Biblioteka wg Eco

W eseju „O Bibliotece” Umberto Eco przedstawił, ironiczny i złośliwy, wzorzec „złej biblioteki” – biblioteki, jaką nigdy nie powinna być. Według niego biblioteka taka musi być prawdziwym koszmarem i to najlepiej położonym tam, gdzie nikomu nie po drodze, gdzie dotarcie jest tak trudne, że myśl o tym zniechęca nawet najpilniejsze książkowe mole. W takiej bibliotece czas między zamówieniem a dostarczeniem książki winien ocierać się o wieczność, dostęp do półek powinien być zakazany, wypożyczenie więcej niż jednej pozycji wykluczone i żadnych, nawet najmniejszych ułatwień, żadnych fotokopiarek, czytników, komputerów i innych podobnie zbrodniczych narzędzi, które mogłyby rozbestwić czytelnika sugerując mu, że korzystanie z książek jest czynnością wolną od udręki i mozołu. No, ewentualnie można pozostawić jakiś podstawowy sprzęt, ale koniecznie za opłatą i to w wysokości, która mogłaby zniechęcić nawet Marka Zuckerberga. Godziny otwarcia tego przybytku winny być idealnie zsynchronizowane z godzinami pracy, a picie, jedzenie, lody, psy, parasole czy telefony komórkowe zakazane i obciążone stosownie wysoką karą grzywny. Naturalnie, żadnych toalet i byłoby wysoce wskazane, by personel takiej biblioteki mógł być dotknięty różnymi fizycznymi ułomnościami, najlepiej takimi, które natychmiast rzucają się w oczy.

Biblioteka mojej młodości niemal do złudzenia przypominała złą bibliotekę Eco. Leżała w niewielkim, smutnym miasteczku, w budynku przypominającym barak mieszczący centralę handlu węglem czy hurtownię używanej odzieży. Po przekroczeniu jej progu witała czytelnika długa i wąska lada, magiczna granica, której profani nie mogli przekroczyć pod żadnym pozorem. Półki z książkami znajdowały się po drugiej stronie tej granicy, pilnie strzeżonej przez spasione i niemrawe gorgony, które – w poszukiwaniu żądanych pozycji – znikały tam na długie minuty, całkiem jakby wybrały się na poszukiwanie złotego runa, by najczęściej, w przeciwieństwie do Jazona, pojawić się ponownie z pustymi rękoma, ale za to ze złośliwym uśmieszkiem na twarzach. Jedna z nich była chudym, koszmarnie zgarbionym stworzeniem, szpetnym niczym nimfa Toosa, jednooka matka Polifema, a jej złośliwość oraz pomysłowość w chronieniu książek przed czytelnikami sprawiały, że zasługiwała na jakiś specjalny tytuł albo chociażby osobny rzeczownik. W tej dziedzinie mogłaby śmiało konkurować z Cerberem. Nie było tam oczywiście żadnej toalety, a za picie czy – strach pomyśleć – jedzenie w tym lokalu groziła zapewne kara śmierci przez uduszenie. Na zamówione książki czekało się dłużej niż na Godota i mniej więcej z takim samym skutkiem. Nie było tam żadnych kopiarek, a dwa bardzo wysłużone czytniki, pamiętające zapewne czasy braci Lumière, stały w oczekiwaniu na naprawę w najodleglejszym kącie lady, uginając się pod ciężarem kurzu. By wydrzeć książki z tej biblioteki trzeba było wykazać się niepospolitym sprytem, pomysłowością, odwagą, inteligencją i umiejętnością preparowania wyjątkowo nieprzemakalnych kłamstw. Ta biblioteka przypominała warowną twierdzę, adyton, zakazane, tajemnicze miejsce, tylko dla nielicznych i wybranych, miejsce, które pobudzało wyobraźnię i prowokowało sny.

Biblioteka w mieście, gdzie mieszkam obecnie, doskonale natomiast spełnia sen Umberto Eco o dobrej bibliotece. Jest położona centralnie, w sercu miasta, na skraju królewskiego parku, otwarta w godzinach dogodnych dla wszystkich i jest dla wszystkich, bez względu na wiek, język czy rasę. Jej wnętrza są przestronne i estetyczne, przytulne i wygodne, zapewnia swobodny dostęp do wszystkich półek, katalogów i zbiorów, żadnych ograniczeń i żadnych zastrzeżeń, jest doskonale wyposażona, najnowsze kopiarki, czytniki, komputery, bezpłatny internet, nawet instrumenty muzyczne, wszystkie cuda techniki, dla wszystkich i za darmo. Można tu zjeść obiad czy tylko napić się kawy, przejrzeć gazety, posłuchać wykładów czy prelekcji, brać udział w spotkaniach, posłuchać muzyki, wypożyczyć filmy, a nawet narzędzia, stolarskie, malarskie czy ogrodnicze – jest to biblioteka radosna, czysta, przestronna, wygodna, jasna, przemyślana do ostatniego szczegółu, sprzyjająca pracy, a nawet randkom na które umawiają się tu młodzi ludzie, a personel, zwykle niezauważalny, pojawia się zawsze, gdy potrzebujesz jego pomocy. Jest to biblioteka na miarę człowieka, jak powiedziałby Umberto Eco, i jestem przekonany, że byłby nią zachwycony.

Ja także lubię w niej bywać. Lubię w niej bywać, podobnie jak lubię bywać w ciekawych czy niezwykłych wnętrzach, w oryginalnych kawiarniach czy restauracjach, w gmachu Opery czy w teatrze, ale rzadko tam bywam dla książek. Myśląc o tej bibliotece, nie myślę wcale o książkach i nie kojarzę jej z książkami. Wiele w niej ruchu, życia, aktywności, wiele dzieci, ich śmiechu i krzyków, ich kalosze, kurtki czy szaliki, porozrzucane na granitowej posadzce, zapach ciast, kawy i mielonych kotletów, ale żadnej tajemnicy i żadnej obietnicy spotkania z czymś niezwykłym, zakazanym i wyjątkowym. Lubię więc tam bywać, ale gdy myślę o bibliotece, prawdziwej Bibliotece, wówczas myślę o „złej” bibliotece z czasów mojej młodości. I jestem szczęśliwy, że ją miałem.

Świat bez prywatności

Powiedzieć, że Internet jest pod nadzorem to truizm. Śledzi nas Google, Apple, Facebook, Microsoft i inwigilacja ta staje się wszechobecna. Jesteśmy obserwowani przez cały czas. Jeżeli wypiszę na mojej wyszukiwarce słowo „biurko” za chwilę na kolejnych stronach, nawet jeśli będą to strony porno, zaczną pojawiać się reklamy biurek. Lepiej nie wypisywać słowa „porno”, bo łatwo domyśleć się, co natychmiast zacznie ściekać po ekranie. Żeby było zabawniej, dane te są przechowywane na zawsze, a określenie „na zawsze” nie jest żadną przesadą. Najśmielsze tezy Orwella wydają się w dzisiejszej rzeczywistości nie tyle śmiałe, co po prostu śmieszne. Jest ogromna ilość sposobów śledzenia: Internet, e-mail, telefony komórkowe, system bankowy, przeglądarki internetowe, portale społecznościowe, itd. Firmy zapewniające nam usługi internetowe są z oczywistych powodów zainteresowane śledzeniem nas, a to oznacza, że zachowanie prywatności w Internecie jest praktycznie niemożliwe. Może poza siecią TOR, która istnieje w ukryciu, równolegle do tej „normalnej” i jest podobno niemal stuprocentowo anonimowa i praktycznie niewykrywalna.

Witaj więc w świecie, gdzie Google dokładnie wie, jaki rodzaj pornografii lubisz i zna twoje zainteresowania w wielu wypadkach nieporównywalnie lepiej niż twój współmałżonek, nawet jeżeli żyjecie ze sobą szczęśliwe, zgodnie i długo. Witaj w świecie, który przez twoją komórkę może zlokalizować twoje położenie w każdej chwili i bez wiekszych zachodów. Witaj w świecie schyłku prywatnych rozmów, bo coraz częściej prowadzone są one przez e-mail lub serwisy społecznościowe. Witaj w świecie, gdzie wszystko, co wykonujesz na elektronicznym sprzęcie jest zapisywane, studiowane, analizowane i wędruje od firmy do firmy bez twojej wiedzy i bez twojej zgody. Innymi słowy, witaj w świecie bez odrobiny prywatności.

Ale ten świat bez prywatności dzielnie tworzymy sami. Wszystkie KGB, SB i MI5 czy CIA z tysiącami swoich informatorów nie mogły marzyć o zgromadzeniu takiej masy najbardziej intymnych informacji o naszych poczynaniach, myślach i zamiarach, ile my sami dzień za dniem oferujemy z własnej woli i całkiem nieodpłatnie każdemu, komu przyjdzie chęć zapoznania się z nimi. Inwigilacja jest dziś, jak to określają Anglicy, DIY ( do it yourself ). Nikt nie wyciska z nas zwierzeń o naszych sprawach prywatnych, nikt nas nie zmusza do składania zeznań, nikt nas nawet o to nie pyta, żeby było jeszcze dowcipniej. To my sami sprzedajemy wiedzę o nas samych i mamy nadzieję, że ktoś to kupi. Czy jest jeszcze ktoś, kto nie posiada konta na Facebooku? Mark Zuckerberg wynalazł sposób, by na inwigilowaniu zarabiać, zamiast za nie płacić. Dzisiaj niemal nie opuszczamy tego portalu, jesteśmy tam obecni bez względu na czas i miejsce, w pracy, w domu, na ulicy, w pociągach i autobusach, w toaletach, w kawiarniach i pewnie w łóżku, w dzień i w nocy. Po co? Co za głupie pytanie! Aby cały świat powiadomić o naszych gustach, naszych uprzedzeniach, zamierzeniach, fobiach, sympatiach, antypatiach, o naszych sukcesach i klęskach, poglądach politycznych, o szczęściu i nieszczęściach, o naszych planach i podróżach, wizytach w kinie, u ginekologa czy dentysty, o imionach i wieku naszych dzieci … Należałoby zapytać dlaczego, gdyby nie było to tak oczywiste pytanie. Czy nie dlatego przypadkiem, że świat staje się coraz bardziej anonimowy i my też stajemy się anonimowi i im bardziej jesteśmy anonimowi, tym bardziej chcemy być widziani i słyszani? Czy to znaczy, że sprzedajemy nasze dusze diabłu, jak doktor Faust? Nie. Ta transakcja nie jest tak szlachetna. Przypominamy raczej pewnego szewca z Efezu, który dla wątpliwej sławy spalił Artemizjon.