Multikulturalizm

Multikulturalizm wzbogaca kultury, głoszą liberałowie. Tymczasem multikulturalizm to w rzeczywistości brak kultury – sprowadza on bogactwo cywilizacyjne i kulturowe do banalnych aranżacji, które w istocie nic o tych kulturach nie mówią i niczego nie przybliżają. W Szwecji nie dyskutuje się kwestii obchodów ramadanu – informuje się o tym. Nikt też nie prowadzi dyskusji o islamie z perspektywy islamu. W Malmö żyje obok siebie ponad 180 narodowości i słyszy się około 150 różnych języków. Mimo tylu kultur, które są na wyciągnięcie ręki, nic o sobie wzajemnie nie wiemy. Jeden z moich znajomych pochodzi z Syrii, drugi z anatolijskiej części Turcji, ale moja wiedza o ich kulturze nie spęczniała z tego powodu. Ani ich wiedza o mojej kulturze. Wiem, że w Syrii jedzą tabbouleh, a w Anatolii króluje keşkek, oni słyszeli coś o polskim bigosie, razem wypadaliśmy w czasie lunchu na falafel, ale mniej więcej na tym kończy się nasza wielka wymiana międzykulturowa. Ja szedłem protestować przeciwko morderczej fatwie na Salmana Rushdiego, oni zbierają się na wiecach potępienia Rushdiego. Wiem, że oni obchodzą ramadan i wiem też, choć nie bezpośrednio od nich, z jakiego powodu, ale oni nie mają pojęcia o mojej religii, moich tradycjach i równie mało wiedzą o tradycjach kraju w którym żyją. Poza żałośnie skromną wymianą kulinarną, nie zdołaliśmy i zapewne nigdy nie zdołamy niczego innego między sobą wymienić, a praktycznie rzecz biorąc i ta cywilizacyjna „zdobycz” jest wątpliwa – sensowniej byłoby gdybym kupił sobie książkę pt. „Sto przepisów na najlepsze dania orientalne”.

Polska „elita”

Polakom od dziesiątków już lat, najpierw przez komunistów, obecnie przez liberałów, wmawia się, że wszyscy dookoła są lepsi. Nie wiem, czy istnieje jakaś prasa, poza prasą polską, która może poszczycić się taką ilością artykułów i artykulików, zapytań i informacji o tym, co inni myślą o nas, jak inni nas widzą, co sądzi się o nas za granicą, jak inni reagują na nasze decyzje czy ustawy, jak wyglądamy w oczach Francuzów, Pigmejów czy choćby świnek morskich. W Szwecji, kraju, gdzie obecnie mieszkam, nikogo nie obchodzi, co jakiś Papuas o nich pomyśli, powie czy napisze. Po prostu jest im obojętne, co Papuas o nich myśli. To, co Papuas, Francuz czy Pigmej o nich myśli jest sprawą Papuasa, Francuza czy Pigmeja. Szwedzi sami doskonale wiedzą, kim oni są i nie potrzebują masturbować się opiniami innych o sobie.

W Polsce jest inaczej. W komunizmie lepsi od nas byli nawet Rosjanie. Byli lepsi we wszystkim – w sporcie, w nauce, w literaturze, w polityce, nawet w piciu alkoholu. Dlatego lubiliśmy takich facetów jak Kozakiewicz, którzy nawet w paszczy krokodyla potrafili pokazać wała i nieco poprawić nasze samopoczucie. Po odwilży, a następnie przejęciu władzy przez pogrobowców komunizmu, gdy nie wypadało już pognębiać nas Rosjanami, pojawiła się technika dołowania nas ludźmi Zachodu, cywilizowaną i wysublimowaną zagranicą oraz kulturą europejską. Przyznano nam prawo awansu do grzędy wyżej i zaszczyt bycia lepszymi od Rosjan, ale wciąż powinniśmy mieć świadomość, że jesteśmy gorsi od ludzi Zachodu, że przerastają nas oni o wieki, że mamy pokornie przyjmować ich mądre słowa i pouczenia. Tak zwane polskie elity – a w polskim kontekście słowo to powinno się pisać w cudzysłowie, bo są to głównie aktorzy i statyści, wszelkiej maści subretki i amanci, pisarze z bożej łaski, marni dziennikarze, celebryci, znani wyłącznie z tego, że są znani, wszelkiej maści zapiewajła, politycy typu Biedronia i jego żony (czy odwrotnie, niestety, nie znam kolejności dziobania w takich konfiguracjach), infulencerzy, agenci wpływu i pożyteczni idioci – nieustannie straszą nas opiniami innych, lepszych od nas. Teraz już nie Rosjanie, ale Niemcy, Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Włosi i pozostałe nacje Europy są od nas lepsze i mają prawo nas karcić, prawić morały, udzielać przygan, upomnień i ostrzeżeń. Według naszych polskich „elit”, powinniśmy pilnie wsłuchiwać się w te głosy, brać je sobie do serca i starać się, starać i jeszcze raz starać, by do nich choćby trochę doskoczyć. Kiedy dokonamy czegoś sensownego, w polityce czy w ekonomii, a wystarczy, że jest to niezgodne z upodobaniami naszych „elit”, natychmiast pojawiają się dziesiątki informacji o tym, jak bardzo to rozbawiło, oburzyło, obraziło, czy dotknęło do żywego jakiegoś Szweda czy Papuasa. Jeżeli to nie wystarczy, poskarżą się w lewicowym kolegom z Unii Europejskiej, żądając kary. Nasze „elity” to pseudoelity, to ludzie, którzy nie wiedzą, skąd pochodzą i kim są – to najbardziej zadżumiona część polskiego społeczeństwa. Umówmy się, że ci wszyscy „oświeceni” aktorzy, jak Maciej Stuhr czy równie „oświecona” literatka jak Maria Nurowska, która pisze równie nędzne książki jak nędzne komentarze na Facebooku (Odbyłam dziś bitwę z trollami, przy okazji blokad miałam możliwość zobaczyć te twarze, a właściwie mordy. Oni mają ordynarne ryje i to wszystko elektorat PiS. A ich baby! Nie lepsze!) czy wielce „oświecony” dziennikarz Tomasz Lis, redaktor polskiej edycji Newsweeka, wydawanego przez niemieckie wydawnictwo Springera, to nie jest elita. To współczesne wydanie polskich arian, którzy – tak samo jak ich poprzednicy z siedemnastego wieku – chętnie pomogą w jakichś nowych planach rozbioru Polski, gdy tylko takie się pojawią. To nie jest elita i nie nazywajmy ich elitą. To pierroty, przebierańce i śmiszki. Prawdziwa polska elita spoczywa w piaskach Katynia, w bezimiennych grobach, w tundrach Syberii, w krematoriach niemieckich obozów zagłady.

Nie sądzę, by jakiś Szwed, Francuz czy Belg miało prawo nas pouczać czy upominać. To raczej my mamy takie prawo i byłoby dobrze, gdybyśmy zaczęli wreszcie z niego korzystać. Dla tych, którzy mają w tej sprawie wątpliwości, przypomnę tylko jeden fakt. W 1945 r. generał Charles de Gaulle dokładnie skopiował skuteczne działania Talleyranda z Kongresu Wiedeńskiego i dzięki temu podbita przez Niemców, kolaboracyjna Francja, łącznie z faszystowską filią La France de Vichy, organizującą obławy na Żydów (Obława Vel d’Hiv) nagle przemieniła się w dumną IV Republikę, zwycięską aliantkę, została zaproszona do stołu w Poczdamie, dostała francuską strefę okupacyjną Niemiec i Berlina i stosowne reparacje wojenne. Polskę natomiast, która nie poddała się nigdy, straciła miliony obywateli, walczyła na wszystkich frontach świata, wyzwalała Europę, między innymi także Francję, oddano w wieczystą dzierżawę Stalinowi, a polskim żołnierzom i generałom, po zdemobilizowaniu, nie zapewniono nawet godziwej odprawy. Warto o tym pamiętać. To nie my musimy się czegoś wstydzić.  

Czy na pewno „bracia polscy”

Arian polskich przedstawia się w naszej historii zwykle jako niewinne ofiary kontrreformacji i nasilających się prześladowań religijnych. Rzadziej wspomina się o tym, że byli oni wmieszani w polityczne rozgrywki, które mało miały wspólnego z religią, a w czasie „szwedzkiego potopu” stali się gorliwymi akolitami najeźdźców, współpracując między innymi przy traktacie z Radnot, pierwszej próby rozbioru Polski. Jak pisze Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej”: Gdy za Jana Kazimierza nastąpił najazd szwedzki, a Karol Gustav, król szwedzki, był jednym z głównych orędowników protestantyzmu w Europie, arjanie polscy popełnili ciężki błąd polityczny, stanąwszy po stronie najazdu i Karola, który, jak wszystkim było wiadomo, pracował nad planem rozbioru Rzplitej. Jenerał szwedzki Wirc, stojący załogą w Krakowie, miał głównych doradców z arjanów, którzy spełniali jego wszelkie tajemne zlecenia, wysyłani do Prus, Szląska i Węgier. Lubieniecki, Stegmon i Szlichtyng w pismach swoich dotykali Jana Kazimierza, który też, przystępując do odebrania Szwedom Warszawy, w czerwcu r. 1656 „ślub solenny uczynił wypędzenia arjanów z Polski”. Dziwić się więc należy nie temu, że zostali, jako zdrajcy i „piąta kolumna”, z Polski wypędzeni, ale temu, że odbyło się to w tak tolerancyjny sposób. Ciekawe, że ten sam nurt istnieje także i dzisiaj, gdy różni „bracia i siostry polskie” nawołują w Parlamencie Europejskim do karania swego kraju za to, że nie spełnia ich prywatnych oczekiwań oraz wymagań i najchętniej, jak M. Gretkowska, podzieliliby Polskę na Polskę A i Polskę B, czyli po wschodniej granicy pisowska dzicz, a po zachodniej oni, oświeceni liberałowie i intelektualiści.

Religia i sauna

Scena z sauny. Trzech mężczyzn po trzydziestce na najwyższej półce. Perorują głośno, ochoczo licytując się „liberalnymi” poglądami i każdy próbuje być „liberalniejszy” niż pozostali. Prawie tak, jakby rozdawali nam, siedzącym w tym samym pomieszczeniu, swoje sfałszowane karty wizytowe. Nikt nie reaguje jednak. Ja też nie. Wreszcie zapada chwila błogosławionej ciszy, ale trwa zbyt krótko. Kolejny temat podrzuca pulchniutki blondynek z trzydniowym zarostem na okrąglutkim pyszczku. Religia. Wszystkie religie należy traktować jednakowo, oświadcza głośno, stanowczo zbyt głośno, by mówił tylko do swoich kolegów. Mam ochotę zapytać: Jak to miałoby być możliwe, niedźwiadku? Religie przecież nie są jednakowe. Chrześcijaństwo egzystuje w kooperacji z państwem. W islamie nie ma natomiast rozdziału religii od państwa. Islamskie państwo jest od początku do końca podporządkowane religii. Kościół chrześcijański nie interpretuje Biblii dosłownie. Islam traktuje Koran dosłownie, śmiertelnie dosłownie. Koran nie został stworzony, lecz objawiony. Jest więc słowem Boga. Do tego dochodzi jeszcze chociażby sprawa hierarchii. W chrześcijaństwie jest to struktura wertykalna – decyzje należą do Watykanu. W islamie nic takiego nie może mieć miejsca. W islamie system władzy nie jest stworzony przez człowieka, lecz przez samego Allaha. Nawet Kalif nie stanowi prawa. Odpowiada jedynie za uprawomocnienie i przestrzeganie prawa, które zostało dane od Boga. Więc jak to jest możliwe, kretynie, by rzeczy, które nie są takie same, traktować tak samo? I czemu to miałoby służyć? Mam ochotę zapytać, ale nie pytam. Nikt inny także nie pyta i nikt nie podejmuje tematu. Milczymy, wpatrując się w szaro sine wody cieśniny Sundu, a po kilku minutach liberalni chłopcy w ciszy, jeden po drugim, opuszczają saunę. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że wszyscy słyszeli moje myśli albo słyszeli je właśnie dlatego, że jednak wypowiedziałem je głośno. Albo, że były tak głośne, bo wszyscy myśleliśmy to samo.

Pejzaż bez kary śmierci

Przestępcy z Państwa Islamskiego zostali schwytani. Kilka, może kilkanaście tysięcy morderców z obywatelstwem krajów europejskich, zwłaszcza Anglii, Francji, Szwecji i Belgii, znajduje się w syryjskich więzieniach. Europejscy liberałowie i ich poputczyki wszelkiej maści są wyraźnie zatroskani. Zastanawiają się, jak sprowadzić morderców z powrotem do Europy i … jak ich potraktować. To nie jest żart. Poważnie. Najpoważniej. Jak potraktować bestie, które obcinały ludziom głowy, gwałciły i rozpruwały brzuchy ciężarnym kobietom, wyrywały ręce i języki, wykłuwały oczy … Jak ich potraktować? Dać im mieszkania i zasłużone renty? Jak Dania? Przyznać stypendia? Wysłać do szkół czy uniwersytetów islamskich? Dać im nagrody i przywileje? Powitać z honorami i kwiatami?

Kiedyś opcja była prosta. Kara śmierci. Ale znieśliśmy karę śmierci, bo jesteśmy dzisiaj humanitarni i cywilizowani. I jesteśmy w pułapce. Długoletnie więzienie? Zradykalizują się. Bez sensu. Resocjalizacja? Nawet liberałowie już wiedzą, że można to między baśnie włożyć. I co teraz? Co zrobić z potworami w ludzkiej skórze?  W sumie pozostaje nam tylko jedno rozwiązanie – wysłać do Syrii plutony egzekucyjne, które załatwią tę sprawę szybko i cicho. I najlepiej byłoby wysłać je tam natychmiast, zanim Syria wpadnie na pomysł, by wykorzystać tę sytuację całkiem inaczej.