O pewnej potrzebie

Z wywiadu ze Stanisławem Lemem:  Ja bardzo często źle śpię. A kiedy się budzę w nocy, siadam przed telewizorem i skacząc po programach satelity próbuję znaleźć coś mniej brutalnego. Prawie nie ma takiej nocy, kiedy by mi się udało ominąć zbrodnie, zbiorowe paniki, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, rozmaite mniej czy bardziej współczesne Pompeje i Troje. Ta powszechna potrzeba zbrodni, dzikości, przyglądania się cierpieniu jest mocno deprymująca.

Skłonność jest naturalna, ale kultura potrafi ją temperować albo wzmacniać. Ja gotów jestem zapłacić, żeby nie oglądać rozcinania dziewczyny piłą tarczową, a ludzie dość masowo płacą, żeby to zobaczyć. Gdyby było inaczej, nikt by takich idiotyzmów nie produkował. Chce pan powiedzieć, że to zboczeńcy? Czy w takim razie jesteśmy gatunkiem zboczeńców? Bo przecież horror i gwałt zdecydowanie dominują w masowej kulturze. Nie, proszę pana! To jest nasza gatunkowa norma napędzana dwudziestowieczną permisywnością. „Chcesz popatrzeć? Twoje prawo!” Dawniej tego nie było, bo nie było kina ani telewizji.

Były za to inne wspaniałe, a dziś zakazane, rozrywki. Ludzie szli pół dnia po mrozie, żeby tylko zobaczyć widowisko polegające na obcinaniu komuś głowy, łamaniu kołem albo paleniu żywcem, nie mówiąc już o niesłychanie rozrywkowym rozszarpywaniu przez lwy, które gwarantowało frekwencję w rzymskim Koloseum. Dziś, kiedy prawo pozbawiło ludzi takich uciech, media zapełniają tę bolesną lukę.

Ratujmy Planetę

Nie znam większej arogancji niż powszechny dziś slogan „Ratujmy Planetę”. A najbardziej zdumiewające jest to, że zarażono tym idiotyzmem istoty, które ledwo zdołają uratować się od jednej wypłaty do następnej. Rozumiem, że może to propagować Bill Gates, facet, który zarobił i zarabia wciąż nienormalne pieniędzy i chciałby sobie pożyć długo, wygodnie i w wiecznym zdrowiu. Ale my? Ratujmy planetę?! Jeszcze nie nauczyliśmy się dbać o nas samych i naszą przyszłość, a mamy zająć się Planetą? Planeta zresztą ma się dobrze. Być może nigdy nie miała się tak dobrze. To my jesteśmy zagrożeni. Ona istnieje od 4.5 miliarda lat, może od 5-ciu. My może zaledwie od 200 tysięcy lat. I skąd ta niewyobrażalna czelność, by sądzić, że jesteśmy dla niej jakimś zagrożeniem? Ta Planeta poradziła sobie ze znacznie bardziej niebezpiecznymi zjawiskami niż istota bezpióra dwunoga, czyli my. Trzęsienia ziemi, wulkany, wędrówki płyt tektonicznych, rozbłyski na Słońcu, odwrócenie biegunów magnetycznych, miliardy lat bombardowania asteroidami, globalne powodzie, fale pływowe, globalne pożary, promieniowanie kosmiczne, okresowe epoki lodowcowe – a nam wydaje się, że plastikowe torebki i aluminiowe puszki po piwie zrobią jej jakąś różnicę. Planeta zostanie i wówczas, gdy po nas nie będzie już śladu. Chyba, że w postaci kolorowych plastikowych odpadów. Kolejna eksperymentalna mutacja. Drobne i nic nie znaczące biologiczne doświadczenie. Ewolucyjny żart. Planeta strzepnie nas jak pies strzepuje pchły. Chcecie wiedzieć, jak naprawdę ma się nasza Planeta, ta stara, cwana i wytrawna terminatorka? Zapytajcie ludzi w Pompejach, zastygłych w pyle wulkanicznym. Oni znają odpowiedź na to pytanie. Zapytajcie ludzi pomordowanych w setkach innych miejsc, pogrzebanych pod tysiącami ton gruzu z trzęsień ziemi, zmiecionych z powierzchni ziemi przez huragany, uduszonych przez tsunami czy wyziewy wulkanów. Zapytajcie ich, czy czują się zagrożeniem dla naszej Planety. Planeta będzie tu przez długi czas po tym, jak nas już nie będzie i uzdrowi się sama; uczyni to łatwo, bo to jest jej zadanie. To samokorygujący się system. Woda i powietrze oczyszczają się, ziemia odnawia. A jeśli to prawda, że plastik nie rozkłada się, Planeta włączy plastik do swego gospodarstwa. Może będzie to nasz dar dla niej. Wreszcie coś, czego sama nie wymyśliła, do czego sama nie była zdolna. Planeta wzbogacona o plastyk. Zresztą, może to jest powód, prawdziwy powód naszego istnienia? Być może Ziemia dla jakichś przyszłych celów potrzebowała trochę plastiku i nie wiedziała jak go wyprodukować? Wyprodukowała więc najpierw nas. Ot, i cały sens istnienia nad którym przez całe wieki tabuny filozofów łamały sobie swoje zakute pały. Après nous, le déluge, jak mawiała mądra markiza, która pewnie czytała starożytne epigramy Stratona z Sardes, który już 150 lat przed naszą erą wołał: Pij i kochaj! Po śmierci niech moje kości potop pochłonie!