Amfora

Przedmioty towarzyszą naszej codzienności, są z nami, uczestniczą w naszym życiu, posłuszne i pokorne, wypełniają przeznaczone im zadania i funkcje i pewnego dnia znikają, wymienione na inne, nowe, a niekiedy, prawie niezauważalnie, opuszczają nas na zawsze. Potem płowieją i zanikają nawet ich imiona, ich nazwy, i pamięć o nich przechowują jedynie stare encyklopedie i słowniki. Ich śmierć nigdy nie bywa tragiczna i spektakularna – po prostu rozpływają się powoli w gęstniejącej ciszy wieków. Prawie nikt o nich nie pamięta i nikt za nimi nie tęskni. Czy myślałaś kiedyś, ile przedmiotów znikło już z twego krótkiego życia? Ja czasem myślę o amforze.   

Słabo rozwinięta sieć dróg w Galii w pierwszych wiekach naszej ery, a raczej niemal całkowity ich brak, spowodowały, że antyczne amfory, którymi transportowano wino przez tysiące lat, przestały być użyteczne. W nowych warunkach okazały się być stanowczo zbyt delikatne i kruche. Wtedy to Celtowie zaczęli z powodzeniem używać do przechowywania i transportu, nie tylko zresztą wina, ale i dziesiątków innych towarów, beczek z drewna sosnowego. Po roku 400 n.e. ich zastosowanie stało się już tak powszechne, że całkowicie wyparły amfory. W ten prozaiczny sposób piękna antyczna amfora, najpopularniejsza i wielce zasłużona metoda transportu towarów przez tysiąclecia, odchodzi powoli w zapomnienie. I jest to również punkt zwrotny w historii wina – materiał w którym fermentowały, leżakowały i w którym następnie je transportowano, czyli glina, zostaje zastąpiona drewnem. I trwa to do momentu pojawienia się pierwszej szklanej butelki, czyli do końca XVII wieku.

Globalizacja

Chmurne wczesne popołudnie, restauracja niemal pusta, tylko czterech młodych mężczyzn przy sąsiednim stoliku. Ubrani według wszelkich zaleceń ekologicznej mody, czyli niechlujnie i workowato, przepisowo nieogoleni, o szarych twarzach przypominających zmięte papierowe torby. Jeden z nich krzykliwie i z dumą, jakby była to jego własna zasługa, peroruje o naszej „największej cywilizacyjnej zdobyczy”, czyli globalizacji. Twierdzi, że jest to dokonanie, którego w dziejach jeszcze nie było. Koledzy przytakują skwapliwie, tak, tak, to wielka sprawa, kufle z piwem wzlatują do toastu. Mógłbym się założyć, że każdy z nich prenumeruje Przegląd Ekologiczny i z dreszczykiem emocji czyta miesięczny serwis na temat najnowszych metod sortowania śmieci. Pokolenie milusińskich trzydziestolatków, wychowanych na kaszkach BoboVita, przekonanych, że świat zaczął się jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Ale globalizację, jak wiele, wiele innych rzeczy, już graliśmy w tym teatrze. Dokonali tego Rzymianie – już wtedy te same monety funkcjonowały we wszystkich krajach imperium, obowiązywał ten sam system prawny, ten sam styl życia, takie same rozwiązania urbanistyczne, środki transportu, ten sam język, z równouprawnioną greką na Wschodzie, to samo wino można było zamówić w gospodzie w egipskiej Aleksandrii jak i w Londynie, obowiązywała ta sama moda, te same zasady higieny, te same przepisy, śmiano się z tych samych dowcipów, oglądano te same sztuki teatralne i można było swobodnie i bezpiecznie, bez paszportów i wiz, podróżować z jednego krańca Imperium na drugi. Rzymskie drogi miały łączną długość ponad 80 000 kilometrów. Ich drogami można byłoby więc opasać Ziemię dwukrotnie, bo długość równika tylko nieznacznie przekracza połowę tej odległości. Przy drogach istniała cała sieć zajazdów, moteli, gdzie można było przespać się i zjeść. W rzymskim zglobalizowanym świecie nie znano rasizmu, niemal wszyscy umieli czytać i pisać, co nie powtórzy się potem przez wiele kolejnych stuleci, aż do początków epoki współczesnej, każdy i w każdym miejscu mógł mówić dowolnym językiem i kultywować swoje tradycje, stroić się i przyozdabiać jak chciał oraz czcić bogów, jakich sobie życzył, bowiem w imperium panowała wolność wyznania. Globalizacja już była. Wiemy nawet, jak się to skończyło.