O spektaklach

Samuel Pepys, autor Dzienników zanotował pod datą 13 października 1660: Poszedłem na Charing Cross zobaczyć, jak wieszano, włóczono i ćwiartowano generała-majora Harrisona; podczas egzekucji wyglądał tak wesoło, jak tylko można wyglądać w podobnym położeniu. Jego głowa i serce zostały pokazane ludowi przy wielkich okrzykach radości. Przed śmiercią miał jakoby powiedzieć, że wie pewnie, iż zasiądzie wnet po prawicy Chrystusa, aby sądził tych, którzy go ninie sądzą.                                                                                                                                                                                       

Samuel Pepys jest człowiekiem światłym, oczytanym i dobrze sytuowanym. Należy do elity swego czasu. Chętnie i często chodzi do teatru. Teatr jest widowiskiem. Tak samo chętnie śpieszy również na wszystkie publiczne egzekucje, wytrwale znosząc towarzyszący temu ścisk i tłok. W innym zapisie opowiada, że w dniu egzekucji nijakiego Turnera tłum był tak gęsty i nieprzebrany, że ledwo udało mu się dostać za szylinga miejsce na kole wozu i stałem tak, umęczony, przeszło godzinę, zanim egzekucja się odbyła. Skazany odwlekał czas mowami i modłami, w nadziei, że w ostatniej chwili będzie ułaskawiony, ale nic takiego się nie okazało i powieszono go. Egzekucje również są widowiskiem. W wieku XVI i XVII normy teatralne przenikają do codziennych zachowań. Ocenia się grę aktorów, Pepys wystawia im recenzje po każdej wizycie w teatrze, tak samo ocenia się występ skazańców – ich mowy pożegnalne stają się ich przywilejem, a co ciekawsze z nich wydaje się nawet drukiem. Są czytane i komentowane. Skazaniec wie, że nie ocali życia, ale może dać dobry spektakl. Będzie podziwiany i pamiętany. I większość stara się jak najlepiej zagrać tę rolę. W XVII wieku skazańcy z powodzeniem konkurowali z aktorami.

Paryż

Spróbuj sobie wyobrazić, że w Paryżu z początku siedemnastego wieku, zamieszkałym wtedy przez półtora miliona mieszkańców, funkcjonowało zaledwie 30 studzien. Miasto nie miało także kanalizacji i wszystkie nieczystości, odpady i fekalia lądowały prosto na ulicach. Brud i ścieki musiały sięgać kostek i zapewne nie jest to obraz przesadzony. Wielu podróżnych z tamtych czasów wyczuwało bliskość wielkiego miasta nie z powodu dobiegającego ich gwaru, lecz z powodu atakującego ich nozdrza smrodu – wspomina o tym J. Huizinga w znakomitej pracy „Jesień średniowiecza”. Ówczesne miasta śmierdziały niczym wielka, otwarta kloaka. Spacer po mieście, co z takim upodobaniem uprawiamy dzisiaj w naszych podobno „straszliwie” wprost zanieczyszczonych miastach, nie wchodził w rachubę. W tamtych przedindustrialnych i ekologicznych czasach byłoby to przedsięwzięcie wysoce przykre i ryzykowne.