Wydawnictwa polskie

Niedawno ukończyłem moją nową powieść i postanowiłem wydać ją w Polsce. Od wielu lat mieszkam za granicą i polski rynek wydawniczy jest dla mnie wielką niewiadomą. Z dawnych wydawnictw, w których publikowałem lub miałem jakieś kontakty, pozostały tylko nieliczne, namnożyło się sporo nowych, ale o nich wiem żałośnie mało. Postanowiłem więc uzupełnić moją wiedzę w tej kwestii uważnie przeglądając ich witryny internetowe.

Przyznaję, że czekała mnie spora niespodzianka. Mam na myśli żądania polskich wydawnictw pod adresem pisarzy, żądania wielokrotnie co najmniej zaskakujące, a w wielu wypadkach prawie irracjonalne. Co prawda, tymczasem jeszcze nie wymaga się od pisarza, aby wraz z powieścią dostarczył również zaświadczenie o niekaralności, kopię dokumentu tożsamości, świadectwo zdrowia czy metrykę urodzenia, ale wydaje się, że bardzo już do tego blisko. Przyjrzyjmy się temu dokładniej.

Po pierwsze wydawnictwa domagają się noty biograficznej twórcy. Nie jest to może bardzo zaskakujące, bo w końcu wszyscy chcielibyśmy wiedzieć z kim będziemy mieli do czynienia, aczkolwiek w tej sytuacji nie chodzi przecież o kontakty osobiste, bowiem jedynym kontaktem osobistym powinna tu być znajomość wydawcy z książką. Ponadto, jak wiadomo, nie istnieje żaden bezpośredni – czy choćby pośredni – związek między czyimś curriculum vitae, a jego twórczością. Ale jeżeli nawet założyć, że istnieje, to zapewne jest to wartość o charakterze tak mistycznym, że w żadnej nocie z całą pewnością nie zdoła się objawić. Pytanie więc, czego właściwie pragnie dowiedzieć się wydawca i do czego ma mu to służyć?

Kolejne żądanie dotyczy załączenia wykazu dotychczasowych publikacji z podaniem nazw wydawnictw. Brzmi to może nieco dziwnie, ale zawarte w nim intencje wydają się być dość łatwe do rozszyfrowania. Jeżeli ktoś drukował powiedzmy u Gallimarda, to jest to już powód, by uważniej przyjrzeć się jego produkcji. W ten prosty sposób wydawca, bez zaglądania do nadesłanej książki, może dokonać wstępnej selekcji i uwolnić się od przykrego obowiązku zapoznawania się z jej zawartością. W całej złowieszczej pełni objawia się tu priciple of least effort, czyli słynna zasada najmniejszego wysiłku zakładająca, że ludzie dążą do osiągnięcia celów przy absolutnie minimalnym nakładzie energii. Ta energooszczędna taktyka ma jednak, niestety, swoje wyjątkowo negatywne strony, a w tej konkretnej sytuacji, a więc gdy mamy do czynienia z twórczością, w wielu wypadkach tragiczne. Jej stosowanie niemal zawsze grzęźnie między młotem tzw. błędów potwierdzenia, a kowadłem heurystyki dostępności, co znaczy, że prowadzi do wniosków szalenie uproszczonych, zwykle nie mających wiele wspólnego z rzeczywistością.  

Zdecydowanie mniej zrozumiałe jest kolejne wymaganie. Mam na myśli zalecenie, aby pisarz dołączył przekonywującą argumentację dlaczego nadesłana przez niego książka jest warta opublikowania oraz poinformował wydawcę, jaki gatunek literacki ona reprezentuje. Innymi słowy, wydawca daje nam jasno do zrozumienia, że na czytanie nadesłanej książki nie ma i nie będzie miał ani czasu ani ochoty, ale jeżeli argumentacja będzie intrygująca ewentualnie zada sobie trud, by do niej łaskawie zajrzeć. W tym punkcie jest spora doza dramatyzmu, bowiem wydawca wyraża w ten sposób swoją żenującą niekompetencję i bezradność, niekompetencję w zakresie oceny książki i bezradność w „szalonym” gąszczu literackich gatunków.

Jako aneks do tego żądania pojawia się też prośba o wskazanie docelowej grupy czytelników dla nadesłanej książki. I to jest już prośba wysoce bezczelna, niemal chamska. Jest to aż nadto czytelny przejaw niechęci, by poważnie zajmować się wydawaniem czyichś bazgrołów, czy tym bardziej – zwyczajem dawnych, rzetelnych wydawców – współtworzyć fenomen powszechnie określany mianem powieści. Żądanie to ukazuje wydawcę jako kompletnego ignoranta, który co wyżej może sprzedawać ołówki, ale na pewno nie książki.

Jednak szczyty wydawniczych żądań bez wątpienia bije warunek, by dołączyć też streszczenie nadesłanej książki. Brzmi to wręcz nieprawdopodobnie, jest jednak wymogiem powszechnym na internetowych stronach polskich wydawnictw. Zastanówmy się przez moment, o co tu właściwie chodzi. Sądzę, że wydawca sugeruje w ten sposób, że nie tylko nie będzie nadesłanej książki czytał, ale nawet jeżeli przeczyta, to i tak nie zrozumie, o co w niej chodzi i najlepiej, by od razu wyłożyć mu tzw. kawę na ławę, a wtedy on zdecyduje czy opłaca mu się tracić na to czas. Podejrzewam, że proste pytanie o to, ile czasu potrzeba, aby zorientować się, czy nadesłana książka jest dobra, znakomita czy po prostu grafomańska, będzie w tym miejscu jak najbardziej stosowne. Wyjaśniam jednocześnie, że mnie osobiście, po przekartkowaniu paru stron, zajęłoby to co wyżej kilka minut. Mniej więcej tyle czasu potrzebuję, gdy na przykład w księgarni przeglądam nowości. Dobrą książkę rozpoznaje się w oka mgnieniu, jej język, styl, sposób widzenia świata, Borgesa nie można pomylić z kimś innym, dokładnie tak samo jak w malarstwie nie można pomylić z kimś innym Boscha czy van Gogha. Dobre pisarstwo posiada swój własny, charakterystyczny kod, łatwo rozpoznawalny dla wszystkich wtajemniczonych, a któż, jeżeli nie wydawca powinien go znać i wychwytywać z taką samą wprawą jak somellier, który po smaku i zapachu rozpoznaje wartość wina.

Polskiemu wydawcy nie wystarcza książka. Chce też jej streszczenia. Zasadniczymi cechami każdego streszczenia są jak wiadomo obiektywizm, czyli brak własnych opinii i interpretacji autora, zwięzłość, koncentracja na podstawowych wątkach, chronologia, prezentacja jedynie ewentualnego ciągu wydarzeń oraz informacyjność, której głównym sensem jest uwolnienie czytelnika od obowiązku zapoznawania się z oryginałem. Czy jest więc możliwe, aby pisarz mógł dokonać rzetelnego streszczenia swego własnego dzieła? Nie. Chciałoby się powiedzieć, że jest to fizycznie niemożliwe. Nie wspominając już o tym, że najwybitniejszych pozycji po prostu streścić się nie da i wszystkie tego typu próby kończą się czymś w rodzaju literackiego holokaustu. Spróbujmy tylko streścić Finnegans Wake lub Ulissesa Joyce’a, Człowieka bez właściwości Musila, Raj Lezama Limy, Auto da fè Canettiego, by wymienić tylko kilka. Do jakiego stopnia jakiekolwiek, choćby najbardziej wyczerpujące streszczenie, oddawałoby wielkość tych powieści bez istnienia których literatura nigdy nie byłaby tym, czym stała się dzięki nim? Geoffrey Faber, szef słynnego wydawnictwa Faber & Faber, z całą pewnością nie żądał od Joyce`a streszczenia Finnegans Wake. Nie przyszłoby mu to do głowy. Na pytanie dlaczego nie przyszłoby mu to do głowy jest tylko jedna odpowiedź – bo Geoffrey Faber był wydawcą.

Polski wydawca żąda natomiast curriculum vita, wykazów publikacji, recenzji swojej własnej książki, określenia jej gatunku, wskazania ewentualnej grupy czytelniczej, ba, żąda nawet streszczenia, ze swojej strony oferując co wyżej … usługi korektorskie. Niekiedy bardziej niż kiepskiej jakości, zresztą. Wydawca proponuje więc tym samym, aby pisarz przejął wszystkie lub niemal wszystkie z obowiązków, które nie tylko nominalnie, ale i formalnie przynależą do jego obowiązków. Daleki jestem od tego, by pouczać wydawców o obowiązkach wynikających z ich profesji, ale czy to nie oni powinni – pochylając się nad nadesłaną książką – orzec, jaka jest jej rzeczywista wartość, orzec, czy jest ona prawdziwym dziełem, rzetelną i solidną pracą czy jedynie popisem grafomaństwa? „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”, śpiewała kiedyś Maryla Rodowicz. Tylko koni żal. Trawestując tę frazę można chyba powiedzieć, że w Polsce nie ma już dziś prawdziwych wydawców. Tylko pisarzy żal. 

Kapuściński

Ryszard Kapuściński „Lapidaria IV – VI”:  Jedną z przyczyn kryzysu literatury pięknej jest ta, że czytelnicy utracili wrażliwość na tekst literacki jako na sztukę. Traktują książkę jako źródło wiedzy konkretnej, jako np. podręcznik psychologii, socjologii czy politologii, lub jako przewodnik turystyczny czy poradnik, lub informator. Na próżno, autorze, trudzisz się nad opisem lądu, rzeki, wschodu słońca, deszczu i wiatru, czytelnik pominie te fragmenty, nie zwróci na nie uwagi.

Dokładnie tak. Wrażliwość na tekst literacki, wrażliwość na słowo zanika niemal z dnia na dzień, język coraz częściej i powszechniej chropowaty i ordynarny, bliższy komiksowym skrótom, bliższy onomatopei, już nie opowiada, chamsko wskazuje paluchem, aporrheta, pochrząkiwania niewiele różniące się od tych, które słychać w chlewie.  Niewymowna męka ludzi, gdy muszą coś opowiedzieć lub przeczytać książkę.  

Rosyjski wirus

Któż znał lepiej psychikę swoich rodaków niż Dostojewski? Choćby taka uwaga na ten temat, tyleż banalna co prawdziwa, pochodząca z jego „Dziennika pisarza”: Myślę, że najpoważniejszą, najbardziej rdzenną potrzebą duchową ludu rosyjskiego jest potrzeba cierpienia – stałego, nieukojonego cierpienia zawsze i we wszystkim. Tą żądzą cierpienia lud zarażony jest chyba od wieków. To trafne spostrzeżenie, ale przekłamaniem w niej jest to, że ogranicza się jedynie do „ludu rosyjskiego”. Tą chorobą wydają się być zarażeni w Rosji wszyscy i w równym stopniu dotyczy ona również rosyjskich intelektualistów jak Achmatowa, Mandelsztam, Bunin, Cwietajewa, Jesienin, Bułhakow, Babel, Majakowski, Pasternak i dziesiątki, dziesiątki innych. Jedynym rosyjskim pisarzem całkowicie uodpornionym na tego szczególnie złośliwego wirusa był Nabokov.

Auto-da-fé

Henry Miller ( kilka miesięcy przed śmiercią): „Przekonałem się, że potrafię obejść się bez seksu, jak wielbłąd bez wody. Seks to kropla w morzu potrzeb, jeśli weźmiesz pod uwagę całość związku. Niektóre z największych romansów w historii były całkowicie pozbawione seksu. Odkryłem, że moje relacje z kobietami, które nie obejmowały seksu, były równie satysfakcjonujące, jak te, w których seks był głównym daniem ”.

Jeden z najbardziej spektakularnych aktów literackiego autosabotażu – kilka zdań, które podważają autentyczność jego twórczości.  

Miraż

Wyłącznym celem tej instytucji było stworzenie uczonym i twórcom jak najlepszych warunków pracy. Zapewniała im mieszkanie, wyżywienie i stałą pensję, zwalniała ich z podatków i jakichkolwiek świadczeń na rzecz państwa, pozwalając, by cały swój czas mogli poświęcić tylko na pracę badawczą lub twórczość. Nie odrywały ich też od tego żadne obywatelskie obowiązki, nie mieli żadnych trosk materialnych. Mogli zajmować się twórczością przez dwadzieścia cztery godziny na dobę i tak długo, jak sobie tego życzyli – nikt ich nie więził, nikt ich do niczego nie przymuszał. Mogli też opuścić instytucję, kiedy tylko chcieli. Czynili to rzadko, bo życie tam było zbyt fascynujące, aby się go wyrzec. Wykłady, posiedzenia naukowe, często połączone z dyskusją wspólne uczty wszystkich członków, wieczory poetyckie, sympozja literackie, prezentacje naukowe, nowe teorie, najświeższe wiadomości o nowych odkryciach. Wszystkie zasoby tej instytucji, a te były olbrzymie, były do ich pełnej dyspozycji. Biblioteka, specjalnie dla nich powołana do życia, nieustannie pomnażała swoje zbiory. Jej wysłannicy przemierzali cały świat, tropiąc, wyszukując i zdobywając interesujące pozycje, wolni od finansowych ograniczeń. Za prace szczególnie cenne płacili niekiedy wręcz horrendalne sumy, zwykle nie targując się wcale. Władze, aby pomnożyć zbiory biblioteki, posuwały się nawet do tego, by konfiskować podróżnym przybywającym do miasta wszystkie książki: po dokonaniu ekspertyzy zwracano właścicielom tylko to, co nie przedstawiało szczególnej wartości, a rzeczy wartościowe pozostawały w zbiorach Biblioteki – właściciel otrzymywał z powrotem jedynie pięknie sporządzony odpis i ewentualne odszkodowanie, niekiedy bardzo wysokie. Biblioteka zatrudniała całą armię ludzi trudniących się opieką nad książkami, ich produkcją i obsługą. Wznawiano egzemplarze już zniszczone lub uszkodzone, wydawano prace członków instytucji, dzieła współczesnych pisarzy i poetów, prace naukowe, traktaty astronomiczne, rozprawy z zakresu biologii i medycyny. Nigdy wcześniej i długo, długo potem nie produkowano książek tak masowo jak wówczas. W bliskim sąsiedztwie Biblioteki powstały też ogrody: botaniczny i zoologiczny. Zwożono do nich z najdalszych krańców świata rzadkie okazy roślin oraz zwierząt. W osobnych pracowniach przeprowadzano sekcje zwłok zwierzęcych i ludzkich oraz doświadczenia z zakresu fizjologii i biologii. Astronomowie mieli do dyspozycji własne obserwatorium. Siedziba stowarzyszenia położona była w najlepszej dzielnicy, tuż nad morzem. Był to imponujący budynek z salą biesiadną, przeznaczoną na wspólne uczty członków i pokojami pracy; na zewnątrz wabiła ocieniona drzewami aleja przeznaczona do spacerów i kryta kolumnada, w której stały wygodny ławy i stoły, jeżeli ktoś chciał pracować na powietrzu. Wokół roztaczał się ogród pełen wiecznie kwitnących roślin, stały marmurowe posągi, dyskretnie szumiały liczne fontanny.

Science fiction? Marzenie przymierającego głodem pisarza, tworzącego gdzieś na poddaszu starej, zatęchłej kamienicy w odległej dzielnicy Paryża? Sen suchotniczego poety, który za cały majątek ma parę zdartych butów i dziury w płucach i kieszeniach spodni? Nie. To zdarzyło się naprawdę. Jest to jeden z tych cudów świata, który niestety nie znalazł się na liście siedmiu najsłynniejszych cudów starożytności, choć był cudem najprawdziwszym – cudem, który w takim zakresie nie zdołał powtórzyć się już nigdy więcej w naszych dziejach. Mam na myśli Muzeum Aleksandryjskie, słynny Musejon, z jego wspaniałą Wielką Biblioteką, pierwszą w historii instytucję, której celem było krzewienie kultury i wiedzy. Nie wiemy, w którym miejscu współczesnej Aleksandrii było miejsce, gdzie leżała Wielka Biblioteka i gmachy Muzeum. Do dziś nie znaleziono ani jednego kamienia z tych budowli, ale wiemy, że nie były mirażem. Musejon był w moim przekonaniu jedynym prawdziwym cudem naszego świata, cudem, który nie miał prawa zdarzyć się w tamtym czasie i w tamtym miejscu, ale zdarzył się i zaistniał naprawdę. Od tamtej pory nauczyliśmy się wznosić wieże wyższe niż latarnia w Faros, świątynie bardziej imponujące niż Artemizjon, statuy potężniejsze niż Kolos z Rodos i mauzolea, które mogłyby zawstydzić Satyrosa i Pyteosa, ale nikt nie zdołał powtórzyć cudu, jakim był Musejon. Mieliśmy i obecnie mamy multimiliarderów, których indywidualny dochód roczny przewyższa dochód roczny wielu państw. Nikt z nich jednak nie pokusił się o realizację idei choćby podobnej. Ich hojność ogranicza się do ochłapów w postaci jakichś marnych stypendiów, paru groszy na sfinansowanie mniej czy bardziej zbytecznych badań, jakiegoś pseudoprojektu dla biednych, bo rzadko mają oni z tego jakąś korzyść, sfinansowanie operacji dla kalekiego dziecka czy nieco większe dotacje, które mają zaspokoić ich prywatne polityczne czy socjalne ambicje. I każą się potem za to podziwiać, w nowych, coraz wspanialszych jachtach, prywatnych wyspach, imponujących wieżowcach. Żaden z nich nie odważył się nawet pomyśleć tego, co na długo przed naszą erą nie tylko pomyśleli, ale i zrealizowali, z niesłychaną hojnością i rozmachem, greccy władcy Egiptu. Multimiliarderzy naszych czasów, mimo ich ogromnych fortun, w porównaniu z Ptolemeuszami, przypominają zwykłych żebraków. Którymi zresztą są i pozostaną. 

Dziennik norymberski

Opis naocznego świadka masowej egzekucji dokonanej przez jedną z Himmlerowskich Einsatzgruppen, cytowany w pracy G. M. Gilberta „Dziennik norymberski”: Ci ludzie rozebrali się bez krzyku i płaczu, stali dookoła rodzinami w grupach, całując się nawzajem, żegnając się i oczekując na znak innego esesmana, który stał blisko wykopu, również z pejczem w ręku. Piętnaście minut tak stałem blisko, nie słyszałem lamentów ani próśb o litość. Obserwowałem ośmioosobową rodzinę, mężczyznę i kobietę, oboje około pięćdziesiątki, z dziećmi około roku, ośmiu i dziesięciu lat – oraz dwoma dorosłymi córkami, około dwudziestu, dwudziestu czterech lat. Starsza kobieta o siwych włosach trzymała w ramionach roczne dziecko, śpiewając mu i zabawiając je. Dziecko gaworzyło z zadowolenia. Małżeństwo miało łzy w oczach. Ojciec trzymał za rękę mniej więcej dziesięcioletniego chłopca i mówił do niego łagodnie; chłopiec walczył ze łzami. Ojciec wskazywał na niebo, potrząsał głową i zdawał się coś chłopcu tłumaczyć. W tym momencie esesman przy wykopie zawołał coś do swojego kolegi. Ten odliczył dwadzieścia osób i polecił im podejść do sterty ziemi. Wśród nich była rodzina, o której wspomniałem. Dobrze zapamiętałem dziewczynę, szczupłą i ciemnowłosą, która przechodząc obok mnie, wskazała na siebie i powiedziała: „Dwadzieścia trzy lata”. Przeszedłem koło ziemnego nasypu i znalazłem się przed olbrzymim grobem. Ludzie byli ciasno ściśnięci razem i leżeli jedni na drugich, tak że były widoczne tylko ich głowy. Prawie wszystkim krew z głów ściekała na ramiona. Niektórzy, postrzeleni, wciąż się poruszali. Kilku uniosło ręce i kręciło głowami, aby pokazać, że wciąż są żywi. Wykop był już wypełniony w dwóch trzecich. Oceniałem, że już zawierał około tysiąca osób. Rozejrzałem się za mężczyzną, który strzelał. Był to esesman – siedział na wąskiej krawędzi wykopu, ze stopami wiszącymi nad dołem. Miał na kolanach karabin maszynowy i palił papierosa. Kompletnie nadzy ludzie zeszli w dół po kilku schodkach wyciętych w gliniastej ścianie wykopu i gramolili się przez głowy ludzi tam leżących, do miejsca wskazanego przez esesmana. Kładli się na zabitych i rannych; niektórzy gładzili tych wciąż żywych, mówiąc do nich po cichu. Wtedy usłyszałem serię wystrzałów. Spojrzałem do wykopu i zobaczyłem, że ich ciała drgały albo leżały bez ruchu na ciałach pod nimi. Krew płynęła na ich ramiona.

Przez całe wieki wszelkiej maści ideolodzy oraz twórcy próbowali stworzyć przekonywującą i sugestywną wizję Piekła. Religijne (chrześcijaństwo), literackie (Dante), plastyczne (Bosch) wizje Piekła okazały się być żałośnie śmieszne w porównaniu z Piekłem stworzonym w czasie 2 wojny światowej przez zwykłych Niemców tu, na Ziemi. Dzisiaj Niemcy są znów niekwestionowanymi przywódcami Europy i dzięki naszej niewyobrażalnej głupocie cierpliwie budują IV Rzeszę. Co ja mówię? Już zbudowali.

Dziesięciu małych murzynków

Nie to jest smutne, że nie ma już dzieł wybitnych (te pojawiają się rzadko), lecz to, że szmira i przeciętność triumfują dziś jak nigdy przedtem. Literatura, malarstwo, film, muzyka, poezja, wszystko bez wyjątku przystrzyżone jak trawnik przed mauzoleum Kim Ir Sena. Poprawność polityczna pożeniona z prezentyzmem wkrótce dokonają pewnie reszty, ale i dziś już nikt nie odważa się powiedzieć niczego, co nie jest dozwolone. Dokonuje się nawet zabiegów na przeszłości. Czytam dzisiaj, że powieść kryminalna Agathy Christie, „Dziesięciu małych murzynków„, zmieni we Francji swój tytuł na „Było ich dziesięciu”. Dokonane zostanie również „pewne dostosowanie” treści tłumaczenia. Ma to na celu „uniknięcie zranienia choćby jednej osoby” sformułowaniami użytymi w książce. Słowo „nigger”, występujące w książce 74 razy, zostanie zastąpione przez ekwiwalent politycznie poprawny. W Polsce „Dziesięciu małych Murzynków” ukazało się w 1960 roku. Od 2004 roku tytuł książki brzmi „I nie było już nikogo”. Chciałoby się dodać …i niczego. Proroczy tytuł.  

Cendrars

Cendrars „Gwiezdna wieża Eiffla”: Wierzyć w dobrodziejstwa nauki oraz humanizm fizyków to moda tyleż głupia, co rozpowszechniona dziś między intelektualistami tego nowego międzywojnia, podobnie jak w XVIII wieku byli modni Encyklopedyści, ci pierwsi wszędobylscy i ludzie Bez-Boga, którzy ustanowili kult Rozumu, nieskończony Postęp wielbili, głosili Prawa człowieka nieskończone i wierzyli, pocieszne ciołki, w niewinność i cnotę „poczciwych dzikusów; a tymczasem Voltaire wazelinił królowi pruskiemu, Diderot doił Semiramidę Północy, a Jan Jakub składał Onanowi ofiary w gaikach Charmettes, bez wiedzy Claude Aneta, ogrodnika-kochanka, co wytargałby go za uszy, ale za to pod oknami pani de Warens, i tak nasi trzej wielcy myśleli tylko, skąd by wytrzasnąć obfitą rentę albo zapewnić sobie stałe miejsce przy stole i w łóżku, w dupie mając rodzaj ludzki, nie inaczej niż w roku 40 – postawa typowa u literatów, którzy nie krępują się bynajmniej ani swoją pozycją publiczną walczących, ani sprzecznościami wewnętrznymi, ponieważ robią Literaturę”.