Paryż

Spróbuj sobie wyobrazić, że w Paryżu z początku siedemnastego wieku, zamieszkałym wtedy przez półtora miliona mieszkańców, funkcjonowało zaledwie 30 studzien. Miasto nie miało także kanalizacji i wszystkie nieczystości, odpady i fekalia lądowały prosto na ulicach. Brud i ścieki musiały sięgać kostek i zapewne nie jest to obraz przesadzony. Wielu podróżnych z tamtych czasów wyczuwało bliskość wielkiego miasta nie z powodu dobiegającego ich gwaru, lecz z powodu atakującego ich nozdrza smrodu – wspomina o tym J. Huizinga w znakomitej pracy „Jesień średniowiecza”. Ówczesne miasta śmierdziały niczym wielka, otwarta kloaka. Spacer po mieście, co z takim upodobaniem uprawiamy dzisiaj w naszych podobno „straszliwie” wprost zanieczyszczonych miastach, nie wchodził w rachubę. W tamtych przedindustrialnych i ekologicznych czasach byłoby to przedsięwzięcie wysoce przykre i ryzykowne.

Myrto

Jednym z dzieł zaginionych podczas niemieckiej okupacji Paryża jest akt dwóch leżących kobiet z białą gołębicą. To obraz Tamary Lempickiej „Myrto: Dwie kobiety na kanapie” z roku 1929, własność jednego z jej najważniejszych kolekcjonerów, dra Pierre’a Boucarda. Przedstawia dwie kobiety leżące w leniwych pozach na kanapie, jedna obejmuje drugą od tyłu, dwa nagie, zmysłowe ciała, uznawany za najbardziej ekstrawagancki lesbijski obraz, prawdopodobnie autoportret artystki i jednej z jej kochanek. Krążą pogłoski, że obraz, skradziony przez jakiegoś niemieckiego żołdaka, uwiedzionego jego wyjątkowo erotycznym charakterem, w jakiś tajemniczy sposób stał się potem częścią prywatnej kolekcji innego znanego miłośnika dzieł sztuki, czyli Hitlera, co wydaje się jednak opowiastką przeznaczoną dla bardzo grzecznych dzieci. W „Catalogue raisonné” Alaina Blondela znajduje się czarno-biała fotografia tego obrazu, a jeden z odcinków programu telewizyjnego „The Mystery of the Lost Painting” interesująco opowiada tę historię. Płótna nie odnaleziono. Nie można jednak wykluczyć, że przetrwał i istnieje w tajnej galerii jakiegoś bogatego maniaka, który odwiedza go raz w tygodniu czy miesiącu – z lampką koniaku Delamain de Voyage i zapasem pachnących jednorazowych chusteczek. 

Józef Bem

Generał Józef Bem. Barwna i nietuzinkowa postać naszej historii, nieformalny dowódca rewolucji wiedeńskiej z 1848 r., naczelny wódz powstania węgierskiego 1848-1849, marszałek armii Imperium Osmańskiego, bohater narodowy Polski, Węgier oraz Turcji. Oficjalne źródła informują bardzo dyskretnie, że w 1823 roku zabił w pojedynku „nieznanego” przeciwnika, sam otrzymując ciężki postrzał w udo, co spowodowało, że do końca życia kulał. Zdarzenie to opisuje Józef Jaszowski w „Pamiętniku dowódcy rakietników konnych”. Bem i Jaszowski stacjonowali razem w pułku w Łęczycy, a tym „nieznanym przeciwnikiem” Bema był oficer o nazwisku Nowicki. Według portretu Jaszowskiego był to mężczyzna w średnim wieku, „dla ciężkich ran inwalid; z nikim nie żył i unikano go powszechnie, jako zbyt lubiącego kieliszek, którym się jedynie, jako i polowaniem zatrudniał codziennie; strzelał doskonale i odbył kilka pojedynków szczęśliwie, tak przynajmniej wieść o nim chodziła. Według wyjaśnień Jaszowskiego pojedynek miał się odbyć między wspomnianym Nowickim, a ich kolegą porucznikiem Turowskim, ale ponieważ Turowski leżał wówczas obłożnie chory, więc Bem, żeby nie zwłóczyć, wziął sprawę kolegi na siebie i wyzwał go na pistolety. Bem strzelał znakomicie, Nowicki stracił życie w tym pojedynku, ale wcześniej, bowiem oddawał strzał jako pierwszy, trafił Bema w prawe udo. Jaszowski pisze dalej, że jego kolega Bem za to poszedł na reformę, tj. na pół żołdu, a wreszcie wziął dymisję; lecz kuli, która zapewne jedną stronę kości piszczelowej przebiła i w szpiku utkwiła, znaleźć nie mogli ani tu w kraju, ani w Paryżu, ani w Lizbonie, ani w Wiedniu, i z nią do grobu poszedł jako basza turecki w Azji, odznaczywszy się wprzódy jako jenerał w wojnie węgierskiej przeciw Austrii w Siedmiogrodzie.

Wincenty Tyszkiewicz

Leon hr. Potocki,Wspomnienia o Świsłoczy Tyszkiewiczowskiej, Dereczynie i Różanie”:  Hrabia Wincenty Tyszkiewicz był charakteru słodkiego, powiem nawet słabego, dodawszy do tego wrodzoną nieśmiałość, nieznajomość ludzi i niedoświadczenie, może z uznanej przez siebie potrzeby wyrobił w sobie upór i nim się uzbroił przeciwko ludziom, wypadkom, przeciwko nawet własnemu sercu, którego kto wie czy się najwięcej nie obawiał, bo czuł jak silnie w piersi jego biło. Chociaż z czasem nabrał doświadczenia, poznał ludzi, ani swej nieśmiałości zupełnie przezwyciężyć, ani się całkowicie uporu pozbyć nie zdołał, ani też sercu położyć tamy nie potrafił, dobroczynność stała się dla niego potrzebą życia, a dobre uczynki chlebem powszednim.

W młodym jeszcze wieku nabrawszy wielkiej tuszy, która później do najogromniejszych doszła rozmiarów, tak że rąk swoich nie mógł spoić, i nosił zamiast fraka lub surduta, po kostki kapotę, na małe guziki od góry do dołu zapinaną; dodajmy do tego nadzwyczaj krótki wzrok, a przekonamy się, iż nie był zwłaszcza przy końcu ruchawym, za to też umysł jego rzadko kiedy odpoczywał, ciągle tworzył, układał, urządzał, poprawiał, doskonalił. Obojętnem okiem spoglądał na obroty ówczesnej polityki i na to co się działo na wielkim świecie, był jedynie zajęty urządzaniem obszernych swych włości, zapewnieniem dobrego bytu poddanym i upiększeniem swej ulubionej rezydencyi świsłockiej. Nie zagłębiał się w naukach, chociaż czuł ich potrzebę i wielce je w drugich cenił; żadnych nie miał nałogów, kart do rąk nie brał, innego nie używał napoju prócz wody, i niezachwianą wierność zachował, niezasługującej podobno na nią małżonce.

Ale najmilszą jego rozrywką czyli raczej słabostką były kobiece plotki, tych chętnie słuchał, co jedna powiedziała, na gorącym uczynku drugiej powtarzał, tym sposobem, nieraz przyjaciółki od serca między sobą poróżniwszy, godzić je potem musiał, a wtedy, dar hojnie ofiarowany jednej i drugiej, bywał najczęściej mocną rękojmią zawartego przymierza.

Pan referendarz każdą stratę czasu uważał za niepowetowaną, dla tego też regularność i akuratność stały się dla niego drugą naturą i prawidłem postępowania; dzień, miesiąc, rok, życie cale zastosowywał do zegarkowego porządku, każda jego czynność odbywała się o naznaczonej porze, nie spóźnił się nigdy o minutkę, ani z terminem w interesie, ani z dotrzymaniem słowa, ani nawet z zapowiedzianemi w sąsiedztwo odwiedzinami.

Razu pewnego, wyjeżdżając do Paryża, obiecał ks. Franciszkowej Sapieżynie być u niej, w Derczynie, na Św. Pelagję, na obiedzie. Minęło kilka miesięcy, dzień imienin księżny zgromadził w komnatach derczyńskiego pałacu ze sto osób z rozmaitych stron kraju, a pana Tyszkiewicza jak nie widać tak nie widać! Zapomniał, — odzywają się jedni, — zamarudził — powtarzają drudzy, — chyba chory, — napomknął ktoś z boku, — nie przyjedzie wołają jednogłośnie prawie; — Przyjedzie! — odpowiada na to pani domu, gdyż nigdy nie uchybił słowu danemu.

Godzina trzecia, dzwonią na obiad, od jadalnej sali otwierają się podwoje, i w tejże samej chwili wchodzi pan referendarz, idzie prosto do księżny, komplement prawi, podaje rękę i do stołu prowadzi. Podług niego, odkładanie do jutra było pierwszą oznaką dezorganizacji umysłowej, opieszałość — nadwątleniem sił żywotnych, lenistwo — sparaliżowaniem woli, marudztwo — marnotrawstwem najdroższego skarbu — czasu.

Pomimo, że referendarz był możnym magnatem, miał wstręt do zbytków, odrazę do skąpstwa, nad intratę nic nie wydawał, ale też i nie oszczędzał, wystarczało mu i dla siebie i na dobre uczynki, a nie mając dzieci nie potrzebował zbierać.

Dwie kobiety

Rosja. Ta sama epoka. Dwie kobiety. Zinaida Gippius i Nina Berberowa. Pierwsza jest żoną Dmitrija Mereżkowskiego. Biseksualistka, białe małżeństwo, famme fatale epoki srebrnego wieku, liczne romanse, ostentacje i prowokacje, mistyka w rosyjskim wydaniu. Mimo póz i pretensji żyje w cieniu swego utalentowanego męża. Ich podróż do Włoch dla poprawy jej wątłego zdrowia. „Znajdujemy się w okropnej, niebywałej sytuacji, żyjemy dosłownie nie dojadając już kilka dni i zastawiliśmy ślubne obrączki” – oznajmia w jednym z listów w 1894 roku (w innym skarży się, że z braku pieniędzy nie może pić kefiru, przepisanego jej przez lekarzy). Dmitrij Fiłosofow, homoseksualista, poznany przez nich w Nicei, długoletni związek z nim. Jej „Dzienniki petersburskie”, mimo ambicji i starań, powierzchowne i plotkarskie, a „Dziennik warszawski” tragicznie naiwny. Generał Lucjan Żeligowski we wspomnieniach „Wojna w roku 1920” zanotował: Pewnego dnia przekroczył granicę wraz z żoną i kilkoma przyjaciółmi znakomity pisarz rosyjski Dymitr Mereżkowski. Pozostał on w Mińsku dłuższy czas i miałem sposobność dyskutowania z tym miłym człowiekiem o wielkiej kulturze duchowej. Był rozżalony na Polskę: „Jak to – mówił – Polacy, naród tak rycerski, nie chcą wyratować nas od bandy zbójów, którzy przypadkowo opanowali władzę?”. Zinaida G. prezentuje ten sam, infantylny punkt widzenia. Zmarła w Paryżu w 1945 roku, pochowana została na podparyskim cmentarzu de Sainte-Geneviève-des-Bois. 

Nina Berberowa. Przeżyła z Władysławem Chodasiewiczem ponad dziesięć lat. Podobne iluzje i złudzenia na temat Rosji, caratu i rewolucji jak Gippius. I ona również żyje w cieniu Chodasiewicza, poety i publicysty i, niemal tak samo jak Gippius i Mereżkowski, w pierwszym okresie emigracji ledwo wiązali koniec z końcem. W ciągu trzech lat mieszkali w czterdziestu dwóch mieszkaniach, w różnych miastach Europy, wliczając w to jedno lato w Belfaście, przed zamieszkaniem w Paryżu w 1925. O swych ówczesnych problemach pisała: „Jestem wiecznie głodna. Chodzę wciąż w cudzych ubraniach i starym obuwiu, nie mam ani perfum, ani jedwabi, ani futer i na nic nie mam większej chętki niż na te wyłożone na wystawie smakołyki”. Heroicznie uważała jednak, że ubóstwo można przezwyciężyć, że trzeba próbować z nim walczyć, a do tego usilnie próbowała być dumną z tego, że nie przynależy do pogardzanych przez nią „białoarmistów”, którzy – nie chcąc żyć z jałmużny – dzielnie starali się zdobyć pracę, jakąkolwiek, ale pracę. Manifestacyjnie opowiadała się po stronie rosyjskiej emigracyjnej bohemy w Paryżu, płacąc za to swoją własną cenę upokorzeń. Druga wojna światowa przyniosła biedę jeszcze większą. Brakowało wówczas wszystkiego. Pisarka rozstała się wtedy z Chodasiewiczem, wyszła za mąż za Nikołaja Makiejewa, przeciętną, bezbarwną postać i zamieszkała z nim w Longchêne, wsi podparyskiej. Wraz z mężem jedli głównie to, co zdołali wyhodować w swoim przydomowym ogródku. Wtedy to, oprócz pisania niewielkich artykułów dla rosyjskiej prasy, zaczęła dorabiać jako szwaczka. Pensja z gazety nie starczała jej na utrzymanie nawet samej siebie. Po wojnie wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Jej obfita autobiografia „Podkreślenia moje” nieporównywalnie ciekawsza i lepiej napisana niż  „Dzienniki” Gippius. Przeżyła 92 lata burzliwego wieku. Zmarła w 1993 roku w Filadelfii.

Strzępy z Durrella

Poznają się w 1935. W 1937 L. Durrell z żoną Nancy pojawiają się w Paryżu. Dom przy villa Seurat w Paryżu. Durrellowie wynajmują mieszkanie przy rue Gazan 21. Anais. Inni. Córka Penelepe. Wizyta Millera na Korfu. Potem Grecja. Ateny. Jorgos Katsimbalis, Stefanides, Seferis. Rezultatem jest znakomity Kolos z Maroussi. Mieszkaliśmy w Maroussi. Spokojne, nieco senne. Jakim dziwnym zwierzęco-roślinno-mineralnym tworem jest kobiecy umysł? (Durrell w liście). Adres Durrella w Atenach: Anagnostopulu 40. Zdaje się, że bardzo blisko Muzeum Archeologicznego. Eve Cohen, którą poznaje w Aleksandrii, zostaje jego żoną. Goethe: Miarą wielkości dzieła jest niemożność jego ukończenia. Sprytne. Zawsze szukamy pretekstu, by pójść na spacer. Europa to owczarnia pełna beczących i kudłatych socjalistów, którzy zdają się nie zauważać, że socjalizm toruje drogę fanatykom. Wizja w pełni prorocza. Durrell do Millera w liście pisanym w czasie pobytu w Belgradzie: Ludzie przypominają tu mole, są śmiertelnie wystraszeni, obłudni i sztywni. Tymczasem do tego centrum barbarzyństwa, porównywalnego jedynie z najmroczniejszymi okresami w historii, przyjeżdżają amerykańscy i angielscy lewicowcy, by opowiadać obrzydliwym komunistom, jak zepsuta i bliska upadku jest nasza zachodnia cywilizacja. Hitler to przy nich niewiniątko. W 1952 roku Eve przeżywa załamanie i musi poddać się leczeniu. Córka Sappho. „Turecki dom” w pobliżu opactwa Bellapaix na Cyprze. W tym samym czasie triumfalna podróż Millera po Europie, w towarzystwie pięknej Eve McClure. Durrell poznaje Claude Vincendon, kończy Justynę. Dom w Sommieres, miasteczko średniowieczne na południu Francji. Spotykają się ponownie dopiero w 1959 roku, po dwudziestu latach. Durrell po wizycie w Egipcie w 1977 roku: Jednak wszędzie, gdzie pojawiają się Arabowie, jest również pustynny kurz, brud i fanatyzm. A potem refleksja: Jestem statecznym, siwiejącym starszym panem, mam sześćdziesiąt sześć lat, a w tym wieku człowiek zaczyna się sypać – albo, jak mówią, tracić parę. Nadal jednak potrafię przez dłuższy czas stać na głowie i opanowałem wszystkie możliwe nałogi oprócz picia czerwonego wina. Ja też.

Psychiatria represyjna

Przeglądam notatkę informującą, że sąd francuski skierował na badania psychiatryczne Marine Le Pen, liderkę francuskiej prawicy. Powodem było dochodzenie w sprawie zdjęć, zamieszczonych przez nią na Twitterze. Jedno z tych zdjęć przedstawiało ścięcie głowy amerykańskiego dziennikarza Jamesa Foleya przez morderców z Państwa Islamskiego. Le Pen opublikowała je wkrótce po zamachach w Paryżu w których zginęło ponad 130 osób. Dokument sądowy, wzywający Le Pen na badania psychiatryczne informował, że sędzia chce poprzez badania sprawdzić, czy cierpi ona na jakąś chorobę psychiczną, a w przypadku odpowiedzi pozytywnej, czy mogło to wpłynąć na ocenę przez nią sytuacji, gdy zamieszczała te fotografie. Lekarze mieli też ocenić, czy Le Pen stanowi zagrożenie dla społeczeństwa (sic!).

Marine Le Pen jest Francuzką. Francja podobno wciąż jeszcze znajduje się w Europie, należy do Unii Europejskiej, i nie ma tam gułagów. Podobno nie ma tam też psychiatrii represyjnej, ale tego nie powinniśmy już być tak pewni. W tym miejscu przychodzi mi na myśl postać Władimira Bukowskiego, rosyjskiego pisarza i obrońcy praw człowieka, który spędził ponad dwanaście lat w sowieckich obozach i zakładach psychiatrycznych z identycznego powodu – odmawiał udawania, że żyje w najlepszym i najbardziej sprawiedliwym ze światów. Alternatywa: możemy przyjąć, że Francja nie jest jeszcze sowiecką Rosją, ale panująca poprawność polityczna także i tam najwyraźniej zwalnia z obowiązku używania rozumu albo, że Francja stała się już sowiecka, i to w ramach Unii Europejskiej, a my albo tego nie postrzegamy albo nie chcemy postrzegać. I nie wiadomo, która opcja jest gorsza. Ale może też być i tak, że już od dawna wszyscy jesteśmy zamknięci na oddziale w klinice jakiejś ogólnoeuropejskiej psychiatrii represyjnej, a w chwili obecnej ma właśnie miejsce powszechna wymiana zamków w drzwiach.

Wyobraźmy sobie

Wyobraźmy sobie hordy krzyżowców z Polski, Czech, Litwy, Ukrainy, Słowenii, Rumunii, Łotwy, i kilku innych krajów Europy Wschodniej, zdążające powiedzmy do Madrytu czy Kadyksu, okupowanych przez muzułmanów. Nie powinno to być aż tak trudne. Znamy to z historii. Wschodni krzyżowcy pokonują więc kolejne państwa, góry, rzeki i granice i pewnego dnia docierają do Paryża. I już nie posuwają się dalej. Podstępem zdobywają Paryż, dokonują rzezi jego mieszkańców, przez kilka dni grabią i rabują wszystko, co może przedstawiać jakąś wartość, a resztę niszczą i wydają na pastwę płomieni. Płonie Luwr, z obrazu Mona Liza pozostaje tylko rama ziejącą pustką, na posadzce leżą resztki strzaskanej Wenus z Milo, płonie paryska Biblioteka Narodowa i miliony jej bezcennych woluminów. Naoczny świadek tych scen, jakiś paryski Choniates, w swojej zapiskach z tych dni określi tych wschodnich barbarzyńców mianem „heroldów Antychrysta”. Inny, wzorem Mikołaja Mesaritesa, przedstawi ich jako bestie opętane żądzą wojny, bestie z wyrazem mordu i chciwości w oczach, odmaluje przejmujące sceny gwałtów i tortur, mordowania kobiet i noworodków. A potem zdobywcy, na ruinach Paryża, powołają do życia Cesarstwo Paryskie.

Niemożliwe? Trudno to sobie wyobrazić? A właściwie dlaczego? Właśnie to wydarzyło się w Konstantynopolu 12 kwietnia 1204 roku. Miasto zostało zdobyte podstępem przez hordy krzyżowców i przez kilka dni przeżywało orgię morderstw i rabunku. W jego dziewięćsetletniej historii wielokrotnie było oblegane przez pogan, ale tamtego dnia, kwietniowego dnia wpadło nie w ręce pogan, nie w ręce Turków czy Hunów, lecz współwyznawców, ludzi, którzy ślubowali wyzwolić z rąk muzułmanów Jerozolimę, ale zamiast udać się do Ziemi Świętej „wyzwolili” chrześcijańskie miasto nad Bosforem. Ot, drobiazg, niewinne przeoczenie. Po zajęciu Konstantynopola i wyniszczeniu Cesarstwa Wschodniego utworzono na jego miejscu Cesarstwo Łacińskie. Wielowiekowy dorobek kultury materialnej Cesarstwa, pamiątki i dzieła czasów starożytnych, wręcz mityczne skarby tego miasta zasiliły tabory i sakiewki rabusiów bądź po prostu uległy zniszczeniu.

Ponurą konsekwencją IV krucjaty był podział ziem cesarstwa między Bizantyńczyków i łacinników. Grecy utrzymali Epir, cesarstwo nicejskie i cesarstwo Trapezuntu. Łacinnicy zajęli Macedonię z Tesalonikami, Konstantynopol, Trację, Tesalię, Attykę, Peloponez, co ważniejsze wyspy Morza Egejskiego oraz północno-zachodnią część Azji Mniejszej. Michał VIII Paleolog, zdolny polityk, strateg i dyplomata, zdołał w roku 1261 przywrócić panowanie Bizantyńczyków w Konstantynopolu, ale z dawnego imperium pozostały już tylko szczątki. Bez mała cały Peloponez, księstwo Aten oraz wiele wysp pozostawało w rękach łacinników. Zachód, a przede wszystkim te rody feudalne, które zyskały fortuny na Wschodzie dzięki IV „krucjacie”, wcale nie zamierzały zresztą pogodzić się z utratą Konstantynopola. Groźba rekonkwisty bizantyńskiej, której głównym propagatorem był Karol Andegaweński, władca Sycylii, była bardziej niż realna. Cesarz, zagrożony więc od zachodu przez nową krucjatę i nieustannie atakowany od wschodu przez Turków, nie miał ani możliwości ani sił, by działać na dwa fronty. Musiał skupić się na zmaganiach z Zachodem, bo – paradoksalnie – był to przeciwnik nieporównywalnie groźniejszy w tamtym momencie. Efektem tego była tzw. unia lyońska, którą pozyskiwał papiestwo i neutralizował agresję łacinników. Owa unia zdołała ocalić Konstantynopol od kolejnej krucjaty, ale skłóciła i podzieliła wewnętrznie świat bizantyński. Los Cesarstwa był już przesądzony. Imperium Osmanów rosło tymczasem w siłę.

Tak, to Turcy zdobyli Konstantynopol. To prawda. Ale to nie oni zniszczyli Cesarstwo. Turcy, zdobywając Konstantynopol 29 maja 1453, zadali jedynie coup de grâce, cios łaski. Był to akt prawdziwego miłosierdzia, który pozwolił Cesarstwu odejść z desek dziejowej sceny z dumą i honorem. Miasto, opuszczone przez wszystkich, skazane tylko na siebie, walczyło i broniło się jeszcze przez pięćdziesiąt trzy dni, całą wieczność. Ostatni cesarz Bizancjum, Konstantyn XI, zginął w ulicznych walkach, a jego ciała nigdy nie odnaleziono.

Inny wątek

Księżna de Lamballe, wieloletnia przyjaciółka Marii Antoniny. Zawsze fascynowała mnie jej postać. Relacja tych dwóch kobiet prowokowała setki mniej czy bardziej sprośnych plotek i pornograficznych pamfletów, które przedstawiały Marię Luizę jako wyuzdaną i rozpustną kochankę królowej. W czasie Rewolucji, w sierpniu 1792, księżna de Lamballe zostaje wtrącona do więzienia. Żąda się od niej, by złożyła przysięgę w imię powszechnej wolności i równości oraz potępiła króla i królową. Nieustraszona i dumna, odmawia bez chwili wahania. Jest to jednak równoznaczne z wyrokiem śmierci. Zostaje zaatakowana, gdy tylko pojawia się na ulicy. Pierwszy cios, uderzenie młotem w głowę, wymierza jej zapijaczony dobosz o nazwisku Charlat. Księżna pada na bruk. Zdziczały, pozbawiony jakichkolwiek hamulców tłum rzuca się na nią i rozszarpuje żywcem. Asystent rzeźnika o nazwisku Grison odcina jej głowę. Inny rzezimieszek, Gabriel Mamin, wyrywa jej serce. Potem radośnie wleczono jej nagie i okrwawione ciało przez ulice Paryża, by wreszcie, nadziawszy jej głowę na pikę, ruszyć do miejsca, gdzie więziona była Maria Antonina. Zamierzano podać królowej głowę jej domniemanej kochanki … do pocałunku.

I tu zaczyna się inny wątek. Odcięta głowa księżnej trafiła w końcu do pewnej młodej wtedy jeszcze kobiety o imieniu Marie, wytwórczyni masek pośmiertnych. W swoich pamiętnikach Marie opisuje straszliwy moment, gdy została zmuszona wykonać model woskowy rysów zamordowanej księżnej. Wkrótce potem sama zresztą znalazła się w więzieniu i oczekiwała na śmierć na gilotynie. Szczęśliwie, dzięki skutecznej interwencji przyjaciół, uszła z życiem. Nieco później wykonała jeszcze pośmiertne maski Jean-Paula Marata i Maximiliana Robespierre`a, a po opuszczeniu Francji otworzyła w Londynie salę wystawową. Kobietą tą była Madame Tussaud.

Ironia

Historia bywa często ironiczna. W tej historii najpierw jest wenecjanin Casanova, twórca francuskiej loterii pieniężnej. Loteria ta stanie się potem kluczową dla funkcjonowania Ècole Militaire w Paryżu. Nauka w Ècole Militaire nie była bowiem tania – roczne czesne kadeta wynosiło 4282 liry, co podobno odpowiada sumie 40 tysięcy dolarów. Potrzebne były dotacje i tutaj z pomocą przychodzi loteria; część zysków z loterii finansowała utrzymywanie Ècole Militaire. W ten prosty sposób genialny pomysł Casanovy umożliwił edukację wojskową także tym, których inaczej nie było na to stać. Jednym z nich okazał się Korsykanin Napoleon Bonaparte. Epilog ten historii ma miejsce w roku 1797, gdy Napoleon, wychowanek Ècole Militaire, sprawia, że Republika Wenecka przestaje istnieć. Francuzi bezlitośnie grabią miasto, palą Bucentaura, wspaniałą galerę weneckich dożów, cztery konie z brązu, umieszczone ponad bazyliką św. Marka, przenoszą do Paryża, z Piombi, gdzie Casanova spędził ponad pół roku, uwalniają trzech więźniów i likwidują getto. Wenecja bauty i morrety, kasyn, nieustannego karnawału, wytwornych kobiet, romansów, tajemniczych i rozpustnych zakonnic, bali i orgii, jedyna prawdziwa miłość Casanovy, staje się w rok później nudną i smutną prowincją austriacką z germańską walutą i germańskim drylem. Miłość zawsze zabija to, co kocha – całkiem jak w kiepskim melodramacie.

                                                                             ***

Giacomo Casanova przez całe swe życie usiłował zdobyć przynależne mu miejsce wśród weneckiej arystokracji. Na próżno. Nigdy nie został zaakceptowany. Ale to on, Casanova, przetrwał. Wenecja upadła, jej sto osiemnasty doża zamknął się w swoim pałacu niczym w dobrowolnym więzieniu, nie opuszczając go już do końca życia, a Libro d`Oro, Złotą Księgę arystokracji, spalono.

Podróż do Rosji

Zabawne. Słynna „Rosja w roku 1839” Astolpha de Custine ma pewien bardzo intymny wątek polski, mało znany, acz pikantny. Custine był pederastą, jego kochankiem był Ignacy Gurowski, pochodzący z rodziny kasztelańskiej herbu Wczele, bodaj z tytułem hrabiowskim. Ignacy w Powstaniu Listopadowym dosłużył się stopnia podporucznika, a po jego upadku znalazł się, jak wielu innych młodych ludzi, na emigracji. W 1834 osiadł w Paryżu. Rok później zamieszkał w domu markiza Astolphe de Custine przy rue de La Rochefoucauld i był jego kochankiem przez pięć lat. W 1839 roku towarzyszył markizowi de Custine w podróży do Rosji.

Zastanawiałem się zawsze, co mogło skłonić tego wymuskanego markiza do uciążliwej bądź co bądź podróży do barbarzyńskiego kraju. Nigdy nie znajdowałem sensownego wyjaśnienia. Dziś już wiem, że oficjalnym powodem podróży de Custine do Rosji było wstawiennictwo u cara, by łaskawie zechciał zwrócić skonfiskowany majątek Ignacego Gurowskiego. Dzięki swojemu pochodzeniu Custine został przyjęty na dworze rosyjskim z życzliwością. Z carem Mikołajem I spotkał się podobno dwukrotnie, życzliwość okazali mu następca tronu i małżonka cara. Niestety, nigdzie nie znalazłem informacji o tym, czy jego wstawiennictwo pomogło Gurowskiemu w odzyskaniu jego włości, ale Gurowski, po zerwaniu z de Custine, poradził sobie na emigracji doskonale – w czasie pobytu w Paryżu poznał, uwiódł, a następnie potajemnie poślubił Isabel de Borbon, infantkę Hiszpanii, córkę Franciszka de Paula Burbon (syna króla Karola IV Burbona). Mieszkali w Brukseli przez wiele lat, doczekali się też licznego potomstwa. Po przełamaniu sprzeciwu rodziny infantki, Gurowski uzyskał, z powodu małżeństwa z członkinią królewskiej rodziny, tytuł granda Hiszpanii. Zmarł w Paryżu.

Ileż w tym swoistej ironii. Gdyby nie Gurowski być może nigdy nie powstałaby jedna z najlepszych książek XIX wieku.