Faros

Wszystko zaczęło się od absolutnie irracjonalnej decyzji Aleksandra Wielkiego. Po podboju Egiptu postanowił zbudować miasto, które będzie potem nosić jego imię. I wybrał w tym celu dziwne miejsce. Wybrzeże Delty Nilu jest mało gościnne. Jest płaskie i pozbawione zatok. Jedyna grecka kolonia w tym kraju, Naukratis, znajdowała się siedemdziesiąt kilometrów od morza, nad zachodnią odnogą Nilu. Przy jej ujściu leżało miasto Kanopos, według greckich mitów założone przez Menelaosa, który podczas powrotu spod Troi stracił na tym wybrzeżu nawigatora jednego ze swoich okrętów, właśnie Kanoposa. Tu, mając za osłonę niewielki przylądek, można było zdaniem znawców planować budowę miasta. Jedynym pobliskim portem było Peluzjum, położone na przeciwległym, wschodnim krańcu Delty. Aleksander jednak pominął Kanopos i ignorując logikę i zdrowy rozsądek nakazał założenie miasta z dala od życiodajnej rzeki. Nie dowiemy się nigdy, co nim powodowało, ale decyzja była genialna – osadzanie się piasku i mułu rzecznego spowodowało, że po wiekach odnoga kanopijska zanikła, w ogóle przestała istnieć. Przyjmijmy więc, że tym, co zachwyciło Aleksandra była mała, niepozorna wysepka Faros. Kazał ją połączyć z lądem stałym przez potężne molo o długości 7 stadiów – około 1,5 kilometra – przez co zostało nazwane Heptastadionem. Po obu stronach Heptastadionu powstały dwa porty morskie, a dalej, na wąskim paśmie piasku i białych skał wapiennych zaczęło rozrastać się miasto, Aleksandria. Przez długie wieki jej wizytówką był jeden z cudów starożytnego świata, budowla, która przetrwała i działała 1300 lat. Latarnia w Faros. Zbudowana na polecenie Ptolemeusza I. Za architekta, projektodawcę i wykonawcę uznaje się Sostratosa, o czym ma świadczyć zachowana, pierwotnie ukryta pod tynkiem, wyryta w kamieniu inskrypcja: Sostratos, syn Deksyfanesa, poświęcił tę budowlę bogom ocalenia, w imieniu wszystkich tych, którzy żeglują po morzach. Niektórzy skłonni są podejrzewać, że architekt umieścił ten przekaz, wzorem budowniczych egipskich piramid, w tajemnicy przed królem. Brzmi to sensacyjnie, ale z prawdą raczej nie ma wiele wspólnego. Zdecydowanie nie te czasy i nie ten faraon, a przede wszystkim nie ta osoba – Sostratos nie był żadnym anonimowym architektem, ani niewolnikiem, który potrzebował przechytrzać swego władcę. Pochodził z Knidos, położonego w Karii na wybrzeżu Azji Mniejszej, w sąsiedztwie wyspy Kos. Interesujące jest to, że według Strabona miasto składało się z części reprezentacyjnej, leżącej na wyspie, połączonej z dzielnicami leżącymi na lądzie stałym … długim molem. Czyżby Knidyjski Heptastadion? Aleksandria mogła więc przypominać Sostratosowi jego miasto rodzinne. W każdym bądź razie Sostratos był powszechnie znany, ceniony i bogaty, przynależał do ścisłego grona przyjaciół i doradców Ptolemeusza i z całą pewnością sam wniósł, być może nawet znaczny, wkład finansowy w ten projekt. Strabon wspomina o nim jako o przyjacielu królewskim, a epigramatyk Posejdippos, który zwiedzał latarnię w parę lat po jej zbudowaniu, w jej poetyckim opisie mówi wyraźnie, że wzniósł ją Sostratos Knidyjczyk, syn Deksyfanesa. Był też Sostratos znakomitym dyplomatą i to jemu właśnie zawdzięczał Ptolemeusz bardzo w tamtym okresie potrzebny Egiptowi pokój z Antygonem Gonatasem. Miał również inne zasługi i zapewne nie bez powodu wyrocznia w Delfach, w tamtym okresie może już mniej znacząca, ale wciąż jeszcze sławna, uczyniła go swoim proksenosem, czyli oficjalnym przedstawicielem w Aleksandrii. Autorem pogłoski o chytrym podstępie twórcy Faros jest prawdopodobnie Lukian z Samosaty, pisarz dowcipny, czasem prześmiewczy, zwykle sardoniczny.

Budowa latarni trwała ok. 14-20 lat, a uroczyste otwarcie odbyło się w 279 p.n.e. Miała kształt graniastosłupa, na którym ustawiono węższy graniastosłup sześcioboczny, a ponad nim część cylindryczną. Wszystko zdobiły okładziny z marmuru i posągi delfinów z brązu. Na szczyt zaś prowadziła spiralna pochylnia. Większość historyków jest zgodna co do tego, że wewnątrz prawdopodobnie zainstalowane były dźwigi do transportu opału. Wieńczył ją ogromny posąg boga Heliosa, a u wejścia stały dwie kolosalne figury przedstawiające Ptolemeusza I i jego żonę, Berenikę – odnalezione w czasie podmorskich wykopalisk w latach dziewięćdziesiątych   dwudziestego wieku. Latarnia w Faros była jednak czymś więcej niż tylko latarnią – na jej 120 metrach wysokości, co odpowiadałoby dzisiejszym 40 piętrom, znajdowały się także mieszkania pracowników obsługi, konserwatorów, personelu administracyjnego, strażników. Była też więc domem, domem dla dziesiątków, może setek ludzi. Światło z niej widoczne było z odległości około 50 kilometrów. To optimum, odległość maksymalna przy jej 120 metrach – zakrzywienie powierzchni Ziemi nie pozwala z większego dystansu dojrzeć świateł latarni o tej wysokości. Dzieło Sostratosa budziło podziw, trwało, ratowało życie, wskazywało drogę przez 1300 lat. Nadgryzły ją, a potem ostatecznie zrujnowały potężne trzęsienia ziemi. Pierwsze, z epicentrum na Krecie, przyszło o świcie 8 sierpnia 1303. Miało co najmniej 8 stopni w skali Richtera, co dla wszystkich, którzy znają tę skalę podpowiada ogromne zniszczenia. Kreta ucierpiała bardzo mocno, a przede wszystkim Heraklion, ówczesna Candia, które zostało zrównane z ziemią, ale trzęsienie było odczuwalne również na odległym Peloponezie, na Rodos, w Antiochii, na Cyprze, a nawet w oddalonym o tysiąc kilometrów Konstantynopolu. Spowodowało też dziewięciometrową falę tsunami, która zniszczyła większość murów miejskich Aleksandrii, wiele stojących w porcie statków wyrzuciła na ponad trzy kilometry w głąb lądu, podmyła setki budowli i uśmierciła tysiące ludzi. Latarnia przetrwała, ale dokładnie w dwadzieścia lat później przyszło kolejne trzęsienie ziemi i potem jeszcze jedno, w 1375 roku, i dopiero to ostatecznie pokonało tę dumną wieżę. Po trzecim ciosie pozostały z niej jedynie gruzy, których potem użyto do budowy fortu. Trwała jednak budząc podziw ponad 1300 lat. To długi czas. To cała wieczność. Niewiele budowli dostąpiło takiego zaszczytu.

Sankcje

Sankcje. Embargo na broń. Zamrożenie aktywów. Obostrzenia gospodarcze. Sankcje wobec Kuby. Sankcje wobec Rosji, wobec Iranu. Sankcje wobec Korei Północnej. A mimo tego i Iran, i Korea sprowadzają potrzebne im towary, technologię i broń. Sankcje nie są niczym nowym. Nie zostały wymyślone przez nasz wiek. Mają bardzo stary rodowód. Już w XIV wieku handel bronią i materiałami wojennymi, które wykorzystywano potem do walki z chrześcijanami, stał się problemem tak poważnym, że w 1372 roku papież Grzegorz XI dodał do bulli „In Coena Domini” zakaz dostarczania ich „Saracenom i innym wrogom chrześcijaństwa”. Świat islamu zapoznał się z działaniem prochu mniej więcej w tym samym czasie co Europa, jednak to Europejczycy zdobyli zdecydowaną przewagę zarówno w produkcji, jak i umiejętności korzystania z broni palnej. Rycerzom zakonnym z Rodos, joannitom, przypadł obowiązek egzekwowania papieskich sankcji, lecz mimo ich starań zyskowna kontrabanda kwitła w najlepsze. Tak jak dzisiaj. Turcy ponadto płacili hojnie i nie tylko złotem. Nagradzali także korzystnymi koncesjami i przywilejami handlowymi. To przyniosło pożądane przez nich rezultaty: już w XVI wieku żadna armia nie mogła mierzyć się z nimi w ilości dział i poziomie wyszkolenia kanonierów. Było to smutną „zasługą” chrześcijańskich renegatów oraz (przede wszystkim) włoskich kupców, wyznających jedynie kult pełnej sakiewki.

Łamanie papieskich sankcji miało zresztą różne formy. Ewidentnym tego przykładem była, znana także z naszej historii, bitwa pod Warną, w której zginął Władysław III. W tamtym przypadku problemem Turków była kwestia przerzucenia wojsk na europejski brzeg cieśniny. Z rozkazu papieża cieśnina była skutecznie blokowana przez Wenecjan. Turcy łatwo poradzili sobie z tą drobną przeszkodą – zapłacili za przetransponowanie swojej armii na europejski brzeg … Genueńczykom i 10 listopada 1444 roku pokonali sprzymierzone wojska węgiersko-polskie.

Warna przypieczętowała los Konstantynopola. 9 lat później Turcy stanęli pod potężnymi murami stolicy Bizancjum. Siły obrońców były bardzo skromne – 5000 Greków, około 200 łacinników i mieszkańcy oblężonego miasta. Kontyngent zachodnioeuropejskich żołnierzy tworzył oddział złożony z 700 Genueńczyków. Strona turecka miała przewagę co najmniej dziesięciokrotną. Atutem obrońców było tylko wyjątkowe położenie miasta i jego potężne mury. Brzegi trójkątnego półwyspu obmywają od południa fale Morza Marmara, a od północy głębokie wody zatoki Złoty Róg. Oba wybrzeża nie wymagały wznoszenia szczególnie silnych obwarowań – lądowanie od strony morza praktycznie uniemożliwiał bardzo silny prąd, zaś wody zatoki zablokowano potężnym łańcuchem, pływającym na drewnianych tratwach i zawieszonym pomiędzy murami a wieżą w Galacie – ufortyfikowanym mieście po drugiej stronie zatoki. Wejście od strony lądu zamykał natomiast Mur Teodozjusza. Liczył on 6,5 kilometra długości, jego grubość u podstawy wynosiła około 4,5 metra, wysokość 12 metrów. Co 50 – 60 metrów wzniesiono dwukondygnacyjne wieże, wystające przed czoło muru na 5 do 10 metrów. Mur składał się z trzech linii – szerokiej na 20 i głębokiej na 10 metrów murowanej, częściowo zalanej wodą fosy, stojącego za nią przedmurza wysokiego na 7,5 metra, również wzmocnionego wieżami i linii głównej. Bizantyjscy budowniczowie, spadkobiercy greckiej i rzymskiej myśli wojskowej, stworzyli fortyfikacje, które nie miały sobie równych w całym ówczesnym świecie.

Turcy byli jednak tym razem doskonale przygotowani, a to, między innymi, „dzięki” życzliwej pomocy zachodnich puszkarzy, z których jeden miał odegrać szczególnie doniosłą i haniebną rolę w tym dramacie. Był nim ludwisarz i artylerzysta o imieniu Urban, opętany ideą budowy ogromnej bombardy. Przybył do Konstantynopola w 1451 roku, prawdopodobnie pochodził z Węgier, choć kronikarze nie są do końca zgodni, co do jego narodowości. Cesarz Konstantyn XI wyraził zainteresowanie jego usługami, ofiarował mu nawet skromna pensję, choć nie miał wystarczających środków, by zrealizować marzenie Urbana. Zniechęcony ludwisarz opuścił więc dwór Konstantyna i udał się do Edirne, ówczesnej tureckiej stolicy, i tam zaoferował swoje usługi. Przyjęto go z otwartymi ramionami, hojnie obdarowano, dostał też polecenie odlania dział, które byłyby zdolne zburzyć mury Konstantynopola. Urban ochoczo zabrał się do pracy. Największe z odlanych przez niego dział ważyło 19 ton, miało 8 metrów długości, kaliber 750 milimetrów i strzelało na odległość do 1,5 kilometra kamiennymi kulami o wadze ponad pół tony. Sześćdziesiąt wołów, dwustu ludzi oraz oddział specjalny, który wyrównywał drogę – tyle było potrzeba, by przetransportować kolosa pod mury miasta. To monstrualne działo nie było jedynym w sułtańskiej artylerii. W czasie przygotowań do oblężenia Urban odlał kilkadziesiąt innych bombard o różnych kalibrach – następna co do wielkości strzelała pociskami o wadze 360 kilogramów, reszta miotała kule ważące od 23 do 90 kilogramów. Cała artyleria turecka, zgromadzona pod Konstantynopolem, liczyła łącznie 69 dział, podzielonych w czasie oblężenia na 14 lub 15 baterii. Po siedmiu tygodniach oblężenia, nocą 29 maja 1453 roku, sułtan Mehmed II posłał swoich żołnierzy do szturmu ostatecznego właśnie tam, gdzie działa Urbana spowodowały największe spustoszenia. Przez kilka godzin obrońcy odpierali jeszcze kolejne fale atakujących, ale była to już agonia.

Po zdobyciu Konstantynopola potomkom koczowniczych plemion z głębi azjatyckich stepów Europa wyraźnie przypadła do gustu. Wielokrotnie jeszcze starali się powiększyć swoje włości, a ich państwo nadal znajduje się na jej terytorium.

Vasari

Vasari także wspomina o niemal nabożnym stosunku antycznych Greków do malarstwa. Uważali oni malarstwo za dziedzinę absolutnie wyjątkową i zaszczytną, zarezerwowaną wyłącznie dla ludzi z arystokracji. Istniał nawet zakaz na mocy którego niewolników nie wolno było uczyć rysunku lub malarstwa.

                                                                         ***

Anegdota o malarzu Zeuksisie. Podobno tak dobrze namalował postać chłopca niosącego winne grono, że do obrazu zlatywały się ptaki. Zeuksis jednak wcale nie był zadowolony. Słusznie twierdził, że gdyby chłopiec był tak dobrze namalowany jak winne grono, ptaki powinny były bać się go.

                                                                        ***

Inna anegdota o Apellesie, bodaj największym malarzu starożytnej Grecji, i Protogenesie, zdolnym, ale mniej znanym malarzu z Rodos. Apelles, gdy zawitał pewnego razu na Rodos, postanowił odwiedzić Protogenesa. Nie zastał go w domu. Zostawił jednak na obrazie w pracowni gospodarza rodzaj swojej wizytówki w postaci „linii o zdumiewającej delikatności”. Protogenes, powróciwszy do domu i ujrzawszy tę linię, odgadł bez trudu, że mógł ją zrobić jedynie Apelles. Nad tą linią więc, tylko innym kolorem, namalował jeszcze delikatniejszą linię. Niestety, rozminęli się i następnego dnia, a Apelles, ujrzawszy tę nową linię, nieco zły, że został pokonany, trzecim kolorem „wyciągnął długą linię przez środek, nie zostawiając miejsca dla jakiejkolwiek delikatności”. Vasari zapewnia, że ten obraz, bez jakichkolwiek w nim zmian, przetrwał długi czas i jako cenne dzieło został przywieziony do Rzymu, gdzie ozdabiał pałac imperatorów. „Wszystko, co tam było widoczne, nie było niczym innym, jak tylko owe tak delikatne linie, że ledwo je można było spostrzec. Pośród innych cennych obrazów uważany był za dzieło niezwykłe.” Był to więc zapewne pierwszy w dziejach obraz abstrakcyjny.

                                                                     ***

Ostatnim obrazem Apellesa, którego podjął się na zamówienie mieszkańców Kos, był obraz przedstawiający Afrodytę. Nie ukończył go. Zanim zmarł, zdołał namalować tylko „oblicze i górną część tułowia”. Nikt nie odważył się kontynuować jego pracy.