K. Stanowski i piramidy arabskie

Krzysztof Stanowski, polski dziennikarz i tzw. osobowość medialna, cokolwiek to znaczy, napisał na Instagramie po wycieczce do Egiptu:  No warto zobaczyć na żywo te piramidy, nie mogę napisać, że nie warto. Natomiast fakt, że taka cywilizacja, która potrafiła zbudować takie budowle tyle tysięcy lat temu dzisiaj nie jest w stanie wokół tych samych budowli stworzyć czegokolwiek poza slumsem pełnym naciągaczy, sprzedawców kitu i zwykłych złodziejaszków, to jednak zaskakujące. Przecież to miejsce – pewnie jedno z najbardziej znanych na świecie – to dzisiaj obraz nędzy i rozpaczy, pełne śmieci, wychudzonych zwierząt, rozklekotanych i zdezelowanych bryczek, no i wszechobecnej chińskiej tandety.

Nie bardzo pojmuję, jak dziennikarz, a więc osoba z pewnym wykształceniem bądź co bądź, może utrzymywać, że Arabowie, zamieszkujący dzisiejszy Egipt potomkowie Beduinów, mogli być twórcami piramid. Czyżby p. Stanowski przeoczył fakt, że Arabowie pojawili się w Egipcie, podbijając go i niszcząc, dopiero w roku 645 (naszej ery!), podczas gdy piramidy powstawały przed – bez mała – trzema tysiącami lat przed naszą erą? Arabowie z piramidami mają tyle wspólnego co ja z odkryciem antybiotyków, a być może jeszcze mniej, bo ja przynajmniej wiem coś o tym. Owszem, w Egipcie wciąż jeszcze żyje około 8 milionów Koptów, potomków tubylczych ludów Egiptu, tych właśnie, które niegdyś wznosiły piramidy, a ich język jest ostatnim stadium języka rodowitych mieszkańców Egiptu, lecz dziś i oni posługują się już niemal wyłącznie językiem najeźdźców, czyli arabskim, a od pojawienia się fundamentalistów muzułmańskich podlegają regularnym prześladowaniom.

Polecam K. Stanowskiemu pewną wnikliwą uwagę, którą po wizycie w Egipcie poczynił znakomity pisarz angielski Lawrence Durrell: Wszędzie, gdzie pojawiają się Arabowie, jest tylko kurz pustynny, brud i fanatyzm.

Słowiańska ospałość

Styczeń 1950. Lawrence Durrell pracuje w Poselstwie Brytyjskim w Belgradzie. Udaje mu się zrobić sobie kilkudniowy urlop i wyrwać się z komunistycznej szarzyzny do Triestu. Nareszcie coś z jego uwielbianych śródziemnomorskich klimatów, pełne sklepy, ludzie z uśmiechem na twarzach. W Trieście brakuje mu jednak gorącej południowej atmosfery. „Zrozumiałem wkrótce dlaczego – 60 000 Słoweńców i 6000 Chorwatów. Charakterem ci ludzie Europy Środkowej  przypominają Polaków – typowo słowiańska ospałość, litowanie się nad sobą, serca ciężkie jak ołów. Daleko im do lekkości i zmysłowości południowców”.