Nasz świat

Jesteśmy przekonani, że my i nasi współcześni – nawet gdy dzieli nas status, wykształcenie czy społeczna pozycja – żyjemy jednak dokładnie w tej samej rzeczywistości, w tych samych czasach. To wydaje się oczywiste, aczkolwiek wcale takie nie jest. Prawdą jest, że w każdym społeczeństwie funkcjonuje wiele różnych światów, które – mimo że istnieją paralelnie – nie  spotykają się nigdy i nigdy na siebie nie zachodzą. Dobrze ilustruje to Aldous Huxley w swoim eseju o filozofie Maine de Biran, który nie tylko uchodził za wielkiego miłośnika muzyki, ale i był nim w istocie. W tej samej epoce żył i tworzył Mozart, starszy od de Birana o dziewięć lat oraz Beethoven, o cztery lata od niego młodszy, a mimo tego de Biran w swoich pamiętnikach ani razu nie wymienia żadnego z tych nazwisk. W jego świecie ludzie ci po prostu nie istnieli. W pamiętnikach najciekawsze jest więc może nie tyle to, co w nich jest, co to, czego w nich nie ma. To mówi więcej o naszym świecie. Teraz spróbuj sobie wyobrazić, jaki świat ujrzy ktoś, kto za dwieście czy trzysta lat będzie czytał twoje pamiętniki.

My

Jesteśmy przezabawnymi stworzeniami: porządkujemy rzeczywistość według wzorców, które niezmiernie rzadko są rzeczywiste; dokonujemy ocen na podstawie tego, co pierwsze wpadnie nam do głowy; preferujemy głównie te argumenty, które mają tę zaletę, że potwierdzają nasze własne przekonania; jesteśmy stworzeniami stadnymi, więc czynimy próby, by dopasować się do innych, ale po cichu i tak wierzymy w naszą wyższość i wyjątkowość; we wszystkim chcemy widzieć cel i zasadę, choć od dawna już wiemy, że nasz mózg jest notorycznym kłamcą i perfekcyjną maszynką do wytwarzania wzorów z przypadkowości; z całą powagą domagamy się Prawdy i zawsze optujemy za Prawdą, ale tym, w czym jesteśmy mistrzami i co uprawiamy namiętnie jest Kłamstwo; cenimy sobie nasze przekonanie, że zawsze rozumiemy, co się wokół nas dzieje, choć zwykle nie mamy o tym najmniejszego pojęcia; dumnie i przy każdej okazji powtarzamy slogan „wiem, co robię” i po cichu, bardzo po cichu, zadajemy sobie pytanie, dlaczego postępujemy tak głupio; zawsze chcemy mieć rację, nawet wtedy, gdy nie możemy jej mieć i wiemy o tym, że nie możemy i nie przychodzi nam do głowy, że wypływa to z fundamentalnej potrzeby pewności, silniejszej niż nasz wątły intelekt czy chwiejny rozsądek.

Europejskość

Polscy „oświeceni”, z Agnieszką Holland i wieszczem Adamem Zagajewskim na czele, czynią swoim mniej oświeconym rodakom zarzuty, że za wszelką cenę pragną być Polakami. Powinni być, według nich, Europejczykami. Powinni, dla własnego dobra, przemienić się w Europejczyków czym prędzej. Stać się Europejczykami. Czyli kim? Europejczyk mówiący po francusku jest jednak, o czym doskonale wiadomo, znacznie lepszym Europejczykiem niż Europejczyk mówiący po polsku. Także Europejczyk mówiący po niemiecku, albo po włosku, czy hiszpańsku, jest lepszym Europejczykiem. Europejczyk mówiący po polsku nigdy nie będzie Europejczykiem wystarczająco dobrym, by dorównać Europejczykom lepszym. Widać to zresztą na aktualnym przykładzie. Przyjeżdża z oficjalną wizytą do Polski francuski prezydent i poucza Polaków, jak ich rzeczywistość powinna wyglądać i jak powinna być urządzona. Gani to, co nie przypada mu do gustu. Podpowiada, jak rzeczy mają wyglądać. Według niego. Świat według Macrona. Sugeruje, co mogłoby zasługiwać na jego aprobatę. Czuje się do tego upoważniony. Jest przecież gościem, przyjechał do nas z wizytą i może, a nawet jego obowiązkiem jest decydować o tym, jak urządziliśmy nasze mieszkanie, jakie mamy w nim meble, dywany, kolory ścian i okiennych zasłonach. A teraz wyobraźmy sobie, że polski prezydent podczas oficjalnej wizyty we Francji zaczyna pouczać Francuzów, jak ma wyglądać ich rzeczywistość, jakie obrazy mają wieszać w pokojach stołowych, czy wytykać im infantylny gust i dawno niewietrzone mieszkania. Założę się, że natychmiast zostałoby to okrzyknięte chamstwem politycznym niewyobrażalnych rozmiarów. Jednak francuski prezydent może to zrobić, otwarcie i bezczelnie, a wszyscy polscy „oświeceni” dyskretnie udają, na czele z bardzo „oświeconym” ciałem profesorskim z Uniwersytetu Jagiellońskiego, że nikt nie puścił bąka w salonie. Uznają za to z dumą matołków, że obraźliwe opinie francuskiego prezydenta nie były dla nas szczególnie … pochlebne. Czy nie byłoby słusznie, kochani jaśniepaństwo, stać się najpierw Polakami, zanim zacznie się marzyć o tym, by stać się Europejczykami? Nie wątpię, że tylko po tym zabiegu Europejczyk mówiący po polsku nie będzie traktowany z lekceważeniem przez Europejczyka mówiącego po francusku.

Interpretator

Mój wzrok nie jest już tak ostry jak niegdyś i czasem płata mi figle. Niekiedy, czytając jakiś tekst, postrzegam nagle słowo, które wydaje się zupełnie nie pasować do kontekstu. Dopiero gdy zaczynam przyglądam się temu uważniej, pojawia się to właściwe. Mój interpretator tworzy pewne propozycje na podstawie tego, co pojawia się w moim polu widzenia. Gdy kwestionuję jego propozycje lub zdecydowanie odrzucam, wtedy podaje inne, już prawdziwe. Psycholog Michael Gazzaniga twierdzi, że nasz interpretator świata, czyli mechanizm, który tłumaczy nam rzeczywistość, znajduje się w lewej półkuli mózgu. Przewrotne w tym wszystkim jest to, że nasz interpretator, choć z racji swojej funkcji pretenduje do nieomylności i wszechwiedzy, wcale takim nie jest. Jest próżny i nie cierpi niewiedzy. W przypadkach, gdy nie umie czegoś zidentyfikować lub wyjaśnić, po prostu improwizuje lub kłamie. A my budujemy z tego nasz obraz świata.

Rzeczywistość

Vladimir Nabokov zdefiniował kiedyś rzeczywistość jako „stopniowe gromadzenie informacji i specjalizację”. To trafna definicja. Nasza własna rzeczywistość, nawet gdy jest chaotyczna i nerwowa, jest jednak stała i pewna. Mamy o niej całe bogactwo różnych informacji. Jesteśmy w niej „wyspecjalizowani”. Wiemy, co zawiera, jakie nosi cechy, jak jest urządzona, znamy jej miejsca jakościowo różne, położenie przedmiotów i ich wzajemne relacje, wiemy, które z jej elementów są powtarzalne i cykliczne, które immanentne i niezmienne, łatwo rozpoznajemy przypadkowe, znamy ścieżki i skróty, znamy całą geografię i topografię naszej rzeczywistości. Funkcjonujemy w niej w sposób celowy, zrutynizowany, ergonomiczny. Wychodząc z domu i zamykając drzwi, przekręcając klucz w zamku, nie myślimy o tej czynności i nie zastanawiamy się, jak należy to uczynić. Zmierzając do sklepu na zakupy lub ulubionej kawiarni wybieramy drogę najkrótszą lub taką, którą z jakichś powodów lubimy. Rzeczywistość w której żyjemy jest skatologowana i posegregowana – jeżeli czegoś nie możemy w niej znaleźć to tylko dlatego, że nie odłożyliśmy tego na stałe miejsce, a jeżeli czegoś nie rozumiemy, to zwykle dlatego, że jest to jakiś nowy jej mechanizm. Znamy dźwięki i zapachy naszej rzeczywistości, wiemy, co jest nasze i co jest obce. Wiemy, gdzie znajdują się jej kamienie milowe, znamy jej granice.

Rzeczywistość w podróży jest płynna. Jest obca. Jest niestała. Jedynym pewnym punktem jest nasze ciało. Możemy odnieść się tylko do niego. Ono jest wtedy naszym axis mundi, środkiem świata, miejscem, gdzie spotykają się wczoraj, dziś i jutro. Reszta jest tajemnicą. W podróży musimy więc wciąż i wciąż na nowo, niekiedy każdego dnia, identyfikować i określać kierunki świata, zapoznawać się z topografią terenu, odkrywać ulice, nowe ścieżki, przejścia, pamiętać, gdzie położyliśmy klucze od pokoju, gdzie odłożyliśmy nasz telefon czy zegarek, zgadywać, jaki zapach ma mydło leżące na umywalce, jaki jest kolor prześcieradła w łóżku, jak działa wymyślna armatura w łazience, potykać się o inaczej rozmieszczone meble, oswajać ich kształt, zaprzyjaźniać się z ich wyglądem. W pierwszych dniach podróży postrzegamy zwykle tylko ułamek nowej rzeczywistości. Niby widzimy wszystko, a jednak nie widzimy. Rzeczy kryją się przed nami, znikają, czasem ze zdziwieniem odnajdujemy je potem na fotografiach z naszych wojaży. I nie możemy pojąć, jak mogliśmy je przeoczyć. Ale gdy cały czas jesteśmy w ruchu, w innej rzeczywistości, nasz mózg rejestruje głównie to, co niezbędne i konieczne do naszego przetrwania w tym miejscu. Nie utrwala zbędnych szczegółów, nie odnotowuje ani zjawisk ani przedmiotów, ani ich wzajemnych korelacji, jeśli nie są one wystarczająco relewantne. W podróży jesteśmy nigdzie. I wszędzie. Czasem roztapiamy się w tym i wtedy przestajemy istnieć.