Sparta

Znakomita praca Ryszarda Kuleszy o Sparcie. Liczba obywateli Sparty, która wedle Arystotelesa wynosiła niegdyś 10 tysięcy spadła w ciągu V-IV w. p.n.e. drastycznie. Jeszcze w 480 r. (okres bitwy pod Termopilami) dochodziła do 8 tys., ale już w latach dwudziestych zaledwie ok. 3,5 tys., zaś w latach dziewięćdziesiątych następnego stulecia jedynie 2,5 tys. W końcu lat siedemdziesiątych IV stulecia liczba Spartiatów zmniejszyła się do ok. 1500. W połowie III w. było już ich tylko 700, a więc prawie dwanaście razy mniej niż w roku 480. Liczba obywateli Sparty stale spadała, co doprowadziło w IV w. do prawdziwego kryzysu demograficznego i przekreśliło jej mocarstwową pozycję w Grecji. Dzisiaj w Sparcie nie ma już Spartan. Nie radziłbym jednak upierać się przy tym twierdzeniu w rozmowie z mieszkańcami Sparty.

Arystodem

Arystodem to jeden z dwóch Spartan, którzy przeżyli Termopile. Został przez rodaków uznany za tchórza i poddany upokorzeniu i hańbie. Herodot pisze, że: „nikt nie zapraszał go do ognia ani nie mówił do niego; nazywano go Arystodemem Tchórzem”. W bitwie pod Platejami walczył przeciwko Persom z furią berserkera, w opinii Herodota z największą dzielnością ze wszystkich Spartan, zanim zginął w bitwie. Spartanie uznali, że odkupił tym swoje winy, lecz nie przyznali mu żadnych specjalnych zaszczytów za jego męstwo, ponieważ walczył z lekkomyślnością samobójcy. Spartanie uważali za prawdziwie dzielnych tylko tych, którzy walczyli wciąż ceniąc życie i pragnąc je zachować. Pogarda dla życia nie była w ich mniemaniu bohaterstwem, lecz desperacją. Nie nagradzali desperatów.  

Temat zdrajcy

Wyobrażam sobie, że jesteś europejskim parlamentarzystą, że zasiadasz w Brukselskim areopagu, że jesteś Grekiem, Hiszpanem, Francuzem, a może Niemcem i wysłuchujesz płaczliwych pretensji twoich polskich kolegów, także parlamentarzystów, pod adresem ich własnego, niewdzięcznego kraju. Wysłuchujesz cierpliwie, jak szkalują go, oskarżają, obmawiają i ośmieszają. Oskarżają swój własny kraj, swoich własnych wyborców i swój własny, demokratycznie wybrany rząd, domagając się najsurowszych kar i pręgierza. Jak czujesz się wysłuchując podobnej jeremiady? Zgadzasz się z nimi? Współczujesz im? A może raczej myślisz po cichu i z niesmakiem, że ci twoi koledzy, polscy parlamentarzyści, zachowują się ohydnie, że zdradzają swój własny kraj i swoje własne społeczeństwo? Wiesz przecież aż nadto dobrze, że w Polsce odbyły się wolne wybory i społeczeństwo – nawet jeżeli twoi parlamentarni polscy koledzy uważają je za społeczeństwo kmiotków i przygłupów – zdecydowało o kształcie rzeczywistości w której pragnie żyć. Czy nie zastanawiasz się, jakim słowem określić osoby, usiłujące uchodzić za polityków, którzy wcale nie próbują zdobyć zaufania większości swego społeczeństwa mądry i sensowym programem politycznym, natomiast chętnie skarżą się przed tobą na jego niesforność, niekompetencję i durnotę, oczekując na dodatek, że ty, w ich i swoim imieniu, to społeczeństwo skarcisz i ukarzesz? Jest takie słowo. Słowo proste i celne.  Mówi o tym Julian Barnes w powieści „Papuga Flauberta”: „Dzisiaj zabrania nam się używać słowa „szaleniec”. Co za obłęd! Tych kilku psychiatrów, których szanuje, zawsze mówi, że ludzie są szaleni. Używaj krótkich słów, prostych, prawdziwych słów. Mówię: martwy, umierający, szalony i cudzołóstwo. Nie mówię: ten, który odszedł, ani w śpiączce, ani u kresu drogi (u kresu drogi – jakby chodziło o stację końcową. Którą? Euston? St. Pancras, Gare St Lazare?); ani jakieś zaburzenia osobowości, ani biegać za spódniczkami, ani skok w bok, ani poszła odwiedzić siostrę. Mówię szalony i cudzołóstwo – tak właśnie mówię. „Szalony” brzmi właściwie. Jest to zwykłe słowo, które mówi nam, w jaki sposób obłęd może nadjechać niby ciężarówka. Rzeczy straszne są także zwyczajne”. Otóż to, właśnie. Używaj takich krótkich, prostych, prawdziwych słów. Krótkie, proste, prawdziwe słowa, nawet jeżeli nie opisują całej prawdy, nie stwarzają kolejnych kłamstw. Twoi polscy koledzy parlamentarzyści, ci, którzy siedzą obok ciebie, są zdrajcami własnego kraju. Tak, to zwyczajni zdrajcy. To nic nadzwyczajnego w Polsce. Mieliśmy ich zawsze pod dostatkiem w naszej historii; długa i obrzydliwa lista Efialtesów. Chętnie sprzedawali nasz kraj – Adam Poniński, Franciszek Ksawery Branicki, Szczęsny-Potocki, Seweryn Rzewuski i zastępy innych zdradzali nie dla idei nawet, nawet nie z powodu wygórowanych ambicji, lecz za zwyczajny żołd inkasowany corocznie w rosyjskiej czy pruskiej ambasadzie. Są tacy, którzy zdrajców oceniają surowiej niż morderców motywując to tym, że mordercy przynajmniej nie udają, podczas gdy zdrajca, przedstawiając się jako uosobienie szlachetności, podstępnie wbija ci sztylet w plecy. Czy wiesz zresztą, co stało się z wyżej wspomnianym Efialtesem, który zdradził Spartan pod Termopilami? Jest wiele wersji jego losów, a jedna z nich głosi, że ostatecznie otrzymał od Kserksesa przyrzeczone mu złoto, potem jednak został obdarty ze skóry, skórę wypchano złotymi monetami i wysłano do Sparty. Najwyraźniej nawet Persowie brzydzili się zdradą. Nie, nie, nie miałem zamiaru zaniepokoić cię tą legendą. W Polsce zdrajcy nie są obdzierani ze skóry. Przeciwnie. Zwykle powodzi im się znakomicie. Hieronim Radziejewski, który z banalnych i osobistych powodów zafundował Polsce szwedzki „potop”, po doprowadzeniu przez Szwedów naszego kraju do totalnej ruiny odzyskał sławę, zaszczyty i majątek, a Sejm darował mu wszystkie winy i zniósł infamię. Jego cichy wspólnik, Bogusław Radziwiłł, schował się pod życzliwym fartuszkiem domu Hohenzollernów, i także oczyścił dobre imię swojej sławnej familii. Ta sama życzliwość spotkała innych zdrajców, co zapewne przyczyniło się do prawdziwego wysypu tych renegatów w drugiej połowie osiemnastego wieku. Nie przerażaj się więc, mój drogi europejski parlamentarzysto, my hołubimy zdrajców, nagradzamy ich zawsze, wysyłamy jako reprezentantów na najróżniejsze dwory świata, i tylko czasem, i tylko dla zabawy, wieszamy na szubienicach ich portrety.

Termopile

Marcin Pietrzak „Grecja po mojemu” : „W pobliżu znajdował się legendarny przesmyk Termopile, którego nazwa ciągle elektryzuje turystów. Historia bohaterskiej walki 300 Spartan i ich 800 kolegów z Persami działa na wyobraźnię. Jest symbolem odwagi i natchnieniem poetów, a wezwanie napisane do przechodnia na domniemanym kurhanie niezmiennie wzrusza („przechodniu, powiedz Sparcie, żeśmy polegli wierni jej prawom”). I mnie czasem ściska w gardle, gdy o tym opowiadam i widzę emocje na twarzach ludzi. No a potem przychodzi wielkie rozczarowanie … Po autobusie krąży jedno pytanie: „gdzie jest wąwóz?”. Dziś go nie ma, można za to podziwiać okazały pomnik Leonidasa. Wąwóz był kiedyś wąskim przesmykiem między morzem a górą Kalidromo. W ciągu 2,5 tysiąca lat brzeg przesunął się o 7 kilometrów na wschód”.

„W ciągu 2,5 tysiąca lat brzeg przesunął się o 7 kilometrów na wschód”… Zmienia się świat, przesuwają się kontynenty, dawne miasta zapadają się coraz głębiej w ziemię, przesuwają się wąwozy, zmienia się linia brzegowa mórz i wciąż zmienia się nasze otoczenie, tylko nie nasze rozkoszne i naiwne przekonania. W naszych przekonaniach wszystko trwa w tej samej formie, stałe i niezmienne – piramidy i wartości, pogoda, uczucia, klimat, gwiazdy i rośliny, lodowce i dżungla nad Amazonką.  Chcemy wierzyć, że wszystko jest tak, jak było na początku, jak było wczoraj i wieki temu, i z chorobliwym niepokojem reagujemy na każdą zmianę, na każde, choćby najdrobniejsze odstępstwo. Boimy się zmian i każda zmiana, nawet gdy jest to zmiana na lepsze, wydaje się nam być katastrofą. Najchętniej chcielibyśmy – wzorem totalitarnych systemów, przerażonych swoim niepewnym i kruchym trwaniem – unieruchmić zarówno czas, jak i przestrzeń. Jesteśmy wiernymi strażnikami entropii, jesteśmy nimi wbrew rozsądkowi, wbrew temu, co oglądamy każdego dnia w lustrze i dookoła siebie. „W ciągu 2,5 tysiąca lat brzeg przesunął się o 7 kilometrów na wschód”… Nie ma już tamtych Termopil, nie ma już miejsca, gdzie przebity perskim mieczem padł Leonidas – czas przesuwa brzegi każdego morza.