Czarna śmierć

Zaraza Antoninów, zwaną także zarazą Galena, która pojawiła się w II wieku, pochłonęła prawdopodobnie ponad 5 milionów ludzkich istnień, ale spustoszeń w ludzkiej populacji na skalę niemal niewyobrażalną dokonała dżuma, zwana czarną śmiercią, która zaatakowała świat w okresie panowania cesarza Justyniana. Przyjmuje się, że pochłonęła ponad 200 milionów ofiar, zmarło wówczas od 30 do 60 proc. mieszkańców Europy (prawie 24 mln ludzi, podczas gdy Europę zamieszkiwało wówczas ok. 75 mln.), ale nie była ona fenomenem wyłącznie europejskim. Miała charakter pandemiczny, uśmierciła również około 30 proc. ludności Bliskiego Wschodu i mniej więcej 40 proc. mieszkańców Egiptu. Znakomity uczony arabski Ibn Chaldun w pracy „Muqaddimah” napisał: „Ludy Zachodu i Wschodu nawiedziła niszczycielska plaga. Przetrzebiła całe narody, niektóre zaś z nich wytraciła ze szczętem. Unicestwiła wiele dobrych stron cywilizacji i starła ją z powierzchni ziemi. Przeobraził się cały świat zamieszkany”. To trafny opis – oblicza się, że populacja świata potrzebowała aż 150 lat, by powrócić do stanu sprzed wybuchu epidemii.

Czarna śmierć pochodziła, jak większość epidemii, i tak samo jak dziś, z Azji Środkowej, z Kirgistanu lub Chin. Stamtąd, przyniesiona przez handlarzy, podróżujących jedwabnym szlakiem, trafiła na Krym. W 1347 roku na Krymie Mongołowie oblegali genueńską faktorię Kaffa, miasto znane w starożytności jako Teodozja, założone jeszcze w VI w. p.n.e. przez osadników greckich z Miletu. W czasie oblężenia mongolscy barbarzyńcy użyli czegoś, co można byłoby nazwać średniowieczną wersją broni biologicznej – ładowali swoje katapulty ciałami zmarłych na dżumę i wystrzeliwali je przez mury obronne. Ta nieludzka taktyka okazała się bardzo skuteczna, miasto szybko padło, ale w konsekwencji doprowadziło to do straszliwej i globalnej katastrofy. Uciekinierzy z ogarniętego epidemią miasta przenieśli dżumę do Konstantynopola, Sycylii, Marsylii i na Cypr, skąd miała już otwartą drogę do pozostałej części Europy, łącznie ze Skandynawią i Polską.

Grypa i inne

Medyczne statystyki notują zdumiewający spadek zachorowań na grypę i przeziębienia, tak przecież zwykłych i powszechnych o tej porze roku. Tym razem nie ma żadnej grypy, prawie nigdzie. Proponuję następujące alternatywne wyjaśnienie: albo koronawirus wymordował populację neandertalczyka czyli grypy albo nikt nie chce przyznawać się do przypadłości tak banalnych,  niemodnych, prawie wulgarnych. Grypa od dawna już nie jest medialna, nie da się nią ani pochwalić ani zaimponować. Koronowirus natomiast, pandemiczny i apokaliptyczny, posiada wszystkie wymagane walory, a na dodatek budzi lęk i szacunek. Celebryci i artyści natychmiast podchwycili szansę – co przytomniejsi z nich pochorowali się na koronawirusa bez chwili namysłu, nie dając się prosić, namawiać czy przekonywać, jak to zwykle ma miejsce. Przeciwnie, zachorowali chyżo i ochoczo, a potem wyczerpująco raportowali w społecznościowych mediach o swoich cierpieniach i o tym, jak dzielnie je pokonywali. Nikt więc, kto jest choćby trochę à jour z tym, co ważne i aktualne na świecie, nie będzie obecnie kompromitował się grypą czy przeziębieniem, bo chorować na niemodną chorobę jest przejawem absolutnie skrajnego niechlujstwa intelektualnego, o czym zdaje się nie wiedzą jeszcze tylko chłopcy od statystyki. Nota bene, obecnie raportuje się również znaczny spadek chorób wenerycznych. Nietrudno odgadnąć, że jest to zasługą używania maseczek i intensywnej dezynfekcji … rąk.

Zaraza

Zaraza w Italii w roku 566 w niemal literackim opisie Pawła Diakona w jego „Historii Longobardów”: W tym czasie wybuchła ogromna zaraza – zwłaszcza w prowincji Ligurii. Niespodziewanie na domach, zwierzętach, naczyniach i odzieży ukazały się jakieś plamy, które, gdy chciano je zmyć, stawały się jeszcze bardziej wyraźne. Po upływie roku w narządach rodnych i innych delikatniejszych miejscach powstawały guzy wielkości orzecha lub daktyla, a następnie pojawiała się gorączka nie do zniesienia i w przeciągu trzech dni gasło życie w człowieku. Jeśli jednak ktoś przetrzymał okres trzydniowy, mógł żywić nadzieję na powrót do zdrowia. Wszędzie rozlegał się lament i płacz. Między ludźmi szerzyła się plotka, że ucieczka pozwała uniknąć nieszczęścia. Pozostawiano więc opustoszałe domy, których tylko psy pilnowały. Na pastwiskach zwierzęta pasły się same, bo nie było pasterzy. Mogłeś zobaczyć, jak wioski i miasta jeszcze dzisiaj pełne ludzi, następnego dnia, gdy wszyscy je opuścili, zamierały pogrążone w głuchej ciszy. Uciekali synowie porzucając nie pogrzebane zwłoki rodziców, rodzice, niepomni na swoje święte obowiązki, pozostawiali dzieci w gorączce. Jeśli ktoś przypadkiem przestrzegał dawnego zwyczaju i chciał pochować bliźniego, sam pozostawał nie pogrzebany; jeśli bowiem urządzał pogrzeb, tracił życie, jeśli zmarłemu oddawał należną posługę, jego zwłoki leżały bez posługi. Można by sądzić, że świat powrócił do pierwotnego stanu ciszy: nie słychać było żadnego głosu na polach, żadnego gwizdania pasterzy, żadnych dzikich zwierząt zasadzających się na trzodę, żadnego porwanego ptactwa domowego. Przejrzały zasiew na próżno oczekiwał żniwiarza; winny szczep utracił liście i złociły się nie tknięte winogrona, a już nadchodziła zima. Zarówno w czasie nocnych, jak i dziennych godzin rozbrzmiewała trąba bojowa i wielu słyszało jakby pomruk zbliżającego się wojska. Nigdzie nie było śladów przybywających ludzi, nigdzie nie widziano zabójców, a jednak wszędzie rzucały się w oczy trupy pomarłych. Pastwiska zamieniono na cmentarze dla ludzi, a siedziby ludzkie stały się schronieniem dzikich zwierząt.