Muzyka dla bydła

Niektóre zwierzęta odznaczają się doskonałym słuchem i całkiem niezłym muzycznym smakiem. Wiadomo już od dawna, że na przykład muzyka Mozarta i Beethovena stymuluje krowy do większej produkcji mleka oraz przyczynia się do przyrostów tłuszczu. Tym dziwniejszy wydaje się więc fakt, że w chlewach i oborach muzyka klasyczna wcale nie jest tak popularna jak można byłoby przypuszczać. Powód jest zaskakująco prosty, chociaż dla nas, ludzi, mało pochlebny. Okazuje się, że na krowy taka muzyka działa znakomicie, natomiast nie wytrzymują jej psychicznie robotnicy rolni. Zdecydowanie bardziej preferują muzykę beatową, a ta z kolei bardzo źle wpływa na bydło.  

Odysjada 13

So­fo­kles w Filoktetesie oraz Eu­ry­pi­des w Cyklopie wska­zu­ją na Sy­zy­fa jako prawdziwego ojca Odyseusza. Owi­diusz w Me­ta­mor­fo­zach określa go również mianem Sisyphius. We­dług Hyginusa mat­ka Ody­se­usza mia­ła zajść w cią­żę z Sy­zy­fem tuż przed po­ślu­bie­niem Laerte­sa. Jak to było możliwe? Antyklea, matka Odyseusza, była córką znanego oszusta Autolykosa, syna Hermesa, a Autolykos był wówczas sąsiadem Syzyfa. Ten najsławniejszy złodziej wśród antycznych Greków potrafił, dzięki pewnej sztuczce, którą przekazał mu jego ojciec, Hermes, zmieniać maść ukradzionego bydła. Syzyfowi jednak udało się wyśledzić, gdzie znika jego bydło. On również posłużył się prostą sztuczką – oznaczył po prostu kopyta zwierząt. Zwołał sąsiadów, by pomogli mu schwytać i osądzić złodzieja, a potem, gdy naradzali się zapalczywie nad wymiarem kary, opuścił zgromadzenie pod byle pozorem, wdarł się do domu Autolykosa i zgwałcił jego córkę Antykleję, przyszłą żonę Laertesa. Tak więc to Syzyf, nie Laertes, był ojcem Odyseusza i to po nim odziedziczył Odys spryt i bezwzględność.

Sy­zy­f nie jest zresztą postacią jednoznacznie negatywną, a w micie, ukazującym go jako człowieka, który potrafi przechytrzyć i ośmieszyć despotycznych i bezwzględnych bogów, kryje się spora doza sympatii dla niego. Widoczne jest też po­do­bień­stwo do Ody­se­usza i jego spry­tu, który ratuje go w wielu groźnych sytuacjach, wynikających zresztą nie z przeznaczenia czy losu, lecz ze zwykłej nienawiści bogów. Podobno prastare znaczenie imie­nia Sy­zyf, może jeszcze z czasów przed pojawieniem się Gre­ków na te­renie Hel­la­dy, wska­zu­je na jego ety­mo­lo­gicz­ną łącz­ność z rdze­niem sło­wa sophos (σοφός) czyli mą­dry, posiadający dużo wie­dzy. Obecnie σοφία ozna­cza mą­drość i po­szu­ki­wa­nie praw­dy, ale u sta­ro­żyt­nych ozna­cza­ła też spryt i zwykłą bie­głość praktycz­ną w jakiejś dziedzinie, choćby w rze­mio­śle czy mu­zy­ce. Zdaje się też, że nie miała zbyt wiele wspólnego z roz­trop­no­ścią – σωφροσύνη, cze­go doskonałym dowodem jest zdecydowanie nadmierna „pomysłowość” kró­la Sy­zy­fa. A i Odysa również.

Sens

Pytanie o sens życia jest pozbawione sensu. Na poziomie zwykłej egzystencji sensem życia może być wszystko – to, że każdego ranka otwieramy oczy, że cieszy nas dotyk promieni słońca, widok naszych bliskich, smak wina, dobra muzyka, że potrafimy odczuwać radość i smutek. Sens jest w samym istnieniu. Nie ma potrzeby szukać go daleko i nie ma żadnej potrzeby, by go stwarzać. Sensem życia jest życie. E. Cioran powiedział gdzieś, że historia ma bieg, ale nie ma sensu. To samo odnosi się do życia. Życie ma bieg i to wystarczy. Nie potrzebuje żadnego sensu.

Gabrielli

Caterina Gabrielli to najwybitniejszy sopran XVIII wieku. Była też kobietą o wielkim uroku osobistym i silnym charakterze. Charles Burney, brytyjski muzyk i teoretyk muzyki, nazywał ją najbardziej inteligentnym i najlepiej wychowanym wirtuozem, z jakim kiedykolwiek się zetknął. Doskonałość jej kunsztu wokalnego potwierdza również i to, że była w stanie zapewnić sobie długoterminowe zaangażowanie w trzech najbardziej prestiżowych centrach operowych jej czasów poza Włochami, czyli w Wiedniu, Londynie i St. Petersburgu. Nicolas de Chamfort opowiada zabawną anegdotę o niej. Otóż, podobno zażądała ona pięć tysięcy dukatów od carycy Katarzyny za to, aby śpiewać dwa miesiące w Petersburgu. Odpowiedź carycy brzmiała: „Tyle nie płacę żadnemu z moich feldmarszałków.W takim razie, odparła Gabrielli, niech Wasza Cesarska Mość każe śpiewać swoim feldmarszałkom”. Caryca zapłaciła pięć tysięcy dukatów.

Joshua Bell

„The Washington Post” przeprowadził ciekawy eksperyment: Joshua Bell, wybitny muzyk, na którego występy ludzie kupują bilety za setki dolarów, stanął przy wejściu do nowojorskiego metra i przez czterdzieści pięć minut dał darmowy koncert utworów Bacha (nota bene: na skrzypcach wartych trzy miliony dolarów). Tłumy ludzi przechodziły obok niego obojętnie, nikt nie przystanął, nikt go nie rozpoznał, nikt nie dosłyszał w jego wykonaniu wirtuozerii i mistrzostwa – nie odbieramy już na częstotliwościach aż tak subtelnych. Dobra muzyka stała się czymś w rodzaju ultradźwięków. Jest dla nas nieosiągalna. Powoli zaczynamy przypominać ślimaki.

Nieodwzajemniona miłość

Francuski muzyk Julien Gauthier od dawna marzył o zwiedzeniu Północno-Zachodnich Terytoriów Kanady. Planował wyprawę niemal trzy lata. 44-letni kompozytor zamierzał nagrywać odgłosy dzikiej przyrody i wykorzystać to podczas tworzenia kolejnego dzieła.

Spełnił swoje marzenie, ale rankiem trzynastego dnia wyprawy zaskoczył go niedźwiedź drapieżnik. Gauthier, ledwo obudzony, nie zdołał uciec. Niedźwiedź zaciągnął go w głąb lasu i niedźwiedzim zwyczajem … rozszarpał.

Dyrektor Orchestre Symphonique de Bretagne, w której pracował Gauthier napisał, że muzyk przez swoją twórczość chciał przekazać słuchaczom swoją miłość i szacunek dla natury. Niestety, najwyraźniej nie wiedział albo zapomniał, że wszelka miłość do natury jest miłością nieodwzajemnioną. Natura nic nie wie ani o miłości ani o szacunku.