Ty w kraj Syren zajedziesz, czarownic, co zdradzą
Tych wszystkich jacy tylko o nich tam zawadzą;
Szaleniec kto się zbliży, i Syren tych śpiewy
Usłyszy, ten nie ujrzy nigdy, póki żywy
Ni małżonki, ni dziatek, ni ziemi rodzinnej,
Tak go zczaruje śpiew tych syren słodkopłynny
– w dwunastej pieśni Odysei Kirke tymi słowami przestrzega Odyseusza przed Syrenami. Ich śpiew słodkopłynny wprawiał w wibracje kadłuby starożytnych trier i zniewalał żeglarzy. Los tych, którzy nie zdołali oprzeć się syrenim pieśniom był przesądzony. Syreny, czarownice o nieziemsko pięknych głosach, podstępne i zbrodnicze, mogły być jednak metaforą pewnego rzeczywistego zjawiska. Obecnie wielu naukowców utrzymuje, że w dawnych, zamierzchłych czasach w Morzu Śródziemnym żyły humbaki. Jeżeli te przypuszczenia są słuszne, to można z dużą dozą prawdopodobieństwa przyjąć, że to ich godowe pieśni, nostalgiczne i tęskne, przywołujące na myśl muzykę kosmicznych sfer, starożytni żeglarze brali za śpiew uwodzicielskich Syren.
Tag: Odyseja
Arystofanes i Homer
Arystofanes uważał, że właściwy koniec Odysei stanowi wiersz 296 (wers 306 w tłum. Lucjana Siemieńskiego, Ossolineum, 2004) XXIII księgi, gdzie Penelopa rozpoznaje swego męża, stara piastunka przygotowuje małżonkom ich łoże, a pokojowa Eurynome z pochodnią w ręce prowadzi ich do sypialni. W dalszych, zamykających epos 6oo wierszach, ton zmienia się tak bardzo, jakby poeta śpieszył się, by jak najprędzej zakończyć poemat albo – co jest równie prawdopodobne – ktoś inny uczynił to za niego. Trudno nie przyznać Arystofanesowi racji – cały finał Odysei w obecnej, oficjalnej wersji wydaje się być obcy i doklejony. To już nie jest Homer. Księga/Pieśń XXIV jest mało homerycka.
Odysjada 11
Odyseusz powrócił do Itaki 25 października 1207 r pne., twierdzą astrofizycy z Uniwersytetu w Atenach. „Pięć dni później nastąpiło zaćmienie Słońca w 75% obejmujące Morze Jońskie, a potem doszło do zabójstwa zalotników”. Zaćmienie zweryfikowane zostało przez mapy NASA opisujące zjawiska naturalne od 4500 pne. Jedno całkowite zaćmienie Słońca miało miejsce w 1143 r. pne. Drugie natomiast wydarzyło się właśnie 30 października 1207 r. pne. i trwało od wpół do drugiej po południu do wpół do piątej po południu. Znajduje to odzwierciedlenie w Odysei. W Pieśni XX, tuż przed rzezią zalotników, Theoklymenos mówi do nich: … a na nieb sklepieniu / Helios gaśnie i straszne ogarniają mroki. Datę zaćmienia, 30 października 1207 r. pne., wydaje się potwierdzać także homerycki opis przyrody tego jesiennego dnia i południa, gdy następuje rozprawa z zalotnikami.
Odysjada 10
Odyseusz i Polifem. Przypomnijmy: statek Odyseusza przybija do brzegów wyspy, na której mieszka cyklop Polifem. Zamyka on Odyseusza i jego załogę w jaskini, planując pożreć ich sauté. Polifem jest ogromny i niewiarygodnie silny, ale cierpi na pospolity zespół niedoboru intelektu, innymi słowy, jego głupota dorównuje jego rozmiarom. Pomysłowy Odys upija cyklopa, a pytany o imię oznajmia sprytnie, że nazywa się Oudeis, co znaczy Nikt. Gdy Polifem zasypia zmorzony winem, Odys wypala mu jego jedyne oko i wymyka się z pieczary ukryty pod brzuchami baranów. Ranny cyklop wzywa na pomoc braci, lecz na pytanie, kto go okaleczył, odpowiada wciąż: „Oudeis, Oudeis!”. Fortel Odysa ocala życie i jemu i jego załodze, ale prowokuje gniew Posejdona. Odys mógłby uniknąć zemsty władcy mórz i oszczędzić sobie lat tułaczki, gdyby nie jego niewyobrażalna wręcz próżność, która nakazuje mu, gdy tylko poczuł się już względnie bezpieczny, pochwalić się swoim sprytem i ujawnić swoje imię. Ryzyko, jakie podejmuje, głosząc wszem i wobec swoje imię, jest ogromne, i choć zapewne wie o tym, to jednak groźba utraty tożsamości, stanie się prawdziwym oudeis, stanie się Nikim, jest dla niego nie do zniesienia. Odrzuca anonimowość, chociaż ta zapewnia bezpieczeństwo, ujawnia się, wybiera, by i ten triumf został przypisany tylko jemu. Istnienie jest najwyższą wartością, a tylko ten istnieje, o kim śpiewają pieśni.
Cyklopie! Jeśli kiedy człowiek (co być może)
Spyta cię, kto ci oko wybił, kto tak sprawny,
Powiedz mu: Odyseusz, grodoburca sławny,
Co mieszka na Itace, oka mnie pozbawił!
W świecie Odysa walory współzawodnictwa są wartością bezwzględną. Na homeryckich dworach roi się od aojdów – wojownicy cenią tych, którzy potrafią ich chwalić. Aojdowie to starożytni specjaliści od image. To oni kreują wizerunki, tworzą homeryckich idoli. Ale ceni się także i tych, którzy chwalą się sami. I to jest właśnie to, co czyni Odys przez niemal całą Odyseję. To on opowiada o sobie i nie obawia się śmieszności – tylko dwie z jego przygód, pobyt na wyspie Kalipso i spotkanie z Feakami, przedstawia narrator. Resztę swoich przygód relacjonuje sam.
Odysjada 7
Penelopa i zalotnicy. Ten moment w Odysei wydawał mi się zawsze najmniej oczywisty. Gdy pojawiają się zalotnicy, w siedemnastym roku nieobecności Odysa, Penelopa jest już kobietą w średnim wieku, ma około czterdziestu lat. Nie jest jeszcze stara, ale nie jest już i młoda. Wkroczyła zapewne w okres przekwitania albo niebawem weń wkroczy i z całą pewnością nie jest już pięknością – nawet jeżeli założyć, że kiedyś nią była. Prawdopodobnie nie. Była być może ładna, ale w żadnym razie nie mogła mierzyć się z Piękną Heleną, jej kuzynką. Nigdzie w Odysei nie ma jakichś szczególnych zachwytów nad jej urodą. Atuty Penelopy, sławione i podziwiane, są inne. Nie jest więc ona ani młoda ani piękna, a mimo tego ponad stu książąt, w większości niewiele starszych od jej syna, Telemacha, zaleca się do niej przez trzy lata, okupując jej pałac czy dwór i pragnąć pojąć ją za żonę. Cóż aż tak niesłychanie cennego posiada ta starzejąca się kobieta? Dlaczego właśnie ona jest obiektem ich marzeń? I czy na pewno ona? Kilka tysięcy lat później, 22 października 1968 roku, także w Grecji, Aristotelis Onasis poślubił Jacqueline Bouvier-Kennedy, wdowę po prezydencie Johnie F. Kennedym. Była First Lady USA, najpotężniejszego współczesnego imperium świata, miała wówczas 39 lat, jak Penelopa, za sobą kilka porodów, dwoje dzieci i przeciętną, niczym nie wyróżniającą się urodę skromnej, protestanckiej mieszczki o dobrych manierach i guście. Dlaczego Onasis, tak bajecznie bogaty, że mógł kupić najpiękniejsze kobiety naszego globu, walczy o to, by zdobyć i pojąć za żonę wdowę po Johnie Kennedym? Czy na pewno chodziło tu o Jacqueline Bouvier-Kennedy? Czy nie jest bardziej prawdopodobne, że Onasis pragnął poślubić mit Kennedego, że poślubiając jego żonę chciał „poślubić” jego sławę, potęgę jego imienia? Onasis dopiął tego i szybko zrozumiał, że nie można poślubić mitu. Ale cel osiągnął. Kto dziś jeszcze pamiętałby o nim, gdyby nie małżeństwo z wdową po Kennedym? Samo bogactwo wcale nie zapewnia „nieśmiertelności”. Może więc zalotnicy Penelopy także tylko pozornie zabiegają o jej rękę? Może celem jest Odys? Jego sława, jego mit? Stać się Odysem, stać się legendą, bohaterem, zyskać „nieśmiertelność”, ludzką co prawda, ale nieśmiertelność, mogą tylko w ten sposób, per procura, poślubiając jego żonę. Nie przypadkiem pojawiają się dopiero w siedemnastym roku nieobecności Odysa, dopiero wtedy, gdy mit o jego przygodach żyje już na wszystkich wyspach i lądach śródmorza, gdy aojdowie, przy akompaniamencie formingi, śpiewają o nim pieśni, sławiąc jego odwagę, spryt i niezłomność. Zalotnicy Penelopy są w istocie zalotnikami Odysa. Pragną stać się nim, pragną skraść jego życie. Odys to rozumie. Dlatego żadnemu nie okaże łaski. Homerycki nakaz oszczędzania przeciwnika, który korzy się i prosi o łaskę, w obliczu zbrodni tak wielkiej, nie ma zastosowania – Eurymach i Leodes też muszą umrzeć.
To nie Zachód
To nie Zachód przechował i utrwalił dziedzictwo antyku. To, że tradycje, kultura, wiedza, literatura i sztuka starożytności przetrwały, jest zasługą Cesarstwa Wschodniego. Anna Komnena w „Aleksjadzie” (a jest to XI wiek) niemal na każdej stronie tego dzieła wtrąca aluzje, metafory czy odniesienia do Iliady i Odysei, Eurypidesa i Arystotelesa, Sokratesa i Platona, cytuje Ajschylosa i Tukidydesa, pisze o podbojach Aleksandra, antycznej rzeźbie i medycynie. Europejscy twórcy tamtego okresu? Anonimowy Turold, który – być może – spłodził dość naiwną i niezdarną przypowieść o Rolandzie, nigdy zapewne nawet nie słyszał o Troi, Homerze lub Odysie. Cesarstwo Zachodnie, spacyfikowane, wyniszczone i rozdrobnione, opanowane przez prymitywne germańskie plemiona, całą północną dzicz, przypominało dokładnie oczyszczony szkielet ryby. Nawet gdyby pozostało coś godnego przechowania, to i tak nie miałby kto tego uczynić.
Impresje greckie
Archestratos to kulinarny Pauzaniasz. Był Grekiem z Sycylii, autorem gastronomicznego poematu Hedypatheia (Słodkie doświadczenie), podróżnikiem kulinarnym, który cały ówczesny świat grecki przemierzył w poszukiwaniu najlepszych produktów, przepisów i potraw. Miało to miejsce około 350 r. przed naszą erą, w czasach, gdy Grecja ucztowała na potęgę.
***
Tylko w Grecji można przeżyć pierwotną rozkosz jedzenia. Grecy nie mają oporów, by pochwycić jedzenie palcami. Mieszkańcy Zachodu, a już zwłaszcza Skandynawii unikają tej naturalności jak ognia, z zapałem uprawiając szermierkę na noże i widelce nawet z takimi potrawami jak grillowane żeberka czy kurczaki, nie wspominając o pizzy. Tylko w Grecji widzi się tylu ludzi, którzy otwarcie i swobodnie używają w czasie jedzenia swoich palców.
***
M.B. Wielki, ociążały w gestach, bladooki, prawie wiking, choć bez brody, zawsze jednak z kilkudniową szczeciną. Opowiada o swoim tygodniowym pobycie w Grecji. Podobało mu się. Chyba jednak drugi raz już tam nie poleci. Nie podobał mu się serwis w Grecji, to, że nie było mleka do obiadu, prosił o nie każdego dnia, naprawdę grzecznie, i nigdy nie otrzymał. W końcu zmuszony był kupić je sobie sam, w pobliskim sklepie, lecz kiedy przyszedł z nim do hotelowej restauracji, gdzie mieli wykupione posiłki, spoglądano na niego co najmniej dziwnie, a jeden z kelnerów znacząco popukał się w czoło.
M.B. nie wie, że w języku greckim istnieje osobny czasownik na czynność picia mleka, że można pić wino czy wodę, sok czy ouzo i wtedy jest to inne słowo, ale gdy pije się mleko wtedy określa się to słowem galaktopotein. Dorośli Grecy nigdy nie piją mleka, płyn ten budzi w nich obrzydzenie. Mleko może pić Polifem, cyklop z Odysei, albo barbarzyńscy Scytowie, ludy żyjące gdzieś na obrzeżach cywilizowanego świata. Słowo „mlekopijca” jest wyrażeniem pogardliwym. Ale czyż można wyobrazić sobie bohaterów spod Troi pijących mleko, Achillesa, Agamemnona czy Odyseusza? Nie. Mogli pić wodę, najchętniej wino, nigdy mleko. Dorosły człowiek pijący mleko wygląda śmiesznie. M.B. nie wie, że ma to swoje uzasadnienie. W greckim klimacie mleko kwaśniało błyskawicznie, a to znaczy, że wymagało natychmiastowej obróbki. Grecy nauczyli się więc produkować sery, pozbawiając swoje trzewia szansy na przyuczenie się do trawienia laktozy.
***
Prawdopodobne wyjaśnienie greckiej pasji do dzielenia mięsa, o czym wspomniałem we wcześniejszym zapisie, znajduje się w książce Magdaleny Nowakowskiej „Starożytna Grecja od kuchni”. W rozdziale „Mięso ofiarne” pisze ona: Był taki moment w dziejach świata, kiedy ludzie i bogowie nie byli jeszcze rozdzieleni. Panował wtedy Kronos, a ludzie żyli bez trosk, trudów i utrapień. Nie starzeli się, nie imały się ich choroby, a umierali tak, jakby ich sen ogarniał. Bogowie lubili spędzać z nami czas, łączyć się więzami małżeńskimi i wspólnie ucztować na doskonale urządzonych bankietach, uświetnianych śpiewem muz. Obcowanie bogów i ludzi dobiegło końca wraz z epoką pokonanego przez Zeusa Kronosa. Stosunki bosko-ludzkie nieco się sformalizowały i trzeba było wyznaczyć nowe reguły współżycia. Wyrazem czci dla bogów miało być składanie ofiary, a sprawą naglącą stało się wydzielenie z ludzkich posiłków tej części, którą należało oddać nieśmiertelnym. Układ dotyczący mięsa ofiarnego zawarto w Mekone na Peloponezie, a w roli rzecznika ludzi przystąpił do negocjacji boski kuzyn Zeusa – Prometeusz. Własnoręcznie zabił wołu, oddzielił mięso od kości i przygotował fortel mający oszukać Zeusa na korzyść ludzi. Mięso okrył skórą, a kości tłuszczem i tak podane proporcje przedstawił najwyższemu bogu do wyboru. Zeus wskazał ociekające tłuszczem i prezentujące się bardziej smakowicie części, ludziom zostawiając skromnie wyglądające, bo okryte skórą mięso. Od tej chwili nieodwołalna stała się zasada obrzędów ofiarnych: ludzie będą jedli mięso, a bogom przypadnie dym i wonności wznoszące się ku niebu z palonych na ołtarzu kości i tłuszczu.
Publiczne składanie ofiar gromadziło całą społeczność polis i, jak już wiemy, było nie tylko wyrazem czci dla bogów, lecz także społecznym obowiązkiem obywatela i miasta. Dzielenie się mięsem ofiarnym symbolicznie spajało wspólnotę, a zasada izometrii, czyli równego podziału, odzwierciedlała demokratyczny porządek polis. Rytuał wymagał podzielenia mięsa zwierzęcia ofiarnego po równo, bez wyszczególnienia „lepszych” lub „gorszych” części, a odkrojone kawałki w ilości odpowiadającej uczestnikom ofiary przypadały im przez losowanie.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.