Nigdy nie byłem i nadal nie jestem w stanie zachwycić się sztuką bizantyjską i nie rozumiem tych, których ona zachwyca. Odstręcza mnie jej schematyzm i żałosne ubóstwo przedstawień. Postacie rozrysowane są na nienaturalnie płaskich przestrzeniach, całkowicie pozbawionych głębi i perspektywy – wszystko to czyni tę sztukę zgrzebną, par excellence prymitywną, a tym samym kompletnie nieinteresującą. Ikony, ikony, ikony, nie oszukujmy się – ikony posiadały charakter głównie religijny i polityczny, a nie estetyczny. Były wyrazem oficjalnej propagandy zwycięskiej religii, ich zadaniem była gloryfikacja życia „świętego” oraz wspieranie nowego chrześcijańskiego ładu. Ikony, ich ograniczona i płytka tematyka, to przejaw tego samego zjawiska, które wiele wieków później pojawiło się w postaci realizmu socjalistycznego.
Tag: religia
Pierwsze przykazanie Dekalogu
Być może to, co najważniejsze w naszym życiu, polega na trzymaniu z daleka mrocznych stron samego siebie. I być może to powinno być pierwszym przykazaniem w naszym Dekalogu.
Meczet pod Wawelem
Islamska fundacja Al-Fadżr rozpoczęła publiczną zbiórkę pieniędzy na budowę przy ul. Dworskiej w Krakowie meczetu. Jak zwykle przeciwnicy tej inicjatywy protestują, a tzw. liberałowie argumentują, że wszystkie religie są równoprawne. Czy rzeczywiście wszystkie religie są równe, a tym bardziej równoprawne? Żyjemy w demokracji, jakakolwiek ona jest, a sensem politycznym demokracji jest samorządzenie. Aby to mogło być realne, potrzebna jest pewna grupa ludzi, którą łączą wspólne interesy i wspólne sprawy do rozwiązania, potrzebna jest więc wspólnota celów i interesów. Jednak w momencie, gdy w jakiejkolwiek wspólnocie pojawiają się muzułmanie, znikają wspólne interesy i wspólne cele. Muzułmanie mają własne interesy i własne cele i są one absolutnie niekompatybilne, nie do pogodzenia z interesami tych, którzy do muzułmańskiej społeczności nie przynależą. Europejczycy, a tym i Polacy, wydają się nie wiedzieć lub nie chcą wiedzieć, że islam jest systemem społecznym opartym na religii, a ta nie uznaje żadnych kompromisów. Islamu zmienić nie można, a więc wszystko inne musi być zmienione w islam. W niektórych krajach Europy już o tym wiedzą, w innych ledwo przeczuwają, ale mleko już się rozlało, procesu nie da się zatrzymać, Europejczycy zastawili na samych siebie dość prymitywną, ale wysoce skuteczną pułapkę. Rozwiązaniem byłby może Charles Martel, albo choćby Sobieski, ale takie rzeczy raczej nie zdarzają się dwa razy w tej samej opowieści.
Przyzwoitość
Być może najtrwalszym i najsolidniejszym budulcem tego, co nazywamy cywilizacją jest po prostu przyzwoitość. Nie wszystkie nasze mniej czy bardziej fikcyjne prawa, niedorzeczne obowiązki, nie Kościół, nie religia, nie państwo, nie dekalogi – lecz przyzwoitość.
Religia idealna
Ibn Khaldun, „Muqaddimah”: Jest faktem, że z niewielkimi wyjątkami, większość uczonych muzułmańskich nie było Arabami mimo, że islam jest religią arabską, a jej założyciel był Arabem. Wynikało to z prostych warunków życia na pustyni. Ludzie w tym czasie nie wiedzieli nic o nauce ani o pisaniu książek. Nie było do tego żadnej zachęty i żadnej potrzeby. Taka była sytuacja w czasach ludzi skupionych wokół Mahometa oraz drugiego pokolenia. Analfabetyzm był powszechny wśród ludzi otaczających Mahometa, ponieważ byli Beduinami. Ludzi, którzy znali Koran, nazywano „czytelnikami Koranu”, co sugerowało, że byli piśmienni.
Islam był religią dla prymitywnych i niepiśmiennych. Jego liturgia, jeżeli uznać za liturgię modlitwę odprawianą 5 razy dziennie, wyznanie wiary, jałmużnę i post, nie zmusza wiernych do jakiegokolwiek, choćby najmniejszego umysłowego wysiłku. Islam pozostał religią dla prymitywnych i niepiśmiennych i w gruncie rzeczy na tym polega jego popularność. W islamie nie ma miejsca na żadnych świętych Tomaszów czy świętych Augustynów. Religia niemal idealna – zero intelektualnego zaangażowania, tylko ślepe posłuszeństwo.
Dysfunkcja
Dysfunkcja religii. Prawdziwa religia przede wszystkim powinna uwalniać człowieka od lęku przed śmiercią, sprawiać, by śmierć nie była niczym więcej niż cezurą przed transformacją do innej formy egzystencji, lepszej, piękniejszej i bardziej atrakcyjnej. Tymczasem wcale tak nie jest, śmierć wciąż wzbudza strach, tym większy, że według religijnych doktryn pośmiertna egzystencja jest uwarunkowana doczesnymi zasługami, a doczesne zasługi, jak powszechnie wiadomo, są dość względnym i niepewnym kryterium. Niebo jest warunkowe. I to jest główna słabość Nieba. Religią najbliższą ideału byłaby więc taka, której wyznawcy, nie mogąc doczekać się wspaniałości życia w obiecywanym przez nią Raju, entuzjastycznie popełnialiby samobójstwa, by dostać się tam jak najprędzej. To miałoby sens. Zdaje się, że rozumieją to niektóre sekty.
Tymczasem religie, z powodów najzupełniej oczywistych, nie preferują samobójców, poza islamem, który nazywając ich eufemistycznie męczennikami, jako marchewkę oferuje im po śmierci piękne hurysy i ekscesy seksualne do końca wieczności. Ale i w tym przypadku, jak wiemy, sama wizja absolutnie nie wystarcza i trzeba ją solidnie wzmocnić dolarami.
Ludzie i koty
W sztuce staroegipskiej nie ma żadnych przedstawień zabawy człowieka ze zwierzętami, nie znajdziemy w niej najdrobniejszych choćby świadectw takich poufałości. Świat ludzi i świat zwierząt nie spotykają się tu w geście pieszczoty czy zwykłej komitywy. Zwierzęta czczono, zoolatria bodaj nigdzie indziej nie osiągnęła aż takiego natężenia jak w starożytnym Egipcie – bóg Ra jest przedstawiany z głową sokoła, Thot ma postać ibisa, Anubis głowę psa, Sobek to bóg krokodyl, Chnum wyposażony jest w głowę barana, Bastet to bogini kotka, egipscy bogowie mają zwierzęce kreacje. Niektóre ze zwierząt, zwłaszcza koty i psy, balsamowano po ich zgonie, na znak żałoby wszyscy w rodzinie golili sobie głowy, stawiano im pomniki, uwieczniano je na hieroglifach, ale żadne z przedstawień nie nosi śladów czułej przyjaźni czy choćby zażyłości. Religijny status zwierząt wykluczał takie gesty. Zwierzęta były epifanią bóstw. Stąd adoracja i cześć, ale nigdy pieszczota. Nie można uprawiać pieszczot z bogami. Bogowie nie tolerują pieszczot.
Wiara
Prawdziwa wiara jest ślepa. Wierzymy tylko dlatego, że nigdy do końca nie wiemy w co wierzymy, i wierzymy tym bardziej im bardziej nasza wiara jest transcendentna. Epifanie nie wzmacniają, lecz osłabiają wiarę. W tym sensie islam jest znacznie sprytniejszy – żadnych przedstawień. Allacha nie wolno przedstawiać. Chrystus jest na każdym krzyżu. Na niektórych wygląda dość nędznie.
Ekologia i lichwa
W XIII wieku rozwijająca się Europa pilnie potrzebowała pożyczek i kredytów, by móc wykarmić wygłodniałą gospodarkę. I tu pojawił się poważny problem, bowiem Kościół zakazywał chrześcijanom zajmowania się lichwą. Czternastowieczny komentarz do „Boskiej komedii” Dantego, autorstwa Włocha Benvenuti de Rambaldis da Imola, trafia w samo sedno tamtego problemu: „Ci, co zaangażują się w lichwę pójdą do piekła; a ci, którym się to nie powiedzie, popadną w ubóstwo.” Na nie-szczęście dla chrześcijan znalazło się bardzo proste rozwiązanie tego problemu. Wystarczyło oficjalnie pozwolić Żydom, by zajęli się udzielaniem pożyczek i kredytów. Według prawa judaistycznego nie było to nic, czym by się wyznawcy Mojżesza nie mogli zająć, a z punktu widzenia Watykanu Żydzi i tak byli skazani na wieczne potępienie przez odrzucenie Chrystusa. Przyjmując nową rolę, Żydzi szybko okazali się być niezastąpieni dla możnowładców, w zamian otrzymując tolerancję i protekcję. Szlachta i duchowieństwo zaczęło pożyczać od nich pieniądze spłacane potem po bardzo wysokim procencie.
To całkiem dobrze ilustruje sytuację, którą mamy dzisiaj w formie szaleństwa europejskiego programu ekologicznego. Pozbywamy się przemysłu w naszych krajach, odmawiamy sobie węgla, elektrowni atomowych, gazu i innych kopalin, bo tego surowo zakazuje nam ekologia, grożąc wiecznym potępieniem. Nie mamy nic przeciwko temu jednak, gdy taką „lichwą” posługiwali się nieprawowierni, czyli kraje, które nie boją się pójść do piekła. Potem kupujemy to wszystko od nich, uzależniając się w identyczny sposób jak trzynastowieczna szlachta i duchowieństwo od żydowskich pożyczek. Zawsze uważałem, że ekologia przeobrazi się w pewnym dziejowym momencie w wyjątkowo ciemną i zacofaną religię.
Dobry demiurg
E. Cioran „Zły Demiurg”: Religia nigdy nie bywa „szlachetniejsza”, niż wówczas, gdy na koniec sama zaczyna uważać się za przesąd, gdy obojętnie kontempluje własny zmierzch. Chrystianizm narodził się i rozkwitł w nienawiści do wszystkiego, co nie było nim. Ta nienawiść podtrzymywała go przez całą jego drogę; u kresu tej drogi wygasa także jego nienawiść. Chrystus nie zstąpi powtórnie do piekieł; złożono go do grobu i tym razem już tam pozostanie. Prawdopodobnie nie dźwignie się z niego więcej, gdyż nie ma już kogo zbawiać ani na powierzchni ziemi ani pod nią.
Katolicyzm nigdy jeszcze nie był tak „szlachetny” jak obecnie i tak liberalny. Chiński kardynał Zen, krytyk działań Chin przeciwko Kościołowi katolickiemu, który zdecydowanie potępił umowę Watykan-Chiny, nazywając ją „Morderstwem Kościoła w Chinach”, na początku tego roku odwiedził Watykan mając nadzieją na spotkanie z papieżem. Papież „nie mógł” spotkać się z kardynałem, bowiem był zajęty omawianiem problemów sprawiedliwości i nierówności rasowej z delegacją zawodników NBA, która przedstawiała mu postulaty ruchu Black Lives Matter.
Kolaboranci
Religia to kultura, ale kultura w postaci ekstremalnej, usiłująca wytłumaczyć nasz świat przez tworzenie innych światów. Myślenie religijne zakłada, że istnieją istoty nieporównywalnie lepsze od nas, istoty doskonałe. My, ludzie, jesteśmy rasą niższą i podległą, mamy wiele słabości. Wyrazem naszej słabości jest nawet jedzenie. W tradycji grecko-rzymskiej bogowie raczyli się jeszcze ambrozją i nektarem, niektórzy winem. Był to więc pewnego rodzaju kompromis, jakiś ukłon w stronę człowieka, sugestia, że i oni przypominają ludzi. Tradycja chrześcijańska zrywa definitywnie z tym antycznym przymilaniem się do człowieka. Bóg całkowicie obywa się bez jedzenia. Żadnych ambrozji, żadnych nektarów. Bóg nie potrzebuje ani pić ani jeść. Bóg nie je nigdy. Nigdy nie zasiada za stołem. Bóg jest wolny od przekleństwa receptorów smaku i zapachu, obywa się bez nich, syci się jedynie wiecznością. Aniołowie również nie jedzą. To istoty wieczne, niezniszczalne, doskonałe, bez systemów pokarmowych, soków trawiennych, bez enzymów i pepsyn, całego tego osprzętowania, które rozkłada, przyswaja, wydala, powoduje zatrucia, skręty kiszek czy choćby wzdęcia. Istoty doskonałe nie jedzą i nie wydalają. Ich to nie dotyczy. Nas dotyczy. I unaocznia tym samym naszą niższość, naszą niedoskonałość. Karmienie ciała prowadzi do dekadencji. Ciało to dekadencja. Jest to powód dla którego filary każdej religii, święci, pustelnicy, prorocy, nawiedzeni, tabuny podobnych im szaleńców starają się jeść jak najmniej, prawie nie jeść, aby tylko poskromić swoją ziemską powłokę, przyuczyć ją do wieczności, złamać swoją wadliwą naturę, swoje niskie skłonności, by choćby trochę, choćby troszeczkę upodobnić się do aniołów. Święci nienawidzą w sobie tego, co jest w nich ludzkie. To kolaboranci, piąta kolumna złudnej wieczności.
Dogmat i rytuał
Epoka hellenistyczna. Powszechne wówczas oddawanie władcom boskiej czci. Może i nic aż tak nadzwyczajnego, gdy uświadomimy sobie, że religia grecka to nie dogmaty i teologia, które nigdy nie odegrały w niej poważniejszej roli, lecz rytuały, głównie rytuały, a uczestnictwo w obrzędach z całą pewnością rozwija postawę akceptującą wszelkie ekwiwalenty. Czemu nie ten? Akt przyznania boskiej czci władcom był więc naturalnym uznaniem ich boskości i to zapewne bez żadnego „jak gdyby”. Identycznie przeszli potem do chrześcijaństwa, w ich własnym prawosławnym wydaniu, stosunkowo wolnym od dogmatów, zdominowanym właśnie przez obrzędy. Często nie wiemy lub nie pamiętamy, że nawet tworzenie ikon jest modlitwą – stąd ikonę nie maluje się, lecz pisze.
Dziennik norymberski
Opis naocznego świadka masowej egzekucji dokonanej przez jedną z Himmlerowskich Einsatzgruppen, cytowany w pracy G. M. Gilberta „Dziennik norymberski”: Ci ludzie rozebrali się bez krzyku i płaczu, stali dookoła rodzinami w grupach, całując się nawzajem, żegnając się i oczekując na znak innego esesmana, który stał blisko wykopu, również z pejczem w ręku. Piętnaście minut tak stałem blisko, nie słyszałem lamentów ani próśb o litość. Obserwowałem ośmioosobową rodzinę, mężczyznę i kobietę, oboje około pięćdziesiątki, z dziećmi około roku, ośmiu i dziesięciu lat – oraz dwoma dorosłymi córkami, około dwudziestu, dwudziestu czterech lat. Starsza kobieta o siwych włosach trzymała w ramionach roczne dziecko, śpiewając mu i zabawiając je. Dziecko gaworzyło z zadowolenia. Małżeństwo miało łzy w oczach. Ojciec trzymał za rękę mniej więcej dziesięcioletniego chłopca i mówił do niego łagodnie; chłopiec walczył ze łzami. Ojciec wskazywał na niebo, potrząsał głową i zdawał się coś chłopcu tłumaczyć. W tym momencie esesman przy wykopie zawołał coś do swojego kolegi. Ten odliczył dwadzieścia osób i polecił im podejść do sterty ziemi. Wśród nich była rodzina, o której wspomniałem. Dobrze zapamiętałem dziewczynę, szczupłą i ciemnowłosą, która przechodząc obok mnie, wskazała na siebie i powiedziała: „Dwadzieścia trzy lata”. Przeszedłem koło ziemnego nasypu i znalazłem się przed olbrzymim grobem. Ludzie byli ciasno ściśnięci razem i leżeli jedni na drugich, tak że były widoczne tylko ich głowy. Prawie wszystkim krew z głów ściekała na ramiona. Niektórzy, postrzeleni, wciąż się poruszali. Kilku uniosło ręce i kręciło głowami, aby pokazać, że wciąż są żywi. Wykop był już wypełniony w dwóch trzecich. Oceniałem, że już zawierał około tysiąca osób. Rozejrzałem się za mężczyzną, który strzelał. Był to esesman – siedział na wąskiej krawędzi wykopu, ze stopami wiszącymi nad dołem. Miał na kolanach karabin maszynowy i palił papierosa. Kompletnie nadzy ludzie zeszli w dół po kilku schodkach wyciętych w gliniastej ścianie wykopu i gramolili się przez głowy ludzi tam leżących, do miejsca wskazanego przez esesmana. Kładli się na zabitych i rannych; niektórzy gładzili tych wciąż żywych, mówiąc do nich po cichu. Wtedy usłyszałem serię wystrzałów. Spojrzałem do wykopu i zobaczyłem, że ich ciała drgały albo leżały bez ruchu na ciałach pod nimi. Krew płynęła na ich ramiona.
Przez całe wieki wszelkiej maści ideolodzy oraz twórcy próbowali stworzyć przekonywującą i sugestywną wizję Piekła. Religijne (chrześcijaństwo), literackie (Dante), plastyczne (Bosch) wizje Piekła okazały się być żałośnie śmieszne w porównaniu z Piekłem stworzonym w czasie 2 wojny światowej przez zwykłych Niemców tu, na Ziemi. Dzisiaj Niemcy są znów niekwestionowanymi przywódcami Europy i dzięki naszej niewyobrażalnej głupocie cierpliwie budują IV Rzeszę. Co ja mówię? Już zbudowali.
Zbawienie
Jedynie średniowiecze poważnie traktowało religię i jej dogmaty. Ludzie przejęci wizją wiecznego potępienia w lęku i trwodze pracowali nad swoim zbawieniem, starali się stać się bezgrzeszni lub święci, przedkładali wieczność nad chwilową przyjemność. Nic dziwnego, że Kościół, którego domeną wbrew pozorom nie jest wieczność lecz doczesność, wpadł w panikę i wszelkimi sposobami usiłował powstrzymać tę masową histerię. Przesadna religijność uczyniłaby Kościół absolutnie zbędnym. Zbawienie na własną rękę jest herezją; w każdej religii.
Weganizm i krowy
Weganizm jest wyborem ideologicznym do którego każdy człowiek ma prawo, tak jak każdy człowiek ma prawo do uprawiania dowolnej ascezy religijnej. Żądanie jednak, abyśmy wszyscy uprawiali czyjś ulubiony rodzaj ascezy, przypomina żądanie masochisty, abyśmy wszyscy podzielali jego fascynację zadawaniem sobie bólu. Tymczasem, wbrew pozorom i modnym obecnie doktrynom, nie wszyscy jesteśmy równi i niektórych z nas nie zachwyca przypalanie sobie jąder i szarpanie obcęgami sutek. Osobiście ze wszystkich znanych mi weganów najbardziej cenię i szanuję krowy. Zachwyca mnie ich takt i dyskrecja – one nie wymagają ode mnie, abym rozkoszował się trawą.
Cioran
Emil Cioran, „Rozmowy”: Długo starałem się odgadnąć, w jaki sposób ludzie niezdolni zostać chrześcijanami i wiedzący, że przegrali reagowali na pewne wydarzenia. Stwierdzam, że nasza sytuacja i nasza postawa przypomina trochę sytuację z tamtych czasów, z tą różnicą co prawda, że my nie możemy już oczekiwać żadnej nowej religii. Pominąwszy tę okoliczność, znajdujemy się w położeniu ostatnich pogan. Widzimy, że za moment wszystko utracimy, że może już wszystko utraciliśmy i że nie ma dla nas nawet cienia nadziei, nawet najlżejszego widma nadziei.
Fustel de Coulange
Fustel de Coulange, historyk francuski, o obowiązkach nakładanych przez demokrację ateńską na obywatela: Albowiem niewiele zdarzy się dni bez jakiegoś zgromadzenia w demosie, w fyle czy fratrii; trzeba radzić około interesów religijnych czy politycznych, choćby o urządzeniu biesiady religijnej, o kontroli wydatków itp. Nadto trzy razy na miesiąc ogólne zgromadzenie ludowe, na którym nie ma prawa być nieobecnym, a trwają od rana do późnej godziny i trzeba koniecznie wysłuchać wszystkich przemówień. Chodzi o doroczny wybór zwierzchników politycznych, wojskowych, o nałożenie podatku, o jakąś zmianę ustawy, o kwestię wojny i pokoju. A gdy przyszła kolej na niego musiał sam zostać urzędnikiem w swej fratrii lub demosie. Przeciętnie co drugi rok bywał sędzią helistą; przynajmniej dwa razy w życiu bywał senatorem, a wtedy zasiadał na zebraniach dzień w dzień, słuchając raportów urzędów, uchwalając kolejne odprawy, instrukcje, badając i przygotowując wszelkie wnioski na zgromadzenie ludowe. Wreszcie mógł zostać urzędnikiem państwa, archontem, strategiem itd. z wyboru czy też przez losowanie. Było czym się zająć niemal całe życie i pozostawało niewiele czasu na zajęcia osobiste i na życie domowe. Wobec tego Arystoteles bardzo słusznie się wyraził, że człowiek który musiał zarabiać na życie, nie mógł być obywatelem.
Kilka uwag anty-ekologicznych
Ruchy ekologiczne to odmiana współczesnego flagelantyzmu. Zachęcają do wyrzeczeń oraz pokuty, do samobiczowania się w imię przetrwania. Nie pojmują, że nie chodzi o to, by przetrwać, lecz o to, by żyć. Jest zdecydowana różnica między przetrwać, a żyć. Dla nas, jako gatunku, kwestia przetrwać jest nieinteresująca. Należy zajmować się jedynie pytaniem, co uczynić, by trwać. Życia nie można wymodlić ani zapewnić sobie pokutą. Życie można tylko zdobyć.
Ekologia ma pewne propozycje odnośnie przeszłości, ale absolutnie żadnych godnych uwagi odnośnie przyszłości. Jedyne, co proponuje, to powrót do jaskiń. Tymczasem dobrze wiemy, że nie ma powrotów. Żadne powroty nie są możliwe. Nie można iść do przodu, cofając się. Kiedyś, dawno temu, gdy byliśmy jeszcze odważni, zbuntowaliśmy się przeciwko Naturze i jej ślepej wszechwładzy. Wiele razy udowodniliśmy, że można ją pokonać. Pokazaliśmy, że może i jesteśmy jedną z jej kreacji, ale jesteśmy też i jedyną, która ma szansę sama zdecydować o swoim losie.
Jeżeli chcemy trwać jako gatunek, musimy uczynić Naturę bezużyteczną. Powinno to być naszą główną i jedyną ideą. Dopóki uważamy, że Natura jest użyteczna, uzależniamy się od niej, od jej łask i kaprysów, a Natura to kaprys permanentny. Dopiero, gdy uczynimy Naturę bezużyteczną, uzyskamy moc stanowienia o naszym istnieniu i trwaniu.
Totalnym nieporozumieniem są nawoływania, by ratować Naturę. Natura nie potrzebuje i nie może być uratowana. Natura jest skazana na zagładę. Chodzi tylko o to, by wziąć z Natury i sensownie wykorzystać to wszystko, co pozwoli nam uratować nas samych. Natura nas nie uratuje. Tylko my sami możemy się uratować. Wbrew Naturze. Dokładnie jak na początku naszej drogi.
Te niedorzeczne oskarżenia, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy. Jak możemy by dobrzy, skoro Natura nie jest dobra? Natura jest bezwzględnym terminatorem, zabójcą bezdusznym i nieubłaganym. Zdołaliśmy częściowo odseparować się od niej wznosząc domy i miasta, ale ona i tak usiłuje je zniszczyć. Jeżeli nie atakuje nas wybuchami wulkanów, trzęsieniami ziemi, tsunami, to próbuje to uczynić przez inwazje wirusów. Obecnie nie przychodzi jej to tak łatwo jak niegdyś, ale to nie znaczy, że pewnego dnia nie znajdzie jakiegoś sposobu, by unicestwić nas ostatecznie i nieodwołalnie. To powinno nam wiele podpowiedzieć.
Ekologia jest zamaskowaną religią. Nosi wszystkie cechy religii. Nie wymaga żadnego wysiłku intelektualnego. By uprawiać ekologię, wystarczy wiara. Ekologia jest religią atrakcyjną, bo jeszcze bardziej prymitywną niż islam. Islam ma pięć zasad. Ekologia tylko jedną.
Nasze myślenie o Naturze i rozumienie jej jest przestarzałe i fałszywe. Jest to doskonały przykładem naszego lenistwa umysłowego. Fakty o prawdziwej naturze Natury mamy tuż przed naszym nosem, ale heroicznie staramy się tego nie postrzegać. Natura jest przewrotna, nieodpowiedzialna, niestabilna, zdradziecka, bezwzględna, mordercza i podstępna. Wiemy od setek tysięcy lat, że w Naturze nie da się żyć. W Naturze nie da się trwać. Można co wyżej przez pewien czas przetrwać. Jeżeli nasz gatunek chce trwać, musi przestać myśleć o Naturze sentymentalnie, bukolicznie i sielankowo. Natura nas nie zbawi i nie ochroni. Naszej fizycznej rzeczywistości nie da się owinąć Naturą jak puchowym śpiworem. Czas już, abyśmy rozpoczęli myśleć o Naturze w diametralnie inny sposób. Powinniśmy zacząć traktować ją przedmiotowo, jako naszą szansę, by oderwać się od niej, aby już nigdy jej nie potrzebować i nie być zdanymi na jej łaskę.
Religia i sauna
Scena z sauny. Trzech mężczyzn po trzydziestce na najwyższej półce. Perorują głośno, ochoczo licytując się „liberalnymi” poglądami i każdy próbuje być „liberalniejszy” niż pozostali. Prawie tak, jakby rozdawali nam, siedzącym w tym samym pomieszczeniu, swoje sfałszowane karty wizytowe. Nikt nie reaguje jednak. Ja też nie. Wreszcie zapada chwila błogosławionej ciszy, ale trwa zbyt krótko. Kolejny temat podrzuca pulchniutki blondynek z trzydniowym zarostem na okrąglutkim pyszczku. Religia. Wszystkie religie należy traktować jednakowo, oświadcza głośno, stanowczo zbyt głośno, by mówił tylko do swoich kolegów. Mam ochotę zapytać: Jak to miałoby być możliwe, niedźwiadku? Religie przecież nie są jednakowe. Chrześcijaństwo egzystuje w kooperacji z państwem. W islamie nie ma natomiast rozdziału religii od państwa. Islamskie państwo jest od początku do końca podporządkowane religii. Kościół chrześcijański nie interpretuje Biblii dosłownie. Islam traktuje Koran dosłownie, śmiertelnie dosłownie. Koran nie został stworzony, lecz objawiony. Jest więc słowem Boga. Do tego dochodzi jeszcze chociażby sprawa hierarchii. W chrześcijaństwie jest to struktura wertykalna – decyzje należą do Watykanu. W islamie nic takiego nie może mieć miejsca. W islamie system władzy nie jest stworzony przez człowieka, lecz przez samego Allaha. Nawet Kalif nie stanowi prawa. Odpowiada jedynie za uprawomocnienie i przestrzeganie prawa, które zostało dane od Boga. Więc jak to jest możliwe, kretynie, by rzeczy, które nie są takie same, traktować tak samo? I czemu to miałoby służyć? Mam ochotę zapytać, ale nie pytam. Nikt inny także nie pyta i nikt nie podejmuje tematu. Milczymy, wpatrując się w szaro sine wody cieśniny Sundu, a po kilku minutach liberalni chłopcy w ciszy, jeden po drugim, opuszczają saunę. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że wszyscy słyszeli moje myśli albo słyszeli je właśnie dlatego, że jednak wypowiedziałem je głośno. Albo, że były tak głośne, bo wszyscy myśleliśmy to samo.
Normy społeczne i religia
Frans de Waal, „Bonobo i ateista”: Czy ktokolwiek naprawdę wierzy, że nasi przodkowie żyli bez jakichkolwiek norm społecznych, dopóki nie pojawiła się religia? Czy nigdy nie pomagali bliźnim w potrzebie albo nie narzekali na niesprawiedliwe traktowanie? Ludzie musieli przejmować się funkcjonowaniem swoich społeczności na długo przed powstaniem najpowszechniejszych dziś religii, do czego doszło zaledwie kilka tysięcy lat temu. Na biologach taki przedział czasu nie robi najmniejszego wrażenia.
Błąd logiczny
Y. N. Harari „Od zwierząt do bogów”: Nie wierzmy idealistycznym ekologom twierdzącym, że nasi przodkowie żyli w harmonii z przyrodą. Bo żyli z nią w dysharmonii. Na długo przed rewolucją przemysłową homo sapiens był wśród wszystkich organizmów sprawcą wymarcia największej liczby gatunków i roślin. Mamy wątpliwy zaszczyt bycia najbardziej morderczym gatunkiem w annałach biologii.
W powyższych słowach kryje się pewien, aż nazbyt dzisiaj powszechny, błąd logiczny, błąd o poważnych konsekwencjach zresztą, bo to on powoduje, że coraz częściej i coraz chętniej deprecjonujemy i naszą kulturę i nas samych. Czy z naturą można żyć w jakiejś urojonej harmonii i co to miałoby oznaczać? Czy znaczy to, że Natura, jeżeli będziemy sprawować się dobrze i grzecznie, wygasi wulkany, wyeliminuje niebezpieczne wirusy, powstrzyma tsunami i huragany, że poprawi usterki w naszych genach i zawiesi, choćby warunkowo, niszczycielskie trzęsienia ziemi? Czy natura jest harmonijna? W czymże objawia się jej harmonia? Czy w tym może, że z lubością powołuje do życia najbardziej niewiarygodne przeciwieństwa i skrajności? Nasi przodkowie mieli nikłe szanse, by żyć w symbiozie z dwumetrowymi kangurami, lwami workowatymi, z jaszczurkami podobnymi do smoków, dziesięciometrowymi wężami, z gigantycznymi diprotodonami, dwuipółtonowymi wombatami lub nielotnymi ptakami, dwa razy większymi od strusi, czy setkami tym podobnych maszkaronów. Natura przez miliony lat zabawiała się produkcją koszmarnych i przerażających potworów, oddając się temu zajęciu z takim samym upodobaniem jak dziś hollywoodzcy producenci horrorów. Jedyną jej udaną kreacją jest człowiek, stworzony przez nią zresztą albo przypadkiem albo w chwili odpoczynku od powielania kolejnych bazyliszków i krakenów. Niestety, to jemu właśnie musiał przypadł w udziale wątpliwy zaszczyt wytępienia tego całego robactwa. I udało mu się to, mimo dziesiątków niesprzyjających okoliczności i prawie zerowych szans. Jesteśmy najsilniejszym i najinteligentniejszym gatunkiem w „annałach biologii”. Czy powinniśmy się tego wstydzić? Przeciwnie, uważam, że powinniśmy być z tego dumni.
Nie ma czegoś takiego jak „świat dla wszystkich”, a wówczas nie było też czegoś takiego jak „Prawa człowieka i wszystkich innych Zwierząt na Całej Ziemi”. A nawet gdyby były, to wątpię, by lwy workowate, gigantyczne węże czy olbrzymie torbacze chciały to podpisać i przestrzegać. Człowiek, słaby i – sensie fizycznym – skąpo przez naturę wyposażony, był zmuszony wyeliminować zagrożenia, jeżeli chciał przeżyć i trwać. Wyeliminował je i przeżył. Czy jest to morderstwo? Życie w Naturze nie ma nic wspólnego z uprawianiem etyki. Y. N. Harari w innym miejscu swojej pracy słusznie zauważa, że cała nasza otoczka kulturowa – nasze prawa, religie, prawa człowieka, ONZ, korporacje, giełda, Peugeot, ustawodawstwo, pieniądze – są tylko i wyłącznie wytworami naszej bujnej wyobraźni. Etyka jest także wytworem naszej bujnej wyobraźni. Niczym więcej. Szkoda, że o tym Harari całkiem zapomniał.
Abp Stanisław Gądecki
Abp Stanisław Gądecki w komunikacie przesłanym PAP twierdzi, że laickość nie jest żadną pustą kategorią, równoznaczną z nieobecnością wiary w przestrzeni publicznej, bowiem: „Zakaz dostępu religii do sfery publicznej, usuwanie z niej znaków religijnych jest wyborem światopoglądowym. Ściana, z której usunięto by krucyfiks, nie byłaby ścianą neutralną, ale ścianą pustą, z której celowo usunięto krucyfiks. Również szkoła, z której usunięto by nauczanie religii, nie byłaby neutralna, ale byłaby szkołą, z której celowo usunięto lekcje religii. Decyzja taka byłaby objawem wrogości wobec zjawiska religii, traktowanej na skutek uprzedzeń jako przejaw ludzkiej słabości i źródło alienacji. Byłaby przejawem redukcjonistycznego podejścia do człowieka, postrzeganego jako istota ograniczona do wymiaru horyzontalnego”.
Abp Gądecki studiował zapewne retorykę i obeznany jest doskonale z sofistyką, niestety, zdaje się, że w jej najgorszym słownikowym znaczeniu, bo jako świadome posługiwanie się nieuczciwą argumentacją w celu udowodnienia fałszywej tezy. Trudno o większy sofistyczny bełkot niż zaprezentowany w powyższym cytacie. Przeanalizujmy to razem. Zdanie nr 1: Brak znaków religijnych w przestrzeni publicznej nie jest żadnym wyborem światopoglądowym. Przestrzeń publiczna, czyli przestrzeń wspólna dla nas wszystkich, nigdy nie powinna być miejscem, w którym pojawiają jakiekolwiek symbole religijne. Religia jest sprawą prywatną. Religię powinno się uprawiać jedynie w miejscach do tego przeznaczonych – w świątyniach lub w domu. Religia, która wychodzi poza te miejsca staje się ideologią, dokładnie w takim samym sensie jak marksizm albo faszyzm. Zdanie nr 2: Ściana, na której wisi krucyfiks na pewno nie jest ścianą pustą, ale jeszcze mniej ścianą neutralną. Ściana oznaczona krucyfiksem jest ścianą stygmatyzowaną symbolem religijnym, a tym samym wyłączoną z przestrzeni publicznej. Zdanie nr 3: podstawowym zadaniem szkoły jest upowszechnianie nauki i wiedzy. Religia nie jest nauką. Religia jest wiarą. Propaganda wiary (która nie jest i nie może być naukowa) w szkole podważa sens istnienia szkoły. Szkoła może ewentualnie uczyć o zjawisku wiary i religii, ale nie może „nauczać” religii, bowiem religia jest nienaukowa. Religia podważa naukę. Jak można w tej samej szkole uczyć, że nasza planeta ma 4 i pół miliarda lat i już na następnej lekcji podważać to głosząc, że Bóg stworzył Ziemię 6 tysięcy lat temu? Decyzja o wycofaniu religii ze szkół nie byłaby więc objawem wrogości wobec religii, a jedynie powrotem do właściwych i sensownych zasad nauczania. Zdania 4 i 5 w powyższym cytacie są tak beznadziejnie głupie, bezmyślne i pokrętne, że nie zasługują nawet na komentarz. To przerażające, że elity religijne w polskim Kościele prezentują intelektualny poziom nicieni. Zakładając, naturalnie, że nie jest to wyraz totalnej pogardy dla wiernych i „niewiernych”.
Dopamina
Naukowcy są coraz bardziej przekonani, że ośrodek nagrody w mózgu, odpowiedzialny za uzależnienia, aktywują nie tylko takie przyjemności jak miłość, narkotyki, alkohol, seks, hazard czy słodycze, ale również i religijne rytuały. Religia kwestią dopaminy. Myśl bardzo nęcąca. I może wcale nie tak szalona.
***
Dopamina pomaga nam żyć i przeżyć. Jest ważna i pożyteczna, ale tylko wówczas, gdy jej wydzielanie się pozostaje pod przynajmniej jako taką kontrolą. I tu zaczyna się problem. Smaczny obiad odpowiada podobno za 50% wzrost wydzielania się dopaminy, zapalenie papierosa zwiększa to wydzielanie już o ponad 200%, a amfetamina aż o 1000%! Jak tu więc, do diabła, zapanować nad chęcią powtórzenia tak przyjemnych (z punktu widzenia mózgu) czynności?
Bóg i inni
Bracia Goncourt, „Dziennik”: Ludziom trzeba boga, a kiedy go brak, bóstwem staje się człowiek, którego plugastwo nawet jest wielbione. Trzeba czegoś lub kogoś, przed kim duch tłumów ukorzy się i poniży; w przyszłych społeczeństwach religię zastąpi może cezaryzm. Zamiast Boga, który stał się człowiekiem, człowiek stanie się Bogiem.
I dokładnie tak się stało. Lenin, Stalin, Mao, inni. Masy muszą w coś wierzyć. Nie wolno odbierać im Boga. Bóg to może najmniejsze zło.
Wolna wola
Współczesna nauka coraz lepiej rozumie funkcjonowanie naszego mózgu, wpływ genów czy środowiska na nasze charaktery i zachowania. Ostatnio uczeni przekonują nas, że nawet to, co nazywamy wolną wolą jest iluzją, że posiadamy tylko złudzenie sprawstwa, bo tak naprawdę wszystko, co czynimy, powodowane jest chemicznymi procesami zachodzącymi w naszych mózgach. Na dodatek nie jesteśmy świadomi tych procesów i nie mamy na nie wpływu.
Możliwe, że nie istnieje żadna wolna wola, możliwe, że jest to jeszcze jedno z naszych złudzeń. Nauka w końcu nie zajmuje się wartościowaniem. Przedstawia fakty. Ale my, bardziej być może niż w świecie faktów, żyjemy w świecie wartości i odrzucenie – czy choćby podważenie – istnienia wolnej woli totalnie unieważnia i uniecestwia nasz świat. Bez paradygmatu wolnej woli nasze instytucje społeczne, przekonania religijne, wymiar sprawiedliwości, system więziennictwa tracą wszelki sens. Dlaczego mielibyśmy karać kogokolwiek, jeżeli przyjmiemy, że nawet najgorsi przestępcy i zbrodniarze działają mimowolnie, kierowani chemiczną koniecznością? Dlaczego bogowie mieliby nas karać lub nagradzać po śmierci, skoro za życia po prostu realizowaliśmy pewien niezależny od nas, z góry nam przypisany scenariusz? Dlaczego mielibyśmy mieć pretensje do kogoś, kto nas zdradził, skoro musiał to uczynić? Dlaczego mścić się na kimś, kto nas skrzywdził czy oszukał? I czemu mielibyśmy być wdzięczni komuś za okazaną nam przyjaźń czy pomoc, czy za to, że oddał za nas życie? Bez paradygmatu wolnej woli Jezus i Hitler są takimi samymi marionetkami. Możliwe więc, że wolna wola nie istnieje, że nauka ma rację, ale – jak mawiał Isaac B. Singer – musimy wierzyć w wolną wolę. Dlaczego? Bo nie mamy wyboru.
Don Cupitt
Don Cupitt, anglikański teolog: “Współczesna religia powinna odrzucić wszelkie wierzenia. Poza naszym światem nie ma niczego, w co należałoby wierzyć i po czym moglibyśmy się czegokolwiek spodziewać”.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.