Odysjada 10

Odyseusz i Polifem. Przypomnijmy: statek Odyseusza przybija do brzegów wyspy, na której mieszka cyklop Polifem. Zamyka on Odyseusza i jego załogę w jaskini, planując pożreć ich sauté. Polifem jest ogromny i niewiarygodnie silny, ale cierpi na pospolity zespół niedoboru intelektu, innymi słowy, jego głupota dorównuje jego rozmiarom. Pomysłowy Odys upija cyklopa, a pytany o imię oznajmia sprytnie, że nazywa się Oudeis, co znaczy Nikt. Gdy Polifem zasypia zmorzony winem, Odys wypala mu jego jedyne oko i wymyka się z pieczary ukryty pod brzuchami baranów. Ranny cyklop wzywa na pomoc braci, lecz na pytanie, kto go okaleczył, odpowiada wciąż: „Oudeis, Oudeis!”. Fortel Odysa ocala życie i jemu i jego załodze, ale prowokuje gniew Posejdona. Odys mógłby uniknąć zemsty władcy mórz i oszczędzić sobie lat tułaczki, gdyby nie jego niewyobrażalna wręcz próżność, która nakazuje mu, gdy tylko poczuł się już względnie bezpieczny, pochwalić się swoim sprytem i ujawnić swoje imię. Ryzyko, jakie podejmuje, głosząc wszem i wobec swoje imię, jest ogromne, i choć zapewne wie o tym, to jednak groźba utraty tożsamości, stanie się prawdziwym oudeis, stanie się Nikim, jest dla niego nie do zniesienia. Odrzuca anonimowość, chociaż ta zapewnia bezpieczeństwo, ujawnia się, wybiera, by i ten triumf został przypisany tylko jemu. Istnienie jest najwyższą wartością, a tylko ten istnieje, o kim śpiewają pieśni. 

Cyklopie! Jeśli kiedy człowiek (co być może)
Spyta cię, kto ci oko wybił, kto tak sprawny,
Powiedz mu: Odyseusz, grodoburca sławny,
Co mieszka na Itace, oka mnie pozbawił!

W świecie Odysa walory współzawodnictwa są wartością bezwzględną. Na homeryckich dworach roi się od aojdów – wojownicy cenią tych, którzy potrafią ich chwalić. Aojdowie to starożytni specjaliści od image. To oni kreują wizerunki, tworzą homeryckich idoli. Ale ceni się także i tych, którzy chwalą się sami. I to jest właśnie to, co czyni Odys przez niemal całą Odyseję. To on opowiada o sobie i nie obawia się śmieszności – tylko dwie z jego przygód, pobyt na wyspie Kalipso i spotkanie z Feakami, przedstawia narrator. Resztę swoich przygód relacjonuje sam.   

Impresje greckie

Archestratos to kulinarny Pauzaniasz. Był Grekiem z Sycylii, autorem gastronomicznego poematu Hedypatheia (Słodkie doświadczenie), podróżnikiem kulinarnym, który cały ówczesny świat grecki przemierzył w poszukiwaniu najlepszych produktów, przepisów i potraw. Miało to miejsce około 350 r. przed naszą erą, w czasach, gdy Grecja ucztowała na potęgę.

                                                                       ***

Tylko w Grecji można przeżyć pierwotną rozkosz jedzenia. Grecy nie mają oporów, by pochwycić jedzenie palcami. Mieszkańcy Zachodu, a już zwłaszcza Skandynawii unikają tej naturalności jak ognia, z zapałem uprawiając szermierkę na noże i widelce nawet z takimi potrawami jak grillowane żeberka czy kurczaki, nie wspominając o pizzy. Tylko w Grecji widzi się tylu ludzi, którzy otwarcie i swobodnie używają w czasie jedzenia swoich palców.

                                                                      ***

M.B. Wielki, ociążały w gestach, bladooki, prawie wiking, choć bez brody, zawsze jednak z kilkudniową szczeciną. Opowiada o swoim tygodniowym pobycie w Grecji. Podobało mu się. Chyba jednak drugi raz już tam nie poleci. Nie podobał mu się serwis w Grecji, to, że nie było mleka do obiadu, prosił o nie każdego dnia, naprawdę grzecznie, i nigdy nie otrzymał. W końcu zmuszony był kupić je sobie sam, w pobliskim sklepie, lecz kiedy przyszedł z nim do hotelowej restauracji, gdzie mieli wykupione posiłki, spoglądano na niego co najmniej dziwnie, a jeden z kelnerów znacząco popukał się w czoło.

M.B. nie wie, że w języku greckim istnieje osobny czasownik na czynność picia mleka, że można pić wino czy wodę, sok czy ouzo i wtedy jest to inne słowo, ale gdy pije się mleko wtedy określa się to słowem galaktopotein. Dorośli Grecy nigdy nie piją mleka, płyn ten budzi w nich obrzydzenie. Mleko może pić Polifem, cyklop z Odysei, albo barbarzyńscy Scytowie, ludy żyjące gdzieś na obrzeżach cywilizowanego świata. Słowo „mlekopijca” jest wyrażeniem pogardliwym. Ale czyż można wyobrazić sobie bohaterów spod Troi pijących mleko, Achillesa, Agamemnona czy Odyseusza? Nie. Mogli pić wodę, najchętniej wino, nigdy mleko. Dorosły człowiek pijący mleko wygląda śmiesznie. M.B. nie wie, że ma to swoje uzasadnienie. W greckim klimacie mleko kwaśniało błyskawicznie, a to znaczy, że wymagało natychmiastowej obróbki. Grecy nauczyli się więc produkować sery, pozbawiając swoje trzewia szansy na przyuczenie się do trawienia laktozy.

                                                                      ***

Prawdopodobne wyjaśnienie greckiej pasji do dzielenia mięsa, o czym wspomniałem we wcześniejszym zapisie, znajduje się w książce Magdaleny Nowakowskiej „Starożytna Grecja od kuchni”. W rozdziale „Mięso ofiarne” pisze ona: Był taki moment w dziejach świata, kiedy ludzie i bogowie nie byli jeszcze rozdzieleni. Panował wtedy Kronos, a ludzie żyli bez trosk, trudów i utrapień. Nie starzeli się, nie imały się ich choroby, a umierali tak, jakby ich sen ogarniał. Bogowie lubili spędzać z nami czas, łączyć się więzami małżeńskimi i wspólnie ucztować na doskonale urządzonych bankietach, uświetnianych śpiewem muz. Obcowanie bogów i ludzi dobiegło końca wraz z epoką pokonanego przez Zeusa Kronosa. Stosunki bosko-ludzkie nieco się sformalizowały i trzeba było wyznaczyć nowe reguły współżycia. Wyrazem czci dla bogów miało być składanie ofiary, a sprawą naglącą stało się wydzielenie z ludzkich posiłków tej części, którą należało oddać nieśmiertelnym. Układ dotyczący mięsa ofiarnego zawarto w Mekone na Peloponezie, a w roli rzecznika ludzi przystąpił do negocjacji boski kuzyn Zeusa – Prometeusz. Własnoręcznie zabił wołu, oddzielił mięso od kości i przygotował fortel mający oszukać Zeusa na korzyść ludzi. Mięso okrył skórą, a kości tłuszczem i tak podane proporcje przedstawił najwyższemu bogu do wyboru. Zeus wskazał ociekające tłuszczem i prezentujące się bardziej smakowicie części, ludziom zostawiając skromnie wyglądające, bo okryte skórą mięso. Od tej chwili nieodwołalna stała się zasada obrzędów ofiarnych: ludzie będą jedli mięso, a bogom przypadnie dym i wonności wznoszące się ku niebu z palonych na ołtarzu kości i tłuszczu.

Publiczne składanie ofiar gromadziło całą społeczność polis i, jak już wiemy, było nie tylko wyrazem czci dla bogów, lecz także społecznym obowiązkiem obywatela i miasta. Dzielenie się mięsem ofiarnym symbolicznie spajało wspólnotę, a zasada izometrii, czyli równego podziału, odzwierciedlała demokratyczny porządek polis. Rytuał wymagał podzielenia mięsa zwierzęcia ofiarnego po równo, bez wyszczególnienia „lepszych” lub „gorszych” części, a odkrojone kawałki w ilości odpowiadającej uczestnikom ofiary przypadały im przez losowanie.  

Biblioteka wg Eco

W eseju „O Bibliotece” Umberto Eco przedstawił, ironiczny i złośliwy, wzorzec „złej biblioteki” – biblioteki, jaką nigdy nie powinna być. Według niego biblioteka taka musi być prawdziwym koszmarem i to najlepiej położonym tam, gdzie nikomu nie po drodze, gdzie dotarcie jest tak trudne, że myśl o tym zniechęca nawet najpilniejsze książkowe mole. W takiej bibliotece czas między zamówieniem a dostarczeniem książki winien ocierać się o wieczność, dostęp do półek powinien być zakazany, wypożyczenie więcej niż jednej pozycji wykluczone i żadnych, nawet najmniejszych ułatwień, żadnych fotokopiarek, czytników, komputerów i innych podobnie zbrodniczych narzędzi, które mogłyby rozbestwić czytelnika sugerując mu, że korzystanie z książek jest czynnością wolną od udręki i mozołu. No, ewentualnie można pozostawić jakiś podstawowy sprzęt, ale koniecznie za opłatą i to w wysokości, która mogłaby zniechęcić nawet Marka Zuckerberga. Godziny otwarcia tego przybytku winny być idealnie zsynchronizowane z godzinami pracy, a picie, jedzenie, lody, psy, parasole czy telefony komórkowe zakazane i obciążone stosownie wysoką karą grzywny. Naturalnie, żadnych toalet i byłoby wysoce wskazane, by personel takiej biblioteki mógł być dotknięty różnymi fizycznymi ułomnościami, najlepiej takimi, które natychmiast rzucają się w oczy.

Biblioteka mojej młodości niemal do złudzenia przypominała złą bibliotekę Eco. Leżała w niewielkim, smutnym miasteczku, w budynku przypominającym barak mieszczący centralę handlu węglem czy hurtownię używanej odzieży. Po przekroczeniu jej progu witała czytelnika długa i wąska lada, magiczna granica, której profani nie mogli przekroczyć pod żadnym pozorem. Półki z książkami znajdowały się po drugiej stronie tej granicy, pilnie strzeżonej przez spasione i niemrawe gorgony, które – w poszukiwaniu żądanych pozycji – znikały tam na długie minuty, całkiem jakby wybrały się na poszukiwanie złotego runa, by najczęściej, w przeciwieństwie do Jazona, pojawić się ponownie z pustymi rękoma, ale za to ze złośliwym uśmieszkiem na twarzach. Jedna z nich była chudym, koszmarnie zgarbionym stworzeniem, szpetnym niczym nimfa Toosa, jednooka matka Polifema, a jej złośliwość oraz pomysłowość w chronieniu książek przed czytelnikami sprawiały, że zasługiwała na jakiś specjalny tytuł albo chociażby osobny rzeczownik. W tej dziedzinie mogłaby śmiało konkurować z Cerberem. Nie było tam oczywiście żadnej toalety, a za picie czy – strach pomyśleć – jedzenie w tym lokalu groziła zapewne kara śmierci przez uduszenie. Na zamówione książki czekało się dłużej niż na Godota i mniej więcej z takim samym skutkiem. Nie było tam żadnych kopiarek, a dwa bardzo wysłużone czytniki, pamiętające zapewne czasy braci Lumière, stały w oczekiwaniu na naprawę w najodleglejszym kącie lady, uginając się pod ciężarem kurzu. By wydrzeć książki z tej biblioteki trzeba było wykazać się niepospolitym sprytem, pomysłowością, odwagą, inteligencją i umiejętnością preparowania wyjątkowo nieprzemakalnych kłamstw. Ta biblioteka przypominała warowną twierdzę, adyton, zakazane, tajemnicze miejsce, tylko dla nielicznych i wybranych, miejsce, które pobudzało wyobraźnię i prowokowało sny.

Biblioteka w mieście, gdzie mieszkam obecnie, doskonale natomiast spełnia sen Umberto Eco o dobrej bibliotece. Jest położona centralnie, w sercu miasta, na skraju królewskiego parku, otwarta w godzinach dogodnych dla wszystkich i jest dla wszystkich, bez względu na wiek, język czy rasę. Jej wnętrza są przestronne i estetyczne, przytulne i wygodne, zapewnia swobodny dostęp do wszystkich półek, katalogów i zbiorów, żadnych ograniczeń i żadnych zastrzeżeń, jest doskonale wyposażona, najnowsze kopiarki, czytniki, komputery, bezpłatny internet, nawet instrumenty muzyczne, wszystkie cuda techniki, dla wszystkich i za darmo. Można tu zjeść obiad czy tylko napić się kawy, przejrzeć gazety, posłuchać wykładów czy prelekcji, brać udział w spotkaniach, posłuchać muzyki, wypożyczyć filmy, a nawet narzędzia, stolarskie, malarskie czy ogrodnicze – jest to biblioteka radosna, czysta, przestronna, wygodna, jasna, przemyślana do ostatniego szczegółu, sprzyjająca pracy, a nawet randkom na które umawiają się tu młodzi ludzie, a personel, zwykle niezauważalny, pojawia się zawsze, gdy potrzebujesz jego pomocy. Jest to biblioteka na miarę człowieka, jak powiedziałby Umberto Eco, i jestem przekonany, że byłby nią zachwycony.

Ja także lubię w niej bywać. Lubię w niej bywać, podobnie jak lubię bywać w ciekawych czy niezwykłych wnętrzach, w oryginalnych kawiarniach czy restauracjach, w gmachu Opery czy w teatrze, ale rzadko tam bywam dla książek. Myśląc o tej bibliotece, nie myślę wcale o książkach i nie kojarzę jej z książkami. Wiele w niej ruchu, życia, aktywności, wiele dzieci, ich śmiechu i krzyków, ich kalosze, kurtki czy szaliki, porozrzucane na granitowej posadzce, zapach ciast, kawy i mielonych kotletów, ale żadnej tajemnicy i żadnej obietnicy spotkania z czymś niezwykłym, zakazanym i wyjątkowym. Lubię więc tam bywać, ale gdy myślę o bibliotece, prawdziwej Bibliotece, wówczas myślę o „złej” bibliotece z czasów mojej młodości. I jestem szczęśliwy, że ją miałem.