Niemieckie capriccios

Ernst Jünger, niemiecki pisarz, nacjonalista, w czasie II wojny światowej oficer Wehrmachtu, stacjonował głównie w Paryżu, obracając się wśród paryskich sfer intelektualnych, ale pilnie odnotowywał również relacje swoich przyjaciół z ich przeżyć na froncie wschodnim. W jednej z nich (określa je, a jakże, eleganckim słowem capriccios) opisuje zimę na wschodnim froncie: „Na drogach dowozu widzi się trupy, po których przejechały tysiące czołgów, zgniatając je w końcu na cienką blachę. Maszeruje się po nich jak po kalkomanii albo po sylwetkach, których odbicie widać w lśniącej, lodowatej głębi nawierzchni”.

Nie jest to metafora. Przed wielu laty, czytając zapiski jakiegoś anonimowego niemieckiego żołnierza, wynotowałem zdanie: „zlodowaciałe drogi pokryte gdzieniegdzie lekką warstewką śniegu, spod którego przebijały spłaszczone, zwalcowane przez gąsienice ciężkich pojazdów sylwetki ludzi, niczym pokracznie zdeformowane owady uwięzione w mroźnym bursztynie”.

Kim jesteśmy, jeżeli ujrzawszy takie „capriccios” możemy jeszcze potem żyć, pić wino, wierzyć w Boga, płodzić dzieci? Czy nie ma takiego doświadczenia, które nas unicestwia ostatecznie i nieodwołalnie? Czy nie ma takiej granicy poza którą nie istnieje już nie tylko normalne, ale jakiekolwiek życie?

Nie tylko o żołnierzu

Nie chciałbym być żołnierzem na polskiej granicy. Z jednej strony obcy atakują cię nożami, z drugiej swoi plują ci w twarz. I, co gorsza, i jedni i drudzy mogą czynić to bezkarnie. Wygląda na to, że i Polska, bezmyślnie naśladując Zachód, zajmuje się przede wszystkim szukaniem sposobów podważenia swoich fundamentów. I to może się, niestety, udać. Prawo Murphy’ego głosi co prawda, że „jeżeli coś może się nie udać – nie uda się na pewno”, ale inne z jego praw mówi, że jeżeli coś jest wystarczająco niedorzeczne lub głupie, uda się na pewno. A tak jest właśnie w tym przypadku.

Amputacja

Józef Jaszowski, „Pamiętnik dowódcy rakietników konnych”, o scenie zaobserwowanej podczas bitwy pod Małym Jarosławcem w czasie kampanii rosyjskiej 24 października 1812 roku: Widziałem tam, raz w życiu, rzadkie zdarzenie, że żołnierzowi, któremu kartacz niżej kolana nogą przestrzelił, chirurgowie pułkowi zaraz nogę pod ogniem nieprzyjacielskim za frontem odjęli, a ten nieszczęśliwy z konia nawet nie zsiadywał, bo mu powiedzieli, że tak będzie sporzej; po czym obaj jego koledzy, trzymając go za barki, omdlałego, konno do ambulansów odprowadzili.