Zoo Buchenwald

Buchenwald to niemiecki obóz koncentracyjny, w pobliżu Weimaru, bardzo starej i kultowej miejscowości, gdzie cała plejada germańskich geniuszy typu von Goethe, Schiller i Gropius wytrwale budowała prawdziwy bauhaus niemieckiej kultury. Chcę wierzyć, że zbyteczne są jakiekolwiek dodatkowe wyjaśnienia, czym było to miejsce od 1937 do 1945 roku. Określenie niemiecki obóz koncentracyjny w umyśle każdego Europejczyka powinno wywoływać ten sam przerażający obraz. Jeżeli już tego nie czyni, jeżeli przeobraziło się w mniej czy bardziej pusty, pozbawiony jakichkolwiek odniesień denotat najwyższy czas, by uznać, że przestaliśmy być Europejczykami. Liczę jednak na to, że ty wiesz, iż była to rzeźnia, gdzie naród bachów i beethovenów, z właściwą im metodycznością i precyzją, wymordował dziesiątki tysięcy ludzi, bezbronnych i niewinnych.

Możesz natomiast nie wiedzieć – i o tym chciałem ci opowiedzieć – że w odległości nie większej niż rzut kamieniem od tego ponurego miejsca znajdował się Ogród Zoologiczny Buchenwald, wybudowany oczywiście rękoma więźniów obozu, a zwierzęta pochodziły z ogrodu zoologicznego w Lipsku, zakupione z żebraczych wynagrodzeń, jakie więźniowie otrzymywali za przymusową pracę w okolicznych fabrykach i kamieniołomach. Mam cichą nadzieję, że nie przyszła ci do głowy szalona myśl, iż w takim razie zoo było przeznaczone czy dostępne dla więźniów. Korzystać z niego, ciesząc się widokiem dobrze odżywionych zwierząt, mogli wyłącznie wartownicy i cywilni pracownicy obozu Buchenwald. Było ono „oczkiem w głowie” Karla Kocha, komendanta tego obozu, i jego żony, Ilse Koch, głównej nadzorczyni obozu kobiecego, która przez sadyzm i patologiczne okrucieństwo zyskała przydomek Suki z Buchenwaldu. Nie był to zresztą jedyny jej przydomek. Nazywano ją także Ilsa Abażur, a to z tego „niewinnego” powodu, że uwielbiała abażury wykonywane z ludzkiej skóry i namiętnie je kolekcjonowała. Jak wspomniałem, niewielka odległość dzieliła zoo od obozu zagłady – od krematorium do wybiegu dla niedźwiedzi było co wyżej kilkanaście metrów. Pomiędzy nimi wysokie na trzy metry i długie na trzy kilometry ogrodzenie pod napięciem elektrycznym. Po jednej stronie niekończące się rzędy drewnianych baraków i krematoria, po drugiej prywatne zoo pary zboczeńców. Po jednej stronie niemiecki pan stworzenia i jego ukochane zwierzęta, o które dbał czule i troskliwie, po drugiej podludzie, którym nie przysługiwał nawet status zwierząt. Światy te rozdzielał podłączony do prądu płot.  

Umysły pospolite i banalne uznają a priori (a przekonanie to staje się obecnie niemal powszechne), że zdolność do miłości obejmuje wszystko i często głoszą, że ten, kto nie kocha zwierząt nie szanuje też i nie kocha ludzi. Nie przychodzi im do głowy, że miłość do zwierząt nie tylko nie jest jednoznaczna z miłością do ludzi, a wręcz przeciwnie – może być wyrazem w najlepszym razie niechęci, a w najgorszym nienawiści do ludzi. I obawiam się, że ten drugi wariant jest znacznie powszechniejszy niż pierwszy.

Ohrdruf

Ohrdruf. Miejscowość o nazwie, która aż drapie w gardle. Od roku 1695, przez pięć lat, mieszkał tam geniusz niemieckiej muzyki Jan Sebastian Bach. W wieku dziewiętnastym miasteczko było znane z produkcji zabawek. W czasie 2 wojny światowej powstał tam obóz pracy przymusowej, Zwangsarbeitslager „Ohrdruf”, pierwszy z wyzwolonych przez wojska amerykańskie (31 marca 1945). Naczelny dowódca sił alianckich, generał Dwight D. Eisenhower, rozkazał wykonać jak najwięcej zdjęć, zebrać dokumentację możliwie jak najbogatszą oraz przymusowo zabrać do obozu niemiecką ludność z okolic, by stali się świadkami przerażającej zbrodni. Nakazał im nawet grzebanie zmarłych. Swoją decyzję wyjaśnił prosto i jednoznacznie:” Żeby zebrać jak najwięcej dowodów, filmów, zeznań świadków, ponieważ nadejdzie dzień, kiedy jakiś skurwysyn na pewno powie, że to się nigdy nie wydarzyło.” Miał rację. Wystarczyło zaledwie pół wieku, by świat zapomniał.

Fragment relacji generała George`a S. Pattona z obozu w Ohrdrufu: W pobliskiej szopie leżało czterdzieści kompletnie nagich trupów w ostatnim stadium wychudzenia. Ciała były lekko spryskane wapnem, widocznie nie w celu ich zniszczenia, lecz dla zabicia odoru. Wapno jest bardzo mało skutecznym środkiem, jeśli o to chodzi. Według moich obliczeń szopa mogła pomieścić około dwustu trupów. Powiedziano nam, że pozostawiano tam ciała, dopóki szopa się nie wypełniła, po czym je zabierano i grzebano; od 1 stycznia 1945 roku, jak powiadali więźniowie, zabrano z tej szopy i pogrzebano około 3000 ludzi. Kiedy nasze wojska zbliżały się do Ohrdrufu, Niemcy uznali, że lepiej będzie, jeśli usuną dowody swoich zbrodni. Kazali więc więźniom odkopać dopiero co pogrzebane ciała i zbudować coś w rodzaju gigantycznego rusztu z 60-centymetrowych szyn kolejowych ułożonych na fundamencie z cegły. Na rusztowaniu ułożono trupy usiłując je spalić. Ale to się nie udało. Chcąc nie chcąc nasuwała się myśl o jakimś gigantycznym obrządku pieczenia mięsa u ludożerców. Z dołu, częściowo wypełnionego zieloną wodą, wystawały ramiona, nogi i inne części ciał ludzkich.