Kiedy ten wszedł do miasta z całym wojskiem, udał się najpierw do świątyni, złożył wiele hekatomb w ofierze i ołtarze obsypał hojnie kadzidłem. Stamtąd pospieszył do grobowca Aleksandra i zdjąwszy płaszcz purpurowy, jaki nosił, pierścienie z drogimi kamieniami, pas i wszystko, co miał na sobie kosztownego, złożył to na trumnie Aleksandra – odnotował Herodian. Opis dotyczy wizyty w Aleksandrii cesarza Karakalli, który przybył tam w 216 roku. I jest to ostatnia wiadomość ze starożytności na temat tego wciąż nieodkrytego grobu. Od tego momentu urywa się wszelka w miarę pewna wiedza o lokalizacji grobowca. Późniejsze relacje na ten temat są fragmentaryczne i często sprzeczne. Jako ostatni wspomina o nim angielski poeta, podróżnik i tłumacz, Georg Sandys w The Relation of a Journey, pracy wydanej na początku siedemnastego wieku, choć historycy twierdzą, że zawarty w niej opis jest tylko powtórzeniem wcześniejszej relacji, pochodzącej z kroniki arabskiego kronikarza Leona Afrykańczyka. Swoistym paradoksem w tej sprawie jest to, że chociaż znamy już dość dobrze topografię antycznej Aleksandrii, wiemy, gdzie znajdowała się Biblioteka, Serapeum, pałace Ptolemeuszy, znamy nazwy starożytnych dzielnic, rozkład ulic i położenie świątyń, to o miejscu pochówku Aleksandra wciąż nic nie wiemy. Grób Aleksandra i grobowiec Kleopatry, dwa najbardziej kultowe miejsca antyku, zlokalizowane w tym samym mieście, ulotniły się tak doszczętnie, że – posługując się słowami Lukana – Etiam periere ruinae, znikły nawet ruiny. Nie ma po nich ani śladu, prawie jak z całej Aleksandrii hellenistycznej. Leonard Woolley, archeolog angielski, napisał w pracy W poszukiwaniu przeszłości, że „wszystkie starożytne miasta powinny być zasypane popiołem przez jakiś pobliski wulkan. Badacz terenowy z zazdrością przygląda się w Pompei wspaniale zachowanym budowlom, nienaruszonym aż do drugiego piętra domom, freskom ściennym i umeblowaniu obiektów mieszkalnych, zachowanych w takim stanie, w jakim porzucili je uciekający przed niebezpieczeństwem mieszkańcy”. Aleksandria miała pecha. W jej pobliżu nie było żadnych wulkanów. Były za to gigantyczne tsunami, trzęsienia ziemi i powtarzające się przez wieki, równie katastrofalne w skutkach, paroksyzmy ludzkiej nienawiści – wpierw zainicjowane przez dekrety teodozjańskie niszczenie budowli i posągów „pogańskich”, potem równie niszczycielskie zapędy wyznawców Allaha.
Tag: tsunami
Tsunami w Aleksandrii
Ammianus Marcellinus opisuje tsunami, które spustoszyło Aleksandrię. Według niego miało to miejsce 21 lipca 365 roku, podczas pierwszego konsulatu Walentyniana I i Walensa. Morze najpierw cofnęło się, aby następnie olbrzymią i wysoką falą zalać ląd. Doprowadziło to do zniszczenia wielu budowli w mieście, śmierć poniosło tysiące ludzi. Po opadnięciu wezbranej wody ulice Aleksandrii przedstawiały przerażający widok: stosy ciał utopionych ludzi, zniszczone statki, niektóre osiadłe nawet na dachach budowli. Wiele z nich znajdowano nawet w głębi lądu, w odległości 2 mil od brzegu.
Podobny opis daje też Sozomenos, choć on datuje to wydarzenie na okres panowania Juliana Apostaty. Także i w jego relacji morze najpierw cofnęło się, a następnie gwałtownie wezbrało, zmieniając swoje granice i wdzierając się głęboko w głąb lądu. Wspomina również o statkach, które morze „zacumowało” na dachach nawet wysokich domów. Opis z całą pewnością dotyczy tego samego wydarzenia, choć Sozomenos – dla efektu retorycznego, a może głównie apologetycznego – przeniósł je na okres panowania cesarza Juliana, znienawidzonego przez chrześcijan. Niektórzy badacze uważają, że w czasie tego kataklizmu musiało też dojść do zniszczenia grobowca Aleksandra Wielkiego. W żadnym z tych opisów nie ma natomiast najmniejszej wzmianki o zniszczeniach w Bibliotece Aleksandryjskiej, choć – uwzględniając jej położenie – wydaje się to bardziej niż prawdopodobne. Nie ulega wątpliwości wszakże, że Bibliotekę nadgryzały nie tylko liczne wojny i zamieszki religijne, ale również żywioły naturalne i że one także mają spory udział w jej ostatecznym upadku.
Faros
Wszystko zaczęło się od absolutnie irracjonalnej decyzji Aleksandra Wielkiego. Po podboju Egiptu postanowił zbudować miasto, które będzie potem nosić jego imię. I wybrał w tym celu dziwne miejsce. Wybrzeże Delty Nilu jest mało gościnne. Jest płaskie i pozbawione zatok. Jedyna grecka kolonia w tym kraju, Naukratis, znajdowała się siedemdziesiąt kilometrów od morza, nad zachodnią odnogą Nilu. Przy jej ujściu leżało miasto Kanopos, według greckich mitów założone przez Menelaosa, który podczas powrotu spod Troi stracił na tym wybrzeżu nawigatora jednego ze swoich okrętów, właśnie Kanoposa. Tu, mając za osłonę niewielki przylądek, można było zdaniem znawców planować budowę miasta. Jedynym pobliskim portem było Peluzjum, położone na przeciwległym, wschodnim krańcu Delty. Aleksander jednak pominął Kanopos i ignorując logikę i zdrowy rozsądek nakazał założenie miasta z dala od życiodajnej rzeki. Nie dowiemy się nigdy, co nim powodowało, ale decyzja była genialna – osadzanie się piasku i mułu rzecznego spowodowało, że po wiekach odnoga kanopijska zanikła, w ogóle przestała istnieć. Przyjmijmy więc, że tym, co zachwyciło Aleksandra była mała, niepozorna wysepka Faros. Kazał ją połączyć z lądem stałym przez potężne molo o długości 7 stadiów – około 1,5 kilometra – przez co zostało nazwane Heptastadionem. Po obu stronach Heptastadionu powstały dwa porty morskie, a dalej, na wąskim paśmie piasku i białych skał wapiennych zaczęło rozrastać się miasto, Aleksandria. Przez długie wieki jej wizytówką był jeden z cudów starożytnego świata, budowla, która przetrwała i działała 1300 lat. Latarnia w Faros. Zbudowana na polecenie Ptolemeusza I. Za architekta, projektodawcę i wykonawcę uznaje się Sostratosa, o czym ma świadczyć zachowana, pierwotnie ukryta pod tynkiem, wyryta w kamieniu inskrypcja: Sostratos, syn Deksyfanesa, poświęcił tę budowlę bogom ocalenia, w imieniu wszystkich tych, którzy żeglują po morzach. Niektórzy skłonni są podejrzewać, że architekt umieścił ten przekaz, wzorem budowniczych egipskich piramid, w tajemnicy przed królem. Brzmi to sensacyjnie, ale z prawdą raczej nie ma wiele wspólnego. Zdecydowanie nie te czasy i nie ten faraon, a przede wszystkim nie ta osoba – Sostratos nie był żadnym anonimowym architektem, ani niewolnikiem, który potrzebował przechytrzać swego władcę. Pochodził z Knidos, położonego w Karii na wybrzeżu Azji Mniejszej, w sąsiedztwie wyspy Kos. Interesujące jest to, że według Strabona miasto składało się z części reprezentacyjnej, leżącej na wyspie, połączonej z dzielnicami leżącymi na lądzie stałym … długim molem. Czyżby Knidyjski Heptastadion? Aleksandria mogła więc przypominać Sostratosowi jego miasto rodzinne. W każdym bądź razie Sostratos był powszechnie znany, ceniony i bogaty, przynależał do ścisłego grona przyjaciół i doradców Ptolemeusza i z całą pewnością sam wniósł, być może nawet znaczny, wkład finansowy w ten projekt. Strabon wspomina o nim jako o przyjacielu królewskim, a epigramatyk Posejdippos, który zwiedzał latarnię w parę lat po jej zbudowaniu, w jej poetyckim opisie mówi wyraźnie, że wzniósł ją Sostratos Knidyjczyk, syn Deksyfanesa. Był też Sostratos znakomitym dyplomatą i to jemu właśnie zawdzięczał Ptolemeusz bardzo w tamtym okresie potrzebny Egiptowi pokój z Antygonem Gonatasem. Miał również inne zasługi i zapewne nie bez powodu wyrocznia w Delfach, w tamtym okresie może już mniej znacząca, ale wciąż jeszcze sławna, uczyniła go swoim proksenosem, czyli oficjalnym przedstawicielem w Aleksandrii. Autorem pogłoski o chytrym podstępie twórcy Faros jest prawdopodobnie Lukian z Samosaty, pisarz dowcipny, czasem prześmiewczy, zwykle sardoniczny.
Budowa latarni trwała ok. 14-20 lat, a uroczyste otwarcie odbyło się w 279 p.n.e. Miała kształt graniastosłupa, na którym ustawiono węższy graniastosłup sześcioboczny, a ponad nim część cylindryczną. Wszystko zdobiły okładziny z marmuru i posągi delfinów z brązu. Na szczyt zaś prowadziła spiralna pochylnia. Większość historyków jest zgodna co do tego, że wewnątrz prawdopodobnie zainstalowane były dźwigi do transportu opału. Wieńczył ją ogromny posąg boga Heliosa, a u wejścia stały dwie kolosalne figury przedstawiające Ptolemeusza I i jego żonę, Berenikę – odnalezione w czasie podmorskich wykopalisk w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Latarnia w Faros była jednak czymś więcej niż tylko latarnią – na jej 120 metrach wysokości, co odpowiadałoby dzisiejszym 40 piętrom, znajdowały się także mieszkania pracowników obsługi, konserwatorów, personelu administracyjnego, strażników. Była też więc domem, domem dla dziesiątków, może setek ludzi. Światło z niej widoczne było z odległości około 50 kilometrów. To optimum, odległość maksymalna przy jej 120 metrach – zakrzywienie powierzchni Ziemi nie pozwala z większego dystansu dojrzeć świateł latarni o tej wysokości. Dzieło Sostratosa budziło podziw, trwało, ratowało życie, wskazywało drogę przez 1300 lat. Nadgryzły ją, a potem ostatecznie zrujnowały potężne trzęsienia ziemi. Pierwsze, z epicentrum na Krecie, przyszło o świcie 8 sierpnia 1303. Miało co najmniej 8 stopni w skali Richtera, co dla wszystkich, którzy znają tę skalę podpowiada ogromne zniszczenia. Kreta ucierpiała bardzo mocno, a przede wszystkim Heraklion, ówczesna Candia, które zostało zrównane z ziemią, ale trzęsienie było odczuwalne również na odległym Peloponezie, na Rodos, w Antiochii, na Cyprze, a nawet w oddalonym o tysiąc kilometrów Konstantynopolu. Spowodowało też dziewięciometrową falę tsunami, która zniszczyła większość murów miejskich Aleksandrii, wiele stojących w porcie statków wyrzuciła na ponad trzy kilometry w głąb lądu, podmyła setki budowli i uśmierciła tysiące ludzi. Latarnia przetrwała, ale dokładnie w dwadzieścia lat później przyszło kolejne trzęsienie ziemi i potem jeszcze jedno, w 1375 roku, i dopiero to ostatecznie pokonało tę dumną wieżę. Po trzecim ciosie pozostały z niej jedynie gruzy, których potem użyto do budowy fortu. Trwała jednak budząc podziw ponad 1300 lat. To długi czas. To cała wieczność. Niewiele budowli dostąpiło takiego zaszczytu.
Longobardowie
W szóstym czy siódmym wieku naszej ery germańsko-skandynawskie plemiona Longobardów przeprawiły się przez Bałtyk, zawędrowały w dorzecze Wisły, przesuwając się na południe doszły do okolic mniej więcej dzisiejszego Krakowa, niszcząc wszystko, co stało na ich drodze. Nabrawszy sił ruszyli dalej, w końcu podbijając nawet Italię. W 1650 roku potomkowie Longobardów, czyli Szwedzi, ponownie pojawili się na ziemiach polskich, a efekty ich kilkuletniego „pobytu” w Polsce dałoby się porównać jedynie z niewyobrażalnym tsunami.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.