Czarni łowcy niewolników

Ostatnio Unia Afrykańska coraz głośniej domaga się reparacji za dawny handel niewolnikami i wszystkie kolonialne krzywdyKomisja Reparacyjna wyliczyła straty na astronomiczną sumę 1,37 biliarda dolarów. Ich żądania dotyczą głównie rekompensaty finansowej, ale też formalnego uznania nadużyć i reformy w międzynarodowych instytucjach, przez co należy rozumieć znacznie większej ilości miejsc dla przedstawicieli Afryki w ONZ. Czy słusznie?

Wbrew temu, co sądzą i głoszą zacietrzewieni hunwejbini europejskiego prezentyzmu niewolnictwo u swoich początków nie posiadało żadnych konotacji rasowych czy etnicznych. Niewolnikiem mógł stać się każdy, kto popadł w niewolę. Konotacje rasowe związane z tym zjawiskiem pojawiają się dopiero w epoce nowożytnej, prawdopodobnie wraz z rozwojem transatlantyckiego handlu ludźmi, a więc mniej więcej od XVI wieku. Wiemy również, że niewolnictwo afrykańskie nigdy nie zdołałoby przybrać tak olbrzymich rozmiarów, gdyby nie entuzjastyczny wręcz współudział niektórych afrykańskich plemion, zwłaszcza ludu Ashanti z dzisiejszej Ghany czy Yoruba z Nigerii. Plemiona Imbangala z Angoli i Nyamwezi z Tanzanii specjalizowały się w wywoływaniu lokalnych wojen i konfliktów, bo to dostarczało im okazji do chwytania ludzi i sprzedawania ich jako niewolników. Brytyjscy historycy John Thornton i Linda Heywood udowodnili, że 90 procent ludzi wysłanych przez Atlantyk do Ameryki zostało schwytanych przez ich czarnoskórych pobratymców. Wyprawy łowców niewolników były organizowane również przez afrykańskie królestwa Kongo, Futa Toro, Koya, Khasso, Kaabu, konfederacje Fante i wyżej wspomnianych Ashanti – bez ich kolaboracji z arabskimi i europejskimi handlarzami chwytanie i wysyłanie niewolników do Nowego Świata byłoby prawie niemożliwe.

W zachodniej Afryce już w średniowieczu funkcjonowały wielkie targowiska niewolników w Aodaghost, Dżenne, Gao i Timbuktu. Karawany z żywym towarem wędrowały stamtąd przez Saharę w kierunku Marrakeszu, Algieru, Tunisu i Kairu. Jeden ze szlaków kończył się w Sawakin nad Morzem Czerwonym i w Zeili w sułtanacie Adal, skąd niewolnicy byli transportowani do Dżuddy i Adenu na Półwyspie Arabskim oraz do Zatoki Perskiej. Porty ze wschodniego wybrzeża, Mogadiszu, Malindi, Kilwa czy Zanzibar, zajmowały się wysyłaniem niewolników m.in. do Indii. Wśród handlarzy niewolnikami wyjątkowo ponurą sławę zyskał czarnoskóry Hamad bin Muhammad, wśród rdzennych mieszkańców Afryki Wschodniej znany lepiej jako Tippu Tib, który w szczytowym okresie jego kariery był właścicielem 10 tys. niewolników. Jego matka, Bint Habib bin Bushir, była Arabką z Maskatu, natomiast jego ojciec i dziadek ze strony ojca byli nadmorskimi Suahili.

W XIX wieku brytyjska dyplomacja podjęła w Afryce Wschodniej działania, by stopniowo znieść handel niewolnikami. W wyniku nacisków na islamskich władców tego regionu udało się zawrzeć trzy traktaty. Były to: porozumienie Moresby’ego z 1822 r., porozumienie Hamertona z 1845 r. i wreszcie porozumienie z 5 czerwca 1873 r., podpisane przez brytyjskiego konsula w Zanzibarze Johna Kirka i sułtana Zanzibaru Bargasza, które uczyniło handel niewolnikami nielegalnym. Do 1889 r. wszyscy byli niewolnicy stali się ludźmi wolnymi, a w 1907 r. status niewolnika został całkowicie zniesiony w Brytyjskiej Afryce Wschodniej. Nie wszyscy europejscy koloniści postępowali w ten sposób. Niechlubny wyjątek stanowili, jak zwykle, Niemcy. W rządzonej przez nich Tanganice niewolnictwo zostało oficjalnie zniesione dopiero w 1922 r. wraz z objęciem tego kraju protektoratem brytyjskim.

Warto tu przypomnieć, że niewolnictwo nie było zjawiskiem, które obejmowało wyłącznie czarnych. Mieliśmy w historii bardzo długie okresy, kiedy to Afrykanie porywali ludzi z Europy i handlowali nimi jako niewolnikami. Tak postępowali, i to przez wiele stuleci, czyli mniej więcej od XI do początków XIX wieku, berberyjscy piraci. Z baz w portach Maroka, Algieru, Tunisu czy Trypolisu niemal regularnie dokonywali napadów na nadmorskie miejscowości na północno-zachodnim wybrzeżu Atlantyku i południowo-zachodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego. Celem była grabież i, przede wszystkim, pojmanie jak największej liczby chrześcijańskich niewolników, którymi handlowano następnie na licznych targowiskach północnej Afryki, głównie w Marrakesz, Fez Trypolis i Salè. Bandyci z Afryki Północnej atakowali również, i to przez setki lat, wybrzeże południowo-zachodniej Anglii, portowe miasteczka Irlandii, Szkocji, Devonu i Kornwalii. Istnieją poszlaki, że docierali aż do Islandii. Nie istnieją żadne udokumentowane statystyki, ale wylicza się, że między XVI a XIX wiekiem Berberowie uprowadzili i sprzedali na targowiskach Afryki Północnej i w innych regionach imperium osmańskiego około półtora miliona Europejczyków.

Komisja Reparacyjna Unii Afrykańskiej domaga się więc niemal kosmicznego odszkodowania za doznane krzywdy, ale czy cała ta kwestia jest rzeczywiście tak oczywista, jak próbują to przedstawić?

Afrykańscy handlarze niewolników

Od czasu, gdy prezentyzm, rozkapryszone dziecko zwolenników umysłowego niedorozwoju, zagnieździł się w naszym widzeniu historii, a zwłaszcza w etyce, zjawisko niewolnictwa rozpatruje się głównie w kategoriach rasowych i etnicznych. Co prawda istnieje jeszcze kilku uczonych, którzy silnie protestują, kiedy w przedstawianiu czasów, gdy niewolnictwo było akceptowane używać określeń typu „zły” czy „nieprawidłowe”, ale są oni, niestety, coraz agresywniej zagłuszani przez rzesze rozochoconych prezentystów. Nie chodzi tu zresztą tylko o fałszywą zasadę przykładania dzisiejszych miar moralnych do przeszłości, czyli ewidentny idiotyzm, ale przede wszystkim o świadome przekłamania.

Niewolnictwo jest zjawiskiem, które towarzyszyło nam niemal przez całą naszą historię. I aż do naszych czasów nie nosiło wyraźnych znamion rasowych lub etnicznych. Prof. Henry L. Gates z Uniwersytetu Harvarda udowodnił, że bez entuzjastycznej współpracy elit afrykańskich, setek kacyków z różnych afrykańskich plemion, bez ich współpracy z europejskimi i arabskimi handlarzami, chwytanie i wysyłanie niewolników do Nowego Świata nie byłoby możliwe. I nigdy też nie przyjęłoby tak monstrualnych rozmiarów, gdyby nie kolaboracja wielu afrykańskich plemion, by wymienić dla przykładu ludy Ashanti z dzisiejszej Ghany czy Yoruba z Nigerii. Niektóre plemiona, jak Imbangala z Angoli i Nyamwezi z Tanzanii, wręcz uczyniły z tego styl życia – specjalizowały się w wywoływaniu lokalnych wojen i konfliktów, stwarzając sobie w ten sposób okazję do chwytania, a następnie sprzedawania ludzi z innych plemion. Brytyjski historyk John Thornton udowodnił, że ponad 90 proc. ludzi wysłanych przez Atlantyk do Ameryki zostało pojmanych i sprzedanych handlarzom nie przez białych i odrażających bad boys, lecz właśnie przez ich czarnoskórych pobratymców. Afrykańskie królestwa Yoruba, Kongo, Futa Toro, Koya, Khasso, Kaabu, konfederacje Fante i Ashanti regularnie organizowały wyprawy w celu zdobycia niewolników.

I nie zawsze również Europejczycy handlowali niewolnikami z Afryki. W historii naszego kontynentu są mroczne i bardzo długie okresy, kiedy to Afrykanie porywali i handlowali Europejczykami. Między XI-tym i aż do początków XIX-tego wieku, czyli prawie przez osiem stuleci, pilnie zajmowali się tym berberyjscy piraci – regularnie napadając na nadmorskie miejscowości położone na północno-zachodnim wybrzeżu Atlantyku oraz południowo-zachodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego. Mieli swoje bazy w wielu portach Maroka, w Algierze, Tunisie i Trypolisie. Ich głównym celem było pojmanie jak największej liczby chrześcijańskich niewolników, bo był to towar bardzo ceniony na rozlicznych targowiskach północnej Afryki. Bandyci z Afryki wyprawiali się nawet na wybrzeże południowo-zachodniej Anglii i nie tylko tego regionu zresztą – ofiarami ich ataków byli także mieszkańcy portowych miasteczek Irlandii, Szkocji, Devonu i Kornwalii, a istnieją przypuszczenia, że docierali nawet do Islandii. Prof. Robert Davis z uniwersytetu w Glasgow pokusił się o znacznie dokładniejsze statystyki: wynika z nich, że między XVI a XIX wiekiem berberyjscy piraci uprowadzili i sprzedali na targowiskach Afryki Północnej i w innych regionach imperium osmańskiego aż 1–1,25 mln Europejczyków.

Obecnie nasze próżność i pycha każą nam mierzyć i oceniać jednakową miarą całą naszą historię. To powoduje, że stajemy się ślepi – i na innych i na samych siebie. Może nie będzie więc od rzeczy przypomnieć w tym miejscu mądre słowa Zygmunta Glogera: Nigdy jednak dorobkiem rozumu dzisiejszego nie można mierzyć pojęć dawnych, ani osądzać praw, które były naturalnym wynikiem współczesnego stopnia cywilizacji i całego labiryntu owoczesnych mało zrozumiałych dla dzisiejszego ogółu stosunków ekonomicznych, życiowych, społecznych i politycznych.

Douglas Murray

Douglas Murray w pracy „Przedziwna śmierć Europy”: W grudniu 2014 roku łódź z ponad pięćdziesięcioma mieszkańcami Czarnej Afryki wyruszyła z okolic Nador w północnym Maroku w stronę południowego wybrzeża Hiszpanii. Po drodze zaskoczył ich sztorm. Kapitan statku, muzułmanin z Kamerunu, obwinił za to chrześcijańskiego pastora z Nigerii, który modlił się na pokładzie. Kapitan i załoga pobili pastora i wyrzucili go za burtę, a następnie tak samo postąpili ze wszystkimi pasażerami, w których rozpoznali chrześcijan.