Nogi Bońka

„Prezydent Polski dzisiaj może być wybrany głosami ludzi środowiska wiejskiego, głosami emerytów i ludzi z podstawowym wykształceniem. To chyba trochę dziwne w tak pięknym i rozwijającym się kraju jak nasza Polska” – wyznał dzisiaj, już w dzień po pierwszej turze wyborów prezydenckich, szef polskiego futbolu Zbigniew Boniek.

Komentarz jest zbyteczny, ale interesujące byłoby otrzymać od p. Bońka odpowiedź na dwa pytania: 1/ czyimi głosami miałby według niego być wybierany Prezydent Polski i skąd tyle pogardy dla ludzi ze wsi, emerytów i ludzi z wykształceniem podstawowym? 2/ za kogo to uważa się Zbigniew Boniek – za intelektualistę? arystokratę? naukowca? wybitnego specjalistę do zagadnień społecznych? filozofa? za kogo uważa się człowiek, którego najważniejszym, jeśli nie jedynym, „intelektualnym” atutem były, i wygląda na to, że wciąż są, jego nogi? Polska musi być krajem wybitnej tolerancji, jeżeli ludzie, którzy bezpodstawnie uważają się za lepszych, mogą bezkarnie wygłaszać takie opinie. Przekonanie o cudzej niższości budzi i usprawiedliwia pogardę, poczucie, że w stosunku do owej niższej jednostki czy też grupy wszystko wolno i wszystko jest dozwolone. To diametralnie różna postawa od tej, gdy żywimy przekonanie, że to my jesteśmy lepsi, niż przekonanie, że inni są gorsi. W pierwszym przypadku, aby być w zgodzie ze swoimi poglądami, musimy się starać wciąż na nowo udowadniać, że to my jesteśmy lepsi, absolutnie nie dbając o to, że inni mogą być gorsi. W drugim natomiast budujemy samych siebie starając się udowodnić, że inni są gorsi i bezwartościowi. Przekonanie o własnej wyższości, powołaniu, nakłada liczne i uciążliwe obowiązki. Nie ma takich obowiązków, gdy się innymi gardzi i uważa za ludzi niższej kategorii. Pierwsza postawa budzi dumę. Druga tylko nienawiść. W pierwszym przypadku mamy imperializm angielski, a w drugim – zwyczajny faszyzm.

Sen L

Człowiek jest bogiem, gdy śni i tylko żebrakiem, gdy myśli, powiedział Fredrich Hölderlin. L. przysłała mi swój sen: Lato, byłam na wsi, krajobraz całkiem jak z dzieciństwa, gdy boso biegałam po nagrzanym piasku. Od tego wiejskiego obrazu, skąpanego w słońcu, odciągnęła mnie świetlista sylwetka młodej dziewczyny z białym warkoczem sięgającym aż do ziemi. Krzątała się żwawo przy pobliskim płocie, podlewając kwiaty. Przyglądałam się jej jak urzeczona, nie mogłam oderwać od niej wzroku, a kiedy zbliżyła się do mnie, nagle pojawiły się przede mną trzy wielkie słoje z wodą, w których unosiły się wolno płatki róż. Dziewczyna pochyliła się nad wodę i zaczęła witać się i radośnie wypowiadać słowa pełne pieszczot i miłości. Płatki róż odpowiedziały na jej słowa, tańcząc coraz żwawiej, i ułożyły się w przepiękny uśmiech. W chwilę potem ujrzałam w wodzie moje własne stopy. Słoje zamieniły się teraz w wielkie szklane miednice, a płatki róż przybrały inny kształt, twarz cherubina. Tuż obok ujrzałam starą ikonę przedstawiającą Chrystusa. Wpatrywałam się wodę i ikonę i wtedy otworzyłam oczy. Była godzina 4.40.