Kobieta Jesse Strang

Dzisiejsza informacja prasowa o tym, że pewna młoda kobieta wdarła się do szkoły średniej w Tumbler Ridge w Kandzie i zastrzeliła kilka osób, w tym uczniów, natychmiast wydała mi się, jeśli nie podejrzana, to co najmniej dziwna. Masowe morderstwa nie są „specjalnością” kobiet i zdarzają się szalenie rzadko (nie potrafię wymienić niczego takiego poza przypadkiem Aileen Wuornos). Kobiety z reguły nie dokonują tego typu egzekucji, a w tej sytuacji najwyraźniej to egzekucja miała miejsce.

Chwila dalszego szukania w Internecie potwierdziła moje domysły. Informacja była błędna i świadomie przekłamana. Zabójcą okazał się Jesse Strang, transpłciowy mężczyzna, który proces tranzycji rozpoczął dopiero kilka lat temu, ale przedstawiany jest przez liberalne media, a nawet policyjne meldunki, jako „kobieta”. To on zastrzelił 9 osób, 25 ranił, a sam popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę.

Jednym z najbardziej podstępnych i destrukcyjnych procesów cywilizacyjnych naszego wieku jest cenzura korygująca, skrajnie obłudna i amoralna, a coraz powszechniej uprawiana przez „nowy wspaniały świat” lansujący totalny permisywizm. Ta cenzura nie zakazuje. W miejsce zakazów oferuje przyjemność, stabilność i brak stresu. Jej skutkiem, wyraźnie widocznym już w naszej psychice, jest lawinowo postępujący zanik zdolności rozpoznawania sprzeczności. Coraz częściej nie tylko bez problemów połykamy, ale coraz bardziej ochoczo akceptujemy wszystkie logicznie wykluczające się stwierdzenia, przez moment nawet nie odbierając ich jako problemu poznawczego czy moralnego. W świecie zdominowanym przez obraz, skrót i emocję łatwo traci się zdolność myślenia sekwencyjnego, łatwo przestaje się łączyć przyczyny i skutki oraz – co gorsza – zatraca się wrażliwość na sprzeczności, nawet gdy są ewidentne i uderzające. Jesse Strang nie był kobietą. Był mężczyzną, biednym i zagubionym frustratem, któremu zamiast tranzycji płciowej społeczeństwo powinno było zaproponować stosowną kurację psychiatryczną, bo być może wówczas zdołanoby zapobiec tej tragedii.

Achaje wracają pod Troję

Zaczynamy przypominać homeryckich Greków. Oceny prakseologiczna, estetyczna i moralna zacierają się. Coraz częściej błąd w działaniu i moralne wykroczenie mierzy się dokładnie tą samą miarą, nie odróżniając ich wcale. Agamemnon przyznający, że źle postąpił wobec Achillesa potwierdza jedynie, że zachował się niewłaściwie, jeżeli chodzi o skuteczność działania, nic ponadto. Moralna strona jego zachowania nie jest tu w ogóle brana pod uwagę. Tamten świat nie zajmował się tym, co moralne, cnoty nie mierzono przestrzeganiem tego, co dozwolone czy zakazane, posłuszeństwem czy poddaństwem lub tym, co jest dobre lub złe. W homeryckim kosmosie pojęcie moralnej odpowiedzialności jeszcze nie występowało. Greckie słowo kakos oznaczało osobę, której można bezkarnie wyrządzić kaka, ponieważ nie może się bronić. Zdyskredytowany był zawsze ten, kto dał się pokonać, a nie zwycięzca, bez względu na to jakich w walce użył środków. Potępiano nie tego, kto znieważał czy wyszydzał, ale tego, kto potulnie wysłuchiwał kierowanych do niego obelg. W tamtym świecie pojęcie moralnej odpowiedzialności jeszcze nie istniało, w naszym przestaje istnieć. Achaje wracają pod Troję.

Inne Noble

Szwecja, znana powszechnie jako orędowniczka praw człowieka, dziecka, zwierząt i owadów, uchodząca za oazę dla pokrzywdzonych oraz prześladowanych, kochających inaczej, mekka prezentyzmu i permisywizmu jest – jak powszechnie wiadomo – fundatorką słynnych nagród noblowskich, ale przyznaje również i inne nagrody. Znacznie mniej znane i mniej upowszechniane. Właśnie w minionym tygodniu przyznano tu, jak co roku zresztą, literacką Nagrodę Lenina, jednego z wybitniejszych morderców w dziejach ludzkości oraz – w tym samym tygodniu – Nagrodę Robespierre`a, mordercy i maniaka z nieco starszym rodowodem, ale równie krwiożerczego. W Szwecji, tym światopoglądowym Raju, nie czyni się małostkowych rozróżnień między oceną moralną i estetyczną.

Wieczność

Antoine de Saint Exupery twierdził, że nie należy spodziewać się zbyt wiele po człowieku, który pracuje na swoje życie, a nie na swoją wieczność. Jakże szybko stał się tak odległy ten rodzaj moralności … Pobrzmiewa w nim jeszcze romantyczna i buntownicza idea z czasów przedindustrialnych, per aspera ad astra. Niestety, dzisiaj nawet wieczność została już wyeksploatowana i wcale nie wydaje się być odleglejsza niż koniec tego tygodnia.

Tom Phillips – Krótka historia

M. przysłała mi pakiet książek. W tym pracę Toma Phillipsa „Ludzie – krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko”. Zabrałem się do tego, mimo kolokwialnego smrodku w tytule, co zawsze mi podpowiada, że ktoś pójdzie drogą na skróty. Zabrałem się jednak, bo przyjemnie byłoby dowiedzieć się czegoś mądrego lub choćby nowego na temat naszych błędów i porażek. Niestety, T. Phillips nie zadał sobie trudu. Pozbierał sporo pikantnych historyjek i anegdot z różnych czasów i kultur i na ich podstawie dokonuje moralnego osądu przeszłości.

Problem w tym jednak, że kategorie moralne nie są żadnymi absolutami, nie są wieczne, że podlegają ustawicznym zmianom i przeobrażeniom, jak i samo społeczeństwo zresztą. Ocenianie czynów Corteza, Kolumba czy dawnych władców chińskich z perspektywy „ekologicznej” moralności współczesnego wyznawcy lewicowego liberalizmu daje efekt tragikomiczny. Jeżeli nie masz więc nic innego do czytania, przejrzyj raczej raz jeszcze myśli Kubusia Puchatka. Gwarantują i więcej pożytku i zabawy.

Heian

Czasem w naszej brudnej i krwawej historii rozkwitają gdzieś stulistne róże. Dla mnie taką stulistną różą jest Wenecja czasu maski i karnawału, Wenecja Casanovy. O Wenecji wiemy jednak trochę. Natomiast o innej takiej stulistnej róży nie wiemy prawie nic. Jest to okres Heian w Japonii – 300 lat  wyrafinowanej kultury dworskiej, która zrodziła arcydzieła niemal w każdej dziedzinie sztuki. Heian częściej nazywa się okresem Fudziwara, od nazwiska arystokratycznego rodu, który całkowicie zdominował życie polityczne i kulturalne tamtego czasu. Książęta Fudziwara, skoligaceni z rodziną cesarską (żonami cesarzy były z reguły księżniczki z tego rodu) byli regentami de facto rządzącymi krajem. I niemal wszyscy byli mistrzami w sztuce intrygi, skutecznie eliminując to, co mogłoby zagrażać ich potędze. Pod patronatem tego rodu rozkwitła w stolicy (a wówczas było to Kioto) kultura, która nie miała sobie równych. Niektórzy widzą jej słabość w tym, że ograniczała się głównie do cesarskiego dworu i jego kręgów, ale to właśnie ta „dworska” i „ograniczona” kultura stworzyła podstawy tego, co dzisiaj nazywa się narodową sztuką japońską.

Literatura ( Gendzi monogatari Murasaki Sikibu czy Makura-no sosi, Notatnik osobisty, Sei Sionagon) i zabytki malarstwa tego okresu opowiadają o świecie całkowicie pogrążonym w zaczarowanym kręgu własnych spraw, świecie, który żył w nieustannej pogoni za coraz bardziej wysublimowanymi przyjemnościami, świecie, który pragnął rzeczywistość przekształcić w dzieło sztuki. Do wydarzeń wagi państwowej, wydarzeń notowanych przez kroniki tej epoki, należą między innymi takie fakty:

„Gwałtowny wiatr powalił dwa drzewa w parku południowym. Zamieniły się w bażanty”; „Czerwone wróble pojawiły się na dachu jednego z pałaców i siedziały tam przez dziesięć dni”.

Heian zdążało do urzeczywistnienia estetycznego ideału w każdej dziedzinie życia, życie miało przypominać piękny wiersz lub sen. I przypominało, symbolizm obejmował i przesycał wszystko – ceremioniał dworski, ułożenie kwiatów, grę słów, uśmiech, wiersz, kolory, ubior, sposób wyrażania się. Ważne było nie tyle to, co się mówi, ale jak się to mówi – nie tyle to, co potrafimy słowami wyrazić, ale może głównie to, co przy ich pomocy potrafimy ukryć. Nie same uczucia, lecz sposób ich wyrażania. Ten świat łączył prostotę i wyrafinowanie tak, jak nie udało się to być może nigdy i nigdzie indziej. Finezja, wyrobienie estetyczne, poczucie piękna, subtelność, przesycone buddyjską melancholią i łagodną świadomością przemijania. W tej epoce wrażliwość na piękno ceniono bardziej niż moralność, a człowiek, który nie potrafił pisać wierszy uznawany był za barbarzyńcę.

Epoka Heian, podobnie jak Wenecja Casanovy, odeszła w szczęku broni, w krwi, okrucieństwie i bezwzględności. Znakomitą tego ilustracją są trzy zwoje Heidzi monogatari. W jednym ze zwojów artysta odmalował rzeź dam dworu Gosirakawy – ich ciała, zrzucone na stos, leżące w bezwładnie skłębionych, podartych i splamionych krwią jedwabnych szatach przypominają pomordowane motyle.  Czemu tak lubię Heian? Czy dlatego, że jest sabi?