośnie skromną wymianą kulinarną, nie zdołaliśmy i zapewne nigdy nie zdołamy niczego innego między sobą wymienić, a praktycznie rzecz biorąc i ta cywilizacyjna „zdobycz” jest wątpliwa – sensowniej byłoby gdybym kupił sobie książkę pt. „Sto przepisów na najlepsze dania orientalne”.

Bełkot

Cały ten współczesny bełkot o nas, choć z pozoru tak rzetelny i naukowy, jest całkowicie pozbawiony sensu, bowiem chce przyglądać się nam w oderwaniu od naszej kultury. Wszystkie dywagacje na ten temat, jeżeli pomijają ten aspekt, nie mogą być niczym innym niż pseudointelektualną paplaniną. I tym tylko są.

Antycypacja

Zdolność do działania inteligentnego wymaga od nas umiejętności wyobrażenia sobie tego, czego nie widać, tego, co jeszcze nie zaszło i być może nigdy nie zajdzie, lecz jest możliwe i może się wydarzyć. Działanie inteligentne to rodzaj antycypacji przyszłości. By działać inteligentnie, musimy uzmysłowić sobie rzeczy, których nie widać, musimy zobaczyć coś, czego jeszcze nie ma, wypróbować właściwe reakcje na sytuacje całkowicie nowe, czyniąc to w świecie myśli zamiast w „świecie rzeczywistym”. Wszystko, co w naszej kulturze wielkie i niepowtarzalne, sztuka, poezja, nauka, loty międzyplanetarne, odkrycia i symfonie, zawdzięczamy tej umiejętności, umiejętności widzenia i projektowania tego, co nie istnieje, czego nie ma. Bardziej nas określa nie to, co widzimy, bo istnieje, ile to, co potrafimy zobaczyć, chociaż nie istnieje.

Goethe

W 1790 roku Goethe odbył podróż po Polsce. Odniósł podobno „niekorzystne wrażenie”, jak wynika z notek z tej podróży, opublikowanych dopiero w 1884. Co do uwag o miejscowej ludności Goethe zalecał wprowadzenie języka niemieckiego w Polsce celem podniesienia kultury klas niższych. Jakby język niemiecki, ta gra raszplem na zardzewiałej pile, mógł „podnieść”  jakąkolwiek kulturę i dyskretnie przemilczając konsekwencje „podnoszenia kultury” przez Niemców. Innata Teutonica superbia, czyli wrodzona pycha niemiecka, jak zawsze, jak zwykle.

Podróże

Nic nie jest tak znakomitym przykładem awansu mas w naszych czasach jak podróże. Dobra materialne, w takim czy innym zakresie, zawsze były dostępne także i masom. Ale nie podróże. Masy były „przypisane do ziemi”, osadzone w tym samym krajobrazie od narodzin do śmierci z bardzo wielu powodów. Podróż była wyłącznym przywilejem wyższych warstw, ale podróżowanie wiązało się nie tylko ze znajomością języków, kontaktami, obyciem, orientacją w świecie i wiedzą, lecz i ogromnymi kosztami; nie miały nic wspólnego z eksponowaniem nagich ciał w słońcu południowych plażach. Każdy, kto miał ambicje pretendowania do miana człowieka kulturalnego, musiał odbyć podróż. Oprócz Włoch i Francji, uchodzących za turystyczne centra od dawna, krajem, który koniecznie należało odwiedzić była również Anglia. W drugiej połowie XVIII w. podróże do tego kraju były w dobrym tonie. Jeżdżono tam, żeby poznać najlepszy na świecie ustrój, by zasmakować kulturalnej i towarzyskiej atmosfery Londynu, przyjrzeć się angielskiej prowincji i zaznać jej osławionego uroku. Były to peregrinationes domesticae, podróże po krajach, w których czujemy się zadomowieni, których historia, kultura i tradycja, zwłaszcza klasyczna, są domem, który „nosimy na plecach jak żółwie i ślimaki”, gdzie, jak to doskonale wyraził w jednym ze swoich felietonów Stempowski „każdy przedmiot miał swą nazwę grecką i łacińską, zanim znalazł się w słownikach języków nowożytnych”. Podróżowano, by zapoznać się z architekturą i sztuką, by badać obyczaje, zbierać kurioza, podziwiać krajobrazy, zawierać znajomości. Podróże stanowiły obowiązkową część kulturowego garnituru Europejczyka i nie były tym, w co, niestety, przekształciły się w naszych czasach.

Strzępy 18

Maskowana pogarda homoseksualistów wobec kobiet, co – niestety – większość kobiet bierze za dobrą monetę.

                                                                   ***

Wolfgang Behringer, niemiecki historyk, zajmujący się badaniami procesów czarownic, pisze o nieprzypadkowej zbieżności między kulminacjami prześladowań, a okresami mrozów i nieurodzaju w latach 1560-1574, 1583-1589, 1623-1630 oraz 1678-1698. Od roku 1730 klimat stabilizuje się i nastroje także. „Tak więc jest czymś więcej niż tylko metaforą stwierdzenie, że słońce Oświecenia zakończyło erę polowań na czarownice”- pisze.

                                                                    ***

Kanadyjski neuropsycholog Donald Hebb na pytanie dziennikarza: „Co bardziej wpływa na naszą osobowość – natura czy kultura?” dał znakomitą odpowiedź: „A co, jak pan myśli, bardziej wpływa na pole prostokąta – jego długość czy szerokość?”.

Teza Harariego

Prowokująca teza Y. N. Harariego („Sapiens – Od zwierząt do bogów”), teza o przewadze intelektualnej zbieracza-myśliwego nad człowiekiem epoki agrarnej wydaje się być dość wątpliwa. Kultura, pismo, sztuka, największe osiągnięcia naszej cywilizacji stworzone zostały nie przez sprytnych myśliwych, uganiających się po prerii w poszukiwaniu jeleni i mamutów, ale właśnie przez „mniej inteligentnych” rolników. Inteligencja pradawnych myśliwych była inteligencją predatorów, celem ich zabiegów było pożywienie. Drapieżcy nie tworzą kultury. Nieustanna pogoń za łupem nie stwarza takich możliwości. Można więc zgodzić się z Hararim, że pierwotni zbieracze-myśliwi posiadali nie mniejsze walory intelektualne i przejście do epoki agrarnej wcale nie oznaczało jakiegoś wielkiego skoku w rozwoju intelektualnym ówczesnych homo sapiens, ale nie można zaprzeczyć, że kultura mogła powstawać dopiero przez wspólne działania wielu jednostek, które stwarzając nadwyżki produkcyjne zapewniały sobie wolny czas. Kultura jest efektem wolnego czasu i nadwyżek żywnościowych. Bez tych dwóch czynników nie powstają ani katedry, ani symfonie.

Tekst i obraz

Przez tysiące lat dominował w naszej kulturze tekst. Nasza kultura jest zaszyfrowana w tekstach. To tam znajdują się kody do niej. Teraz zaczyna dominować obraz. Być może po raz pierwszy w dziejach analfabeta może czuć się uprzywilejowany, bowiem może teraz „uczestniczyć” w kulturze – obraz nie wymaga żadnej znajomości szyfru, zbyteczna jest umiejętności czytania, rozumienia subtelności słów czy wyczuwania aluzji. Tekst staje się zbyteczny, coraz bardziej zbyteczny. Nawet instrukcje obsługi maszyn znajdują się w prostej drodze do lamusa. Maszyny, którymi posługujemy się dziś, chociaż coraz bardziej skomplikowane, są – paradoksalnie – coraz prostsze w obsłudze. Właściwie obsługują się same, naszym zadaniem jest jedynie uruchomić przycisk startu. Praktycznie może ich używać każdy, każdy potrafi je uruchomić, wielostronicowe instrukcje to przeszłość, a kilka prymitywnych obrazków załatwia sprawę aż nadto skutecznie. Mój nowoczesny i nowo nabyty komputer za całą instrukcję miał kartkę papieru typu A2, a na niej kilka niemal mikroskopijnych ikon, podpowiadających jak połączyć przewody i nic ponadto. Trudno mi było uwierzyć, że to takie proste, ale było.

To zabawne. Niegdyś nasze maszyny działały jako nasze funkcje. Dziś my staliśmy się funkcją naszych maszyn. Nie mogę oprzeć się przeczuciu, że przyszłość całkowicie podporządkuje teksty obrazom, że nauka pisania i czytania stanie się w przyszłej szkole przedmiotem nieobowiązkowym, czymś do wyboru, coś jak dzisiaj etyka czy religia. Czytać i pisać będą uczyć się tylko specjaliści. Akcentem szczególnie ironicznym jest w tym wszystkim to, że celem jeszcze do nie tak dawna miała być powszechna edukacja, a skutkiem będzie prawdopodobnie powszechny analfabetyzm.

Samuel Huntington

Samuel Huntington mówił o zasadniczej nieprzekładalności kultur. Cywilizacje nie mogą nawiązać między sobą dialogu, bowiem posługują się różnymi językami. To, co dla nas jest oczywistością, jak idee demokracji czy choćby prawa człowieka, może wcale nie być akceptowane w innej kulturze. Kultury są dla siebie nieprzezroczyste, wzajemnie nieczytelne.

Zaczynam podejrzewać, że rządzą nami analfabeci albo zdrajcy.

Linda i litość

Odnotowałem przed wielu laty, że Linda McCartney (była żona ckliwego piosenkarza) na jakiejś przedświątecznej aukcji indyków w Hanley-in-Arden, zapłaciła trzy tysiące funtów za indyka czempiona, aby tylko uratować go od zaszczytnej śmierci na świątecznym stole. Linda, przepełniona litością dla losu zwierząt, domagała się ”etycznego” traktowania indyków. Zachowałem tę informację w moich notatkach, choć nie bardzo rozumiałem dlaczego to czynię. Brukowce zawsze roiły się od takich sensacji, a obecnie już nie tylko brukowce. Nic nowego, nic szczególnego, nic czemu warto byłoby poświęcić choćby jedną myśl; jeszcze jeden sposób na zaistnienie w tandetnych, ilustrowanych magazynach, przeznaczonych dla ogłupiałych niedźwiadków.

Dzisiaj cieszę się, że przechowałem tę trywialną notatkę. Nie dlatego jednak, że jeśli ktoś w naszych czasach potrzebuje ”etycznego traktowania”, to z całą pewnością nie są to indyki – dziś rozumiem, że gest Lindy jest interesujący z innego powodu. Obrazuje on kolejną fazę konfliktu między rozumem a litością podpowiadając, że w naszych czasach zdecydowaną przewagę ma litość. Rozum uznaje istnienie osobnego i niepowtarzalnego świata człowieka. Litość zaprzecza temu, nakazując dostrzegać bliźniego w każdej cierpiącej istocie. Rozum podpowiada, że człowiek ma prawo do oddzielenia swojego świata od świata zwierząt. Litość zaciera tę granicę i sprawia, że człowiek gotów jest identyfikować się z każdym skamlącym psem, laboratoryjnym królikiem czy tucznikiem przeznaczonym na rzeź. ”Litość nadaje twarz nawet stworzeniom pozbawionym języka i rozumu”, jak ktoś to trafnie określił.

Obawiam się, że skłonność do tak daleko posuniętej empatii nie jest przejawem witalności. Sądzę raczej, że jest to postawa defensywna, wynikająca z niemocy i lęku. Taki człowiek nie czuje się już drapieżnikiem, lecz żerem. Nie jest to więc, jak niektórzy chcieliby to widzieć, prawdziwy powrót człowieka do natury ( która nawiasem mówiąc jest okrutna i nie zna litości ), lecz lękliwe rozszerzenie wspólnoty śmiertelnych na inne stworzenia niż członkowie rodzaju ludzkiego. Nie ma w tym podziwu dla widowiska jakim jest życie. Jest natomiast jakieś wzmożone poczucie groźby śmierci.

Litość ta jest jednak podwójnie głupia: po pierwsze dlatego, że z powodu ”biednych” zwierząt zapomina o potrzebach ludzi i po drugie dlatego, że nie wie, jak przejść od obrazu pospolitej nędzy, którą ma przed sobą, do wizji bardziej uniwersalnych. Obrońcy zwierząt są dowodem tego, że współczesny człowiek pogubił się w swoim odczuciu człowieczeństwa. Rozum żąda, by zapanować nad sobą i nakazuje to również sprawiedliwość, sprawiedliwość wyższa od litości, która schwytana w pułapkę, jaką jest jakiś ”straszny los” laboratoryjnego króliczka czy przypadkowa zapłakana twarz, nie jest w stanie postrzegać zagrożeń całej naszej wspólnoty.

Ciekawe jest też i to, że wraz z postępami równouprawnienia zatracają się konieczne identyfikacje, zarówne te, które dotyczą tożsamości kultury z nią samą, jak i te, które dotyczą jednostki z jej pozycją i rolą społeczną, jakie ta kultura chce na nią nałożyć. Ta identyfikacja staje się dziś swobodna, odbywa się jakby ponad człowiekiem, obejmując wszystko, co żyje. Człowiek przestaje być spójny, serce zastępuje mu głowę, zaczyna jednakową miarą mierzyć obcych, wrogów i zwierzęta.