Erynie i wymiar sprawiedliwości

Mitologiczny matkobójca Orestes. Starożytna Grecja nie znała zbrodni bardziej ohydnej i niewybaczalnej niż matkobójstwo. Zgodnie z tradycją Orestes powinien był więc zostać zaszczuty na śmierć przez erynie, boginie zemsty i kary, zwane też z enigmatycznych powodów Eumenidami, czyli Życzliwymi. Ale w tym przypadku nic takiego nie ma jednak miejsca, jak wiemy, bowiem na wskutek ostrej interwencji Apolla, ministra olimpijskiej dyplomacji, Orestes został uniewinniony od tego przerażającego czynu i erynie, pokornie podkuliwszy swoje sucze ogony, posłusznie odstępują od wykonania zwykłych dla nich obowiązków. Jest to typowy przykład ingerencji w wymiar sprawiedliwości w wydaniu starożytnym, erynie zostają tym samym zlekceważone i zmanipulowane, zalecono im zastosowanie taryfy ulgowej wobec zbrodniarza, Apollo groźnie pokiwał wskazującym paluchem i zmarszczył brwi. Posłusznie wypełniły jego wolę, choć – dla zachowania pozorów – podaje się gdzieniegdzie, iż uczyniły to wyjątkowo niechętnie. Precedens został już jednak ustanowiony. Zakres naszej ludzkiej wolności powiększył się o możliwość bezkarnego mordowania własnych matek, gdy tylko wymagają tego względy polityczne. Dowiedzieliśmy się też, że nawet erynie są przekupne. Ot, boskie marionetki. Od tego incydentu zresztą te odziane na czarno staruchy o wężowych splotach na głowach, dzierżące w rękach pochodnie i bat, przestają być straszne, tracą cały autorytet i powoli rozpływają się w mitycznych mrokach.

Dla Rzymian ojcobójstwo lub matkobójstwo również było czynem niewiarygodnym i przerażającym, choć ich furie, wzorowane zresztą na greckich eryniach, nigdy nie miały aż takiego znaczenia. Rzymianie za takie czyny mieli inny rodzaj kary. Była to tzw. kara worka, poena cullei. Polegała ona na zaszyciu skazanego w skórzanym worku wraz ze zwierzętami (pies, kogut, małpa i wąż) i wrzuceniu worka do morza. Według Plutarcha w pierwszych sześciu wiekach istnienia Rzymu podobne zdarzenie nigdy jednak nie miało miejsca. Poena cullei było nie tyle może karą, co przede wszystkim aktem oczyszczenia, który miał uwolnić lokalną społeczność od skazy, jaką zabójca ściągnął na wszystkich swą zbrodnią. Nie była stosowana zbyt często i nawet niechętnie o tym mówiono, ale pamięć o tej karze jeszcze długo była żywa. Ciekawe zdarzenie miało miejsce po zamordowaniu przez Nerona swojej matki, Agryppiny. Mieszkańcy Rzymu dali wówczas wyraz swemu oburzeniu: tłum w nocy zarzucił worek na pomnik cesarza. Była to aż wyraźna aluzja do tego, jak powinien być ukarany.

Starożytna EllaOne

Czy starożytność miała swoją własną tabletkę antykoncepcyjną typu dzień po, jak Escapelle lub EllaOne? Tak, była nią pewna zagadkowa roślinka, która obraziła się na ludzkość i znikła – sylfion, silphium. Nie potrafimy dziś powiedzieć, czym właściwie był sylfion. Z bardzo nielicznych zachowanych opisów i przedstawień można ewentualnie wnioskować, że należał do rodziny baldaszkowatych (Apiaceae), w więc tej samej, do której należy marchew, pietruszka czy koper, ale Grecy wierzyli, że było darem od boga Apollona. Pojawił się podobno tuż po intensywnych opadach czarnego deszczu, które nawiedziły ten rejon w 617 r. p.n.e. Teofrast opisuje sylfion jako krzyżówkę kopru włoskiego i selera, o burakowatej główce, skąd odrastały grube korzenie, długie na około łokieć, liść zaś, nazywany maspeton, podobny do selera. Sylfion uznawany był za panaceum – miał leczyć trąd, zatrucia, bóle gardła i kaszel, bóle reumatyczne, stymulować porost włosów, usuwać kurzajki i brodawki, pomagać na migrenę i tysiąc innych przypadłości, ale przede wszystkim ceniono go jako nadzwyczajnie skuteczny środek antykoncepcyjny i wczesnoporonny. Na tym zastosowania tej tajemniczej rośliny nie kończą się zresztą, bo była również poszukiwaną i cenioną przyprawą. Podobno nadawała potrawom wykwintny smak i w arystokratycznej rzymskiej kuchni stosowaną ją powszechnie; jej zielone części wykorzystywano jako warzywo. Sylfion był szalenie drogi, a szczególnie tak zwane laserpitium – stężały sok otrzymywany z korzeni, który posiadał właściwości odkażające i przeciwzapalne. To powodowało także, że był znakomitym środkiem lokowania kapitału, równym wartością złotu i srebru. W całym basenie Morza Śródziemnego wręcz pożądano tej cudownej rośliny. W Rzymie jej zapasy przechowywano w publicznym skarbcu, odnawiając je każdego roku. W sztuce Tragarze Hermippos wymienia zbiór towarów, które drogą morską docierały do Aten w V wieku p. n. e. i na pierwszym miejscu umieszcza właśnie sylfion. Silphium było endemitem, tzn. występowało jedynie na małym obszarze geograficznym i poza nim nigdzie indziej na świecie. Tym miejscem była starożytna grecka kolonia Cyrenajka – kraina zajmująca tereny obecnego wybrzeża Libii. Gospodarka Cyrenajki była więc związana z eksportem sylfionu, a handel nią był z oczywistych względów objęty monopolem państwowym i podlegał ścisłej kontroli.

Powodem tego, że akurat Cyrenajka czerpała ogromne zyski z eksportu sylfionu było to, że rośliny tej nie dało się uprawiać. Cały zbiór pochodził z naturalnych stanowisk, położonych jedynie na obszarze prowincji. Cyrenejczycy dbali o swój skarb, zbierali sylfion umiejętnie, aby dobrze się odnawiał i stale była dostępna odpowiednia jego ilość. Roślina zniknęła z powierzchni ziemi około 2 tysiące lat temu, a przyczyną tego według wielu historyków mogła być jedna kiepska decyzja administracyjna. Od kiedy status Cyrenajki w Imperium Rzymskim zmienił się z prowincji cesarskiej na senatorską, odtąd namiestnik Cyrenajki panował bardzo krótko, często tylko rok, a jego przychody zależały głównie od wypracowanego zysku. W takiej sytuacji namiestnicy kładli nacisk na rabunkową, intensywną eksploatację sylfionu. Po kilkudziesięciu latach na świecie został tylko jeden okaz sylfionu, który został posłany jako dar cesarzowi Neronowi. Nie wiemy, co z nim zrobił. Zapewne nic mądrego, ale od tego czasu świat starożytny musiał nauczyć się żyć bez tabletki dzień po.

Bizancjum

Cesarstwo Wschodniorzymskie, Cesarstwo Bizantyjskie, Bizancjum. Znamy te określenia, słyszeliśmy je zapewne wiele razy. Bardziej dociekliwi wiedzą nawet, że powstało w ramach podziału imperium rzymskiego, że istniał jakiś kodeks Justyniana, słyszeli coś o cesarzowej Teodorze, o upadku Konstantynopola, o bizantyjskim zbytku i przepychu, o bizantyjskiej przewrotności i obłudzie. Media również używają czasem, zwłaszcza gdy mowa o przywilejach władz, naładowanych pejoratywnie określeń typu „bizantyjskie zwyczaje”, „bizantyjska czołobitność”, „bizantyjska polityka”. Zwykle jednak gdzieś w tym miejscu, mniej więcej, kończy się nasza powszechna wiedza o Bizancjum. Czy nie wydaje się to być dziwne? W szkole nawet w moich, zamierzchłych już czasach, o Bizancjum ledwo wspominano, a podejrzewam, że w tej chwili jest jeszcze gorzej i nazwa ta wcale nie pojawia się na lekcjach historii. Spotkałem ludzi, którzy uważają, że Istambuł zawsze nazywał się Istambuł, a Konstantynopol to takie starożytne miasto, które już od dawna nie istnieje. Potrafimy, gdy zachodzi potrzeba, zadać gwałt naszej pamięci i wymienić kilka imion cesarzy rzymskich, powieści, filmy i telewizyjne seriale spopularyzowały co bardziej malownicze postacie, jak Kaligula, Klaudiusz, Cezar czy Neron, ale czy z równym powodzeniem udałoby się nam wymienić kilka imion z długiej listy cesarzy bizantyjskich? Z całą pewnością – nie. O Bizancjum wiemy mało. Zgoła nic. Przez tysiąc lat to wspaniałe, a tak słabo dziś znane państwo, walczyło o to, żeby Europa mogła być tym, czym jest obecnie. Stworzyło niezwykłą, barwną i twórczą cywilizację, która łącząc ortodoksyjne chrześcijaństwo z pogaństwem, klasyczne greckie wykształcenie z rzymską sprawnością administracyjną, zdołała przez tysiąc lat stawiać opór nawale islamu. A my prawie nic o tym nie wiemy. Bizancjum nie ma w naszej pamięci. Bizancjum nie jest częścią naszej historii. Jak to jest możliwe? Czy nie jest to wynikiem szkalującej i wrogiej propagandy ze strony uczestników zachodnich krucjat? Krucjat, które zamiast walczyć z islamem, zajmowały się rabunkiem bogatego Konstantynopola, jak „słynna” krucjata z roku 1204, gdy „bogobojni” krzyżowcy wdarli się do miasta, plądrując je przez trzy dnie i urządzając bezprzykładną rzeź jego chrześcijańskich mieszkańców? Ten moment to nie tylko zdobycie chrześcijańskiej stolicy przez innych chrześcijan, rabunek i zniszczenie bezcennych zabytków wspólnej kultury, ale również zniszczenie ciągłości Cesarstwa Bizantyjskiego. Może w naszej, europejskiej niechęci do mówienia, a już szczególnie mówienia o Bizancjum dobrze, leży coś więcej niż zwykły brak zainteresowania tym niby „orientalnym tematem”? Może nie chcemy pamiętać o tamtej zbrodni albo – jeżeli już nie da się jej ukryć – przynajmniej pomniejszyć jej rozmiary szkalując pokonanego? Stara, wypróbowana taktyka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że opinia o Bizancjum została ukształtowana przez zachodnioeuropejskich przywódców ruchu krucjatowego, że jest ich wątpliwym alibi, obrosłym w ciągu setek lat kłamliwymi mitami i stereotypami, alibi, które my wciąż bezmyślnie powtarzamy. No cóż, Bizancjum upadło, a historię – jak zawsze i wszędzie – pisali zwycięzcy.

Zdrada stanu

Neron po śmierci swojej drugiej żony Poppei Sabiny chciał ożenić się z Antonią, siostrą przyrodnią Oktawii, swojej pierwszej żony, której pozbył się przed poślubieniem Poppei wpierw zsyłając ją na wyspę Pandaterię, a potem nakazując zgładzić. Antonia odmówiła. Została zamordowana pod zarzutem … zdrady stanu.

Saparmurat Nijazov

Jakże chętnie ekscytujemy się dziwactwami dawnych władców i półbogów: Kserkses biczujący niesforne morze, wszystkie ekscesy Nerona, Heliogabala, Kaliguli, wyczyny sułtana Ibrahima I, aberracje Karola VI i cesarza Zhengde, chimery Ludwika Drugiego Bawarskiego, lista ekscentryków i psychopatów jest długa. Zwykle jednak, gdy mamy na myśli takie szaleństwa, odwołujemy się do przykładów z historii, podczas gdy nasze pozornie bardzo oświecone czasy – w tym względzie przynajmniej – wcale i w żaden sposób nie ustępują dawnym. Współczesność jest pełna Kserksesów i Heliogabali. Choćby Saparmurat Nijazov, od 1991 roku absolutny władca Turkmenistanu. Po zdobyciu władzy natychmiast zmienił nazwy miesięcy roku – styczeń nazwany został jego imieniem, a reszcie miesięcy przydzielił imiona krewnych. Podobnie uczynił z dniami tygodnia, a także ulicami i budynkami. Zakazał noszenia brody i złotych zębów, a balet uznał … za pornografię. W swojej Nibylandii powołał Ministerstwo Uczciwości i spłodził, zapewne wzorując się na Mao-tse-tungu, książeczkę pod tytułem Ruhnama. Jest to rodzaj zbiorku wyjątkowo kiepskich wierszy, równie kiepskiej autobiografii heroicznej, jeszcze bardziej kiepskiej fikcji historycznej, mizernej książki kucharskiej, poronionego przewodnika duchowego tudzież dziesiątków porad żywieniowych dla Turkmenów. Znajomość tej wiekopomnej pracy była dla wszystkich Turkmenów obowiązkowa nawet podczas egzaminu na prawo jazdy. W stolicy istnieje olbrzymi posąg tej książki. Otwiera się ona i w regularnych odstępach czasu słychać cytaty z niej. Po to, by jej przekaz miał zasięg jak największy, Turkmenbasza wystrzelił jeden z jej egzemplarzy w kosmos. Trzykrotne przeczytanie Ruhnama było uznawane za warunek wstąpienia do muzułmańskiego raju. To, zresztą, tylko nieliczne z „genialnych” pomysłów turkmeńskiego satrapy. Kaligula, mianujący senatorem swego konia, może wydawać się przy nim niemal filozofem. Ale najśmieszniejsze jest to, że wszystko to ma miejsce w twojej i mojej rzeczywistości, w bardzo oświeconym dwudziestym pierwszym wieku. Na pewno oświeconym?

Claudia Octavia

Pierwsza żona Nerona, poślubiła go w roku 53. Została zamordowana w 62. Tacyt, XIV księga „Roczników”: Młoda kobieta, otoczona prymitywnymi centurionami i żołnierzami, mając zaledwie 20 lat była już oderwana od życia przeczuciem tego, co ją czeka. Lecz nie mogła znaleźć spokoju nawet w obliczu śmierci. Po kilku dniach kazano jej umierać. Zaklinała się, że jest już tylko wdową i siostrą cesarza, wzywała Germaników, wspólnych przodków obojga, a także imię Agrypiny, za jej bowiem życia byłaby nieszczęśliwa wprawdzie, lecz wolne od zguby małżeństwo znosiła. Nakładają jej więzy i otwierają żyły na wszystkich członkach. A ponieważ skrzepła wskutek strachu krew zbyt powoli uchodziła, duszą ją parą nadmiernie gorącej kąpieli. Dodano jeszcze potworniejsze okrucieństwo, albowiem jej uciętą głowę zaniesiono do stolicy, aby mogła ją oglądnąć Poppea. Dokądże będę wspominał, że za to uchwalono dary dla świątyń? Ktokolwiek będzie poznawał wydarzenia owych czasów z dzieł moich lub innych pisarzy, niech wie z góry, że ilekroć cesarz wygnanie i mord nakazywał, tylekroć za to bogom dziękowano. 

Pauzaniasz

Wciąż Pauzaniasz. Czytam go powoli, smakując. Pisze o Heraklesie, pisze o Neronie. I nie ma żadnej różnicy w tym, jak o nich pisze. Dla nas Herakles jest wyłącznie mitem. Neron mocno niepewną historią. Dla Pauzaniasza tak Herakles jak i Neron są historią. Należą do historii.

Seneka

Życie jest bardziej skomplikowane niż to śniło się filozofom. Z całą pewnością nigdy nie pozbędziemy się tej rozkosznej pokusy, by spekulować o tym, jak właściwie należy żyć, jak powinno wyglądać mądre życie, czym powinniśmy powodować się w życiu, a życie dalej będzie kpić z naszych śmiesznych spekulacji i bezlitośnie, przy każdej sposobności, demaskować ich nicość.

Zawsze lubiłem czytać Senekę. Nie rozstaję się z jego „Myślami” prawie od trzydziestu lat, choć zdarza się, że czasem po prostu zapominam o nich. Wtedy gubią się gdzieś na przepastnych półkach biblioteczki, mija rok lub dwa, i nagle pojawiają się znów na moim biurku, pozostając na nim przez wiele miesięcy, zanim znów gdzieś się skryją. Seneka jest mądry. Spotkanie z nim jest jak spotkanie z ciszą, jak spotkanie z samym sobą. Kiedy czytam go, nie mam wątpliwości, że wiedział jak należy żyć i doskonale rozumiał, czym jest życie. Natomiast kiedy czytam o nim, zaczynam wątpić. „Potrzeby naszego ciała są skromne: domaga się ono jedynie ochrony przed zimnem, pokarmu dla zaspokojenia głodu i pragnienia. Wszystko, czego pożądamy ponadto, służy naszym wadom, a nie potrzebom rzeczywistym” – w swoich pisamach wielokrotnie wspomina o tym, że życie powinno być skromne, ale sam należał do najbogatszych ludzi tamtego czasu, zgromadził majątek oceniany na 300 milionów systercjów;  był więc antycznym miliarderem. Zarzucano mu nawet chciwość i pazerność. „Najlepsza jest taka miara majątku, żeby ani nie popaść w ubóstwo, ani od ubóstwa nie być daleko” – z fortuną 300 milionów systercjów był bardzo daleko od ubóstwa. Ale czy tylko droga Buddy jest słuszna? Czy ważne jest, by własnym życiem udowodnić swoje przekonania? Seneka nie głosił religii. „Żadne położenie nie jest aż tak trudne, by przekreślało każdą możliwość szlachetnego działania” – pisze. Czy są to tylko czcze słowa, pobożne życzenia? Żył przecież na dworze Nerona, był zamieszany we wszystkie brudy i zbrodnie tego okresu. Mimo najlepszych chęci nigdy nie uwierzę, że nie miał najmniejszego pojęcia o pułapce, jaką jego wychowanek przygotował dla swojej matki, Agrypiny. Gdy uratowała się, brał zapewne udział w naradzie u Nerona, gdzie zdecydowano, by wysłać do niej morderców, którzy zatłukli ją pałkami. Wiadomo też, że to on, Seneka, był rzeczywistym autorem listu Nerona do senatu, listu z kłamliwymi wyjaśnieniami okoliczności i przyczyn jej śmierci. Czy rzeczywiście „żadne położenie nie jest tak trudne ..? Seneka współdziałał z matkobójcą, cynicznie usprawiedliwiał jego zbrodnię i mimo tego był i pozostał wielkim autorytetem moralnym, cytowanym przez dziesiątki innych filozofów i całe rzesze wszelkiej maści kaznodziejów przez całe wieki. Bezwzględnie potępiał tyranię i wychował jednego z największych tyranów. W swoich rozważaniach nigdy nie pobłaża pochlebcom, lecz sam płaszczył się przed Messaliną i wyzwoleńcami Klaudiusza. Nie krył też nigdy swojej pogardy dla ludzi, którzy stają się narzędziami przemocy, a dobrowolnie wysługiwał się Neronowi. Otaczał się zbytkiem, choć potępiał zbytek. Znana była też jego rozwiązłość, co nie przeszkadza mu nawoływać do panowania nad zmysłami.

Zapewne doskonale rozumiał, że Neron będzie chciał pozbyć się niewygodnego świadka swoich zbrodni. Dlatego próbuje wycofać się z czynnego życia, ofiarowując Neronowi cały swój majątek. Ale i to nie wystarczyło. I bez wątpienia wiedział, że to nie wystarczy. Wiedział, że nic już nie wystarczy. W 65 roku naszej ery Neron otrzymał  stosowny  pretekst – spisek Pizona. Lucius Annaeus Seneca Minor, Seneka Młodszy, retor, pisarz, poeta i filozof, otrzymał prawo,  zaszczytne prawo, by popełnić samobójstwo. Podciął sobie kilka żył.  Ze względu na poważny wiek krew z przeciętych żył wypływała bardzo powoli. Dyktuje więc skrybie ostatnie słowa, po czym zanurza się w gorących wodach łaźni. Ciepło przyspieszyło upływ krwi i zakończyło jego życie. Odszedł tak, jak głosił. Może ważne jest, by własnym życiem udowodnić to, co głosimy. Ale ilu z nas jest w stanie udowodnić to własną śmiercią?

Vatican

Przeczytałem dziś, że w czasach cesarstwa Rzymskiego dolna część Watykańskiego państwa była niedostępnym bagniskiem zamieszkiwanym jedynie przez węże. Według Pliniusza żyły tam węże tak wielkie, że potrafiły połykać dzieci w całości. W I wieku n. e. cesarzowa Agrypina nakazała osuszyć te tereny, zakładając tam imponujące ogrody. Na obecnym Placu św. Piotra, estradzie wiernych, w tamtych czasach regularnie odbywały się wyścigi rydwanów konnych i, za panowania Nerona zwłaszcza, publiczne egzekucje.

Miasto Watykan i Bazylika św. Piotra wybudowane są na pogańskim miejscu kultu zwanym w łacinie Vaticanus mons lub Vaticanus collis, co oznacza wzgórze lub górę proroctwa. Słowo Vatican (od Vatis czyli prorok i can czyli wąż) oznaczałoby więc dosłownie „proroczy” lub „prorokujący wąż”. Monety wybijane w Watykanie często oznaczane są inskrypcją „Citta del Vaticano” – Miasto Proroctwa.