Termy czy hammam

Wiele rzymskich instytucji budziło pożądanie germańskich najeźdźców, jednak łaźnie do nich z całą pewnością nie należały. Barbarzyńskim ideałem była kąpiel w zimnym strumieniu, nie mająca wiele wspólnego z higieną. Ze wszystkich relacji, które przetrwały z tamtych czasów wynika, że Germanie śmierdzieli, śmierdzieli odrażająco, zwłaszcza, że do fryzowania włosów z upodobaniem używali zjełczałego masła. Po upadku Rzymu termy, lekceważone przez germańskich zdobywców i potępiane przez chrześcijan, szybko więc popadły w ruinę i w końcu – przynajmniej w Europie Zachodniej – zostały całkowicie zapomniane. Przetrwały jedynie we wschodniej części Cesarstwa. Wiemy, że jeszcze w VI wieku Aleksandria wydawała niemal jedną trzecią swego rocznego budżetu na ich ogrzewanie. Natomiast w rejonach ścierania się wpływów chrześcijańskich, rzymskich i islamskich, termy przekształciły się w rzymsko-arabską hybrydę: znikł teren do ćwiczeń, a miejsce frigidarium zajęło pomieszczenie do towarzyskich spotkań, dając miejsce czemuś, co stanowiło skrzyżowanie szatni z salonem. I właśnie ta hybryda, zaadaptowana przez Turków, przybyszy z Azji Środkowej, którzy natrafili na nią w miastach bizantyjskich Azji Mniejszej oraz w Egipcie i Syrii, przekształciła się z wolna w hammam, okaleczoną wersję rzymskich term, z czasem zyskując w Europie dumne miano łaźni tureckiej. W świadomości większości Europejczyków do dzisiaj zresztą pokutuje błędne przekonanie, że to Turcy, najeźdźcy z  terenów położonych gdzieś między Morzem Kaspijskim na zachodzie a Chinami na wschodzie, z regionów suchych i bezleśnych stepów, obdarzyli nas dobrodziejstwem łaźni podczas, gdy jedyną ich zasługą było to, że zawłaszczyli starorzymskie termy. Ale mimo wszystko jest to zasługa, bowiem w ten nieco ironiczny sposób po stuleciach powróciła do Europy stara rzymska tradycja mycia się i higieny.

Termy

Termy, codzienność i chluba Rzymu. Wiemy, że już w 33 r. p.n.e. było w samym Rzymie 170 małych łaźni, a w V wieku ich liczba wzrosła do ponad 850 – publicznych, jak i prywatnych. Do najsłynniejszych i największych zalicza się termy Nerona, do dziś na via di S. Eustachio zachowały się z nich dwie kolumny, termy Tytusa, usytuowane obok Koloseum, wybudowane w miejscu, gdzie wcześniej znajdowało się jedno ze skrzydeł Złotego Domu Nerona, termy Trajana czy olbrzymie Termy Karakalli, z których jednorazowo mogło korzystać ponad półtora tysiąca osób.

Podziwiamy je i nigdy nie myślimy o technicznej stronie ich funkcjonowania. Tymczasem tylko te największe z nich zużywały nie mniej niż 10 ton drewna dziennie. Podziemia term Karakalli mogły podobno swobodnie pomieścić 2000 ton drewna, czyli zapas wystarczający na siedem miesięcy. Jeżeli to wszystko pomnożyć przez ilość term, mniejszych i większych w całym mieście, a potem przez setki lat ich działalności, suma będzie astronomiczna. Skutkiem tego było wylesienie ogromnych połaci lasów w Europie i w basenie Morza Śródziemnego oraz zagłada dziesiątków gatunków zwierząt i całych lokalnych ekosystemów. Drewno płynęło do Rzymu nie tylko pełnomorskimi statkami zresztą i nie tylko po Morzu Śródziemnym, ale i wszystkimi spławnymi rzekami cesarstwa. Wielkie barki, które rzekami dostarczały drewno do stolicy, nie wracały potem do swoich macierzystych przystani. Nie warto było holować ich pod prąd, wymagałoby to zbyt wielu nakładów. Rzymianie znaleźli prostsze rozwiązanie – ponieważ były zrobione z drewna, rozbierano je i sprzedawano na wagę, czyli dzieliły los ładunku, który dostarczały.                                       

Najdłużej jednak przetrwały termy nie w zachodniej, lecz we wschodniej części Cesarstwa – w Bizancjum. Odkrycia archeologiczne potwierdzają, że jeszcze w VI wieku n.e. Aleksandria wydawała niemal jedną trzecią swego budżetu tylko na ogrzewanie łaźni. We wschodnich prowincjach Syrii, w Judei i Arabii, w rejonach ścierania się wpływów chrześcijańskich, rzymskich i islamskich, termy, zwykle niewielkie, ewoluowały stopniowo w rzymsko-arabską hybrydę. Przede wszystkim całkowicie znikły gimnazjony, a frigidarium przekształciło się w miejsce towarzyskich spotkań. I to właśnie ta hybryda została następnie zaadoptowana przez Turków, którzy natrafili na nią w miastach bizantyjskich Azji Mniejszej oraz arabskich w Egipcie i Syrii i przekształciła się w łaźnię turecką, czyli hamam. Jej bywalcy nie myli się już jak Rzymianie we wspólnym basenie, lecz przy umywalniach, a łaziebni energicznie ich namydlali i masowali szorstką rękawicą, co zastąpiło rzymski strigił i nacieranie oliwą. Jest swoistym paradoksem, że to hamam pozostał jedynym żyjącym potomkiem rzymskiej tradycji kąpielowej i pośrednio sprawił, że zwyczaj mycia się powrócił następnie rykoszetem do średniowiecznej Europy.

Turcy, po podbiciu Bizancjum, zaadoptowali sporo z greckich i rzymskich cywilizacyjnych zdobyczy, w tym również termy, ale nigdy nie stały się one ich codziennym zwyczajem, jak w starożytnym Rzymie. Hamamu zażywano raz w tygodniu lub raz na dwa tygodnie. Nigdzie poza antycznym Rzymem kąpiele nie były i nie stały się tak popularne i tak pospolite. Ironia historii polega na tym, że termy powróciły po wiekach do Europy jako „turecka łaźnia” i dla wielu Europejczyków wciąż są wynalazkiem, który Turcy przynieśli ze sobą z bezdrzewnych i bezkresnych stepów z których pochodzą.

Znak i znaczenie

Wszyscy wiemy, że w dawnych czasach do oświetlania teatrów w czasie spektaklu używano świec, to wiemy, ale nie wiemy o tym, że pociągało to za sobą cały szereg następstw: choćby to na przykład, że czas spalania się świec decydował o długości spektaklu, że do ich przycinania w trakcie przedstawienia zatrudniano specjalne osoby, że wymieniano je w antraktach, gdy wietrzono sale, bo teatry ówczesne nie posiadały systemów wentylacyjnych, etc.

Cała nasza „wiedza” o przeszłości jest równie płytka, powierzchowna i zwodnicza. Znamy nazwy, pojęcia i wyrażenia, używamy takich słów jak hipodrom, Juliusz Cezar, sankiuloci, sztuka minojska, termy, Mozart, i przyjmujemy, że to, co o tym wiemy, jest zgodne z tym, czym to było. Ale słowa te są zaledwie bladym cieniem tego, co wyrażały kiedyś i właściwie nie mówią nic prawdziwego o hipodromie, termach, Cezarze czy sankiulotach. Możemy próbować wyobrazić sobie, ale nawet w naszym wyobrażeniu nigdy nie zdołamy zbliżyć się dostatecznie blisko do tego, czym w istocie był tamten teatr, teatr oświetlany świecami ze stearyny czy parafiny, pozbawiony wentylacji, przesycony wonią niezbyt świeżych sukien i ciał, brylantyny i naftaliny, pomady orzechowej, pudru, ateńskiej wody i silnych, piżmowych perfum. Znaki zmieniły znaczenia. Kiedyś sądziłem, że z tymi, którzy żyli przed nami, możemy dzielić się jedynie uczuciami, że tylko uczucia są nam wspólne i ponadczasowe, i że zawsze, niezależnie od miejsca i epoki, znaczyły to samo. Dzisiaj i tego nie jestem już pewien i nikogo nie usiłowałbym przekonać, że to, co łączyło Kleopatrę i Antoniusza było tym, co ja, żyjący ponad dwa tysiące lat po nich, nazywam miłością.