Termy czy hammam

Wiele rzymskich instytucji budziło pożądanie germańskich najeźdźców, jednak łaźnie do nich z całą pewnością nie należały. Barbarzyńskim ideałem była kąpiel w zimnym strumieniu, nie mająca wiele wspólnego z higieną. Ze wszystkich relacji, które przetrwały z tamtych czasów wynika, że Germanie śmierdzieli, śmierdzieli odrażająco, zwłaszcza, że do fryzowania włosów z upodobaniem używali zjełczałego masła. Po upadku Rzymu termy, lekceważone przez germańskich zdobywców i potępiane przez chrześcijan, szybko więc popadły w ruinę i w końcu – przynajmniej w Europie Zachodniej – zostały całkowicie zapomniane. Przetrwały jedynie we wschodniej części Cesarstwa. Wiemy, że jeszcze w VI wieku Aleksandria wydawała niemal jedną trzecią swego rocznego budżetu na ich ogrzewanie. Natomiast w rejonach ścierania się wpływów chrześcijańskich, rzymskich i islamskich, termy przekształciły się w rzymsko-arabską hybrydę: znikł teren do ćwiczeń, a miejsce frigidarium zajęło pomieszczenie do towarzyskich spotkań, dając miejsce czemuś, co stanowiło skrzyżowanie szatni z salonem. I właśnie ta hybryda, zaadaptowana przez Turków, przybyszy z Azji Środkowej, którzy natrafili na nią w miastach bizantyjskich Azji Mniejszej oraz w Egipcie i Syrii, przekształciła się z wolna w hammam, okaleczoną wersję rzymskich term, z czasem zyskując w Europie dumne miano łaźni tureckiej. W świadomości większości Europejczyków do dzisiaj zresztą pokutuje błędne przekonanie, że to Turcy, najeźdźcy z  terenów położonych gdzieś między Morzem Kaspijskim na zachodzie a Chinami na wschodzie, z regionów suchych i bezleśnych stepów, obdarzyli nas dobrodziejstwem łaźni podczas, gdy jedyną ich zasługą było to, że zawłaszczyli starorzymskie termy. Ale mimo wszystko jest to zasługa, bowiem w ten nieco ironiczny sposób po stuleciach powróciła do Europy stara rzymska tradycja mycia się i higieny.

Tsunami w Aleksandrii

Ammianus Marcellinus opisuje tsunami, które spustoszyło Aleksandrię. Według niego miało to miejsce 21 lipca 365 roku, podczas pierwszego konsulatu Walentyniana I i Walensa. Morze najpierw cofnęło się, aby następnie olbrzymią i wysoką falą zalać ląd. Doprowadziło to do zniszczenia wielu budowli w mieście, śmierć poniosło tysiące ludzi. Po opadnięciu wezbranej wody ulice Aleksandrii przedstawiały przerażający widok: stosy ciał utopionych ludzi, zniszczone statki, niektóre osiadłe nawet na dachach budowli. Wiele z nich znajdowano nawet w głębi lądu, w odległości 2 mil od brzegu.

Podobny opis daje też Sozomenos, choć on datuje to wydarzenie na okres panowania Juliana Apostaty. Także i w jego relacji morze najpierw cofnęło się, a następnie gwałtownie wezbrało, zmieniając swoje granice i wdzierając się głęboko w głąb lądu. Wspomina również o statkach, które morze „zacumowało” na dachach nawet wysokich domów. Opis z całą pewnością dotyczy tego samego wydarzenia, choć Sozomenos – dla efektu retorycznego, a może głównie apologetycznego – przeniósł je na okres panowania cesarza Juliana, znienawidzonego przez chrześcijan. Niektórzy badacze uważają, że w czasie tego kataklizmu musiało też dojść do zniszczenia grobowca Aleksandra Wielkiego. W żadnym z tych opisów nie ma natomiast najmniejszej wzmianki o zniszczeniach w Bibliotece Aleksandryjskiej, choć – uwzględniając jej położenie – wydaje się to bardziej niż prawdopodobne. Nie ulega wątpliwości wszakże, że Bibliotekę nadgryzały nie tylko liczne wojny i zamieszki religijne, ale również żywioły naturalne i że one także mają spory udział w jej ostatecznym upadku.

Kalendarz

Juliusz Cezar wprowadza swój kalendarz, zwany odtąd juliańskim, 1 stycznia 45 roku p. n. e. Czy jest przypadkiem, że czyni to zaraz po dłuższym pobycie w Aleksandrii, gdzie zapewne miał okazję zapoznania się z nie urzeczywistnionym nigdy projektem Ptolemeusza III, a raczej jego akademików?

Antoniusz i Dionizos

Plutarch, „Żywoty – Antoniusz ”: Tej nocy, jakoś koło północy, kiedy miasto pogrążone było w ciszy i smutku z powodu trwożnego oczekiwania rozwoju wypadków, usłyszano nagle dźwięki muzyczne wszelakich instrumentów, okrzyki tłumu i pełne wesołości tańce satyrowe, jakby przebiegał gdzieś orszak bakchiczny nie bez głośnego hałasu. A szedł ten pochód jakoś przez środek miasta ku bramie prowadzącej na zewnątrz w kierunku nieprzyjaciela. I tam ta wrzawa osiągnąwszy największą moc ucichła. Rozważając bliżej ten znak, uznano go za opuszczanie Antoniusza przez tego boga, któremu zawsze okazywał się najbardziej podobny, najbardziej z nim obcujący.

Konstandinos Kawafis (tłum. Zygmunt Kubiak) ”Bóg opuszcza Antoniusza”:
Jeśli znienacka, o północy usłyszysz,
jak przeciąga niewidzialny orszak
z przedziwną muzyką, śpiewem –
wtedy losu, co w końcu zawiódł cię, trudów,
co poszły na marne, planów, które wszystkie
okazały się pomyłką, nie opłakuj bez sensu.
Jak ktoś od dawna gotów, ktoś odważny,
pożegnaj ją, tę Aleksandrię, która znika.
Przede wszystkim nie łudź się, nie wmawiaj sobie,
że to był tylko sen albo że słuch cię zmylił.
Taką próżną nie poniżaj się nadzieją.
Jak ktoś od dawna gotów, ktoś odważny,
uznany za godnego, by żyć w takim mieście,
podejdź spokojnym krokiem do okna
i ze wzruszeniem, ale nie z błaganiem,
nie ze skargami tchórzów,
słuchaj twojej radości, tych dźwięków,
przedziwnych instrumentów mistycznego pochodu,
i pożegnaj ją, pożegnaj Aleksandrię, którą tracisz.

Barbara Tkaczow, „Aleksandria”: W krótkim okresie między klęską pod Akcjum a wylądowaniem armii Oktawiana w Peluzjum, zanim podeszła ona pod mury Aleksandrii, Kleopatra i Antoniusz założyli tak zwany Związek Żyjących Niezrównanie, rodzaj osobliwego klubu towarzyskiego. Dopuszczeni do niego byli ci z kręgu dworu i wyższych sfer miasta, którzy potrafili się beztrosko bawić i ucztować, prześcigać się w pomysłach coraz to nowych uciech, podczas gdy klęska zbliżała się powoli, ale nieubłagalnie. Ten ostatni etap ich życia był ulubionym motywem literackim i dramatycznym. Jednym z najbardziej poetycznych i posępnych zarazem epizodów z ostatnich dni wolnej Aleksandrii jest przytoczona przez Plutarcha opowieść, jak to w noc przed decydującym starciem z Oktawianem, którego wojska stały już pod murami miasta, Antoniusz bezsennie snujący się po pałacu usłyszał nagle na pustych ulicach kroki licznego orszaku i muzykę – cichnącą z wolna w oddali. Zrozumiał wtedy, że to Dionizos, jego bóg opiekuńczy, opuścił go i czeka go już tylko klęska i śmierć.

Archimedes

Archimedes, jak wielu uczonych, nie był podobno człowiekiem zbyt wylewnym, ale atmosfera Biblioteki Ptolemeuszy w Aleksandrii musiała wywrzeć na nim ogromne wrażenie. Po pobycie tam, w formie podziękowania napisał wiersz, bodaj jedyny wiersz w jego życiu, dedykując go Eratostenesowi, ówczesnemu kierownikowi Biblioteki i pierwszemu filologowi w dziejach. Wiersz, jak można spodziewać się po jednym z największych umysłów starożytności, zawierał bardzo skomplikowane zadanie matematyczne, którego treść nawiązywała do Homera, a dokładniej do sceny, gdy wygłodzeni towarzysze Odysa zabijają na świętej wyspie Trynakia (dosłownie: trójkątna, dzisiejsza Sycylia) zwierzęta ze stad boga Heliosa. Archimedes, uzupełniając Homera, wyjaśnia, że Helios miał cztery stada bydła podzielonego według czterech różnych maści, które możemy oznaczyć jako białe W, w, czarne B, b, żółte Y, y i pstrokate D, d, przy czym duże litery wskazują byki, a małe – krowy. Operując ośmiu niewiadomymi należało odpowiedzieć na pytanie, ile było krów, a ile byków w każdym stadzie. Aby to uczynić, trzeba podobno utworzyć siedem równań, uwzględniwszy przy tym jeszcze dwa dodatkowe, komplikujące sytuację warunki: suma białych i czarnych byków musi być liczbą kwadratową, a suma żółtych i pstrokatych byków musi być liczbą trójkątną (sic!). Dla mnie, u którego najprostsze równanie, choćby z jedną tylko niewiadomą, może wywołać chwilowy zespół Tourette’a i pląsawicę oczu, takie pełne atencji podziękowanie uczonego przypomina podziękowanie pszczoły. Wolałbym zwykłą pocztówkę z Syrakuz.

Miraż

Wyłącznym celem tej instytucji było stworzenie uczonym i twórcom jak najlepszych warunków pracy. Zapewniała im mieszkanie, wyżywienie i stałą pensję, zwalniała ich z podatków i jakichkolwiek świadczeń na rzecz państwa, pozwalając, by cały swój czas mogli poświęcić tylko na pracę badawczą lub twórczość. Nie odrywały ich też od tego żadne obywatelskie obowiązki, nie mieli żadnych trosk materialnych. Mogli zajmować się twórczością przez dwadzieścia cztery godziny na dobę i tak długo, jak sobie tego życzyli – nikt ich nie więził, nikt ich do niczego nie przymuszał. Mogli też opuścić instytucję, kiedy tylko chcieli. Czynili to rzadko, bo życie tam było zbyt fascynujące, aby się go wyrzec. Wykłady, posiedzenia naukowe, często połączone z dyskusją wspólne uczty wszystkich członków, wieczory poetyckie, sympozja literackie, prezentacje naukowe, nowe teorie, najświeższe wiadomości o nowych odkryciach. Wszystkie zasoby tej instytucji, a te były olbrzymie, były do ich pełnej dyspozycji. Biblioteka, specjalnie dla nich powołana do życia, nieustannie pomnażała swoje zbiory. Jej wysłannicy przemierzali cały świat, tropiąc, wyszukując i zdobywając interesujące pozycje, wolni od finansowych ograniczeń. Za prace szczególnie cenne płacili niekiedy wręcz horrendalne sumy, zwykle nie targując się wcale. Władze, aby pomnożyć zbiory biblioteki, posuwały się nawet do tego, by konfiskować podróżnym przybywającym do miasta wszystkie książki: po dokonaniu ekspertyzy zwracano właścicielom tylko to, co nie przedstawiało szczególnej wartości, a rzeczy wartościowe pozostawały w zbiorach Biblioteki – właściciel otrzymywał z powrotem jedynie pięknie sporządzony odpis i ewentualne odszkodowanie, niekiedy bardzo wysokie. Biblioteka zatrudniała całą armię ludzi trudniących się opieką nad książkami, ich produkcją i obsługą. Wznawiano egzemplarze już zniszczone lub uszkodzone, wydawano prace członków instytucji, dzieła współczesnych pisarzy i poetów, prace naukowe, traktaty astronomiczne, rozprawy z zakresu biologii i medycyny. Nigdy wcześniej i długo, długo potem nie produkowano książek tak masowo jak wówczas. W bliskim sąsiedztwie Biblioteki powstały też ogrody: botaniczny i zoologiczny. Zwożono do nich z najdalszych krańców świata rzadkie okazy roślin oraz zwierząt. W osobnych pracowniach przeprowadzano sekcje zwłok zwierzęcych i ludzkich oraz doświadczenia z zakresu fizjologii i biologii. Astronomowie mieli do dyspozycji własne obserwatorium. Siedziba stowarzyszenia położona była w najlepszej dzielnicy, tuż nad morzem. Był to imponujący budynek z salą biesiadną, przeznaczoną na wspólne uczty członków i pokojami pracy; na zewnątrz wabiła ocieniona drzewami aleja przeznaczona do spacerów i kryta kolumnada, w której stały wygodny ławy i stoły, jeżeli ktoś chciał pracować na powietrzu. Wokół roztaczał się ogród pełen wiecznie kwitnących roślin, stały marmurowe posągi, dyskretnie szumiały liczne fontanny.

Science fiction? Marzenie przymierającego głodem pisarza, tworzącego gdzieś na poddaszu starej, zatęchłej kamienicy w odległej dzielnicy Paryża? Sen suchotniczego poety, który za cały majątek ma parę zdartych butów i dziury w płucach i kieszeniach spodni? Nie. To zdarzyło się naprawdę. Jest to jeden z tych cudów świata, który niestety nie znalazł się na liście siedmiu najsłynniejszych cudów starożytności, choć był cudem najprawdziwszym – cudem, który w takim zakresie nie zdołał powtórzyć się już nigdy więcej w naszych dziejach. Mam na myśli Muzeum Aleksandryjskie, słynny Musejon, z jego wspaniałą Wielką Biblioteką, pierwszą w historii instytucję, której celem było krzewienie kultury i wiedzy. Nie wiemy, w którym miejscu współczesnej Aleksandrii było miejsce, gdzie leżała Wielka Biblioteka i gmachy Muzeum. Do dziś nie znaleziono ani jednego kamienia z tych budowli, ale wiemy, że nie były mirażem. Musejon był w moim przekonaniu jedynym prawdziwym cudem naszego świata, cudem, który nie miał prawa zdarzyć się w tamtym czasie i w tamtym miejscu, ale zdarzył się i zaistniał naprawdę. Od tamtej pory nauczyliśmy się wznosić wieże wyższe niż latarnia w Faros, świątynie bardziej imponujące niż Artemizjon, statuy potężniejsze niż Kolos z Rodos i mauzolea, które mogłyby zawstydzić Satyrosa i Pyteosa, ale nikt nie zdołał powtórzyć cudu, jakim był Musejon. Mieliśmy i obecnie mamy multimiliarderów, których indywidualny dochód roczny przewyższa dochód roczny wielu państw. Nikt z nich jednak nie pokusił się o realizację idei choćby podobnej. Ich hojność ogranicza się do ochłapów w postaci jakichś marnych stypendiów, paru groszy na sfinansowanie mniej czy bardziej zbytecznych badań, jakiegoś pseudoprojektu dla biednych, bo rzadko mają oni z tego jakąś korzyść, sfinansowanie operacji dla kalekiego dziecka czy nieco większe dotacje, które mają zaspokoić ich prywatne polityczne czy socjalne ambicje. I każą się potem za to podziwiać, w nowych, coraz wspanialszych jachtach, prywatnych wyspach, imponujących wieżowcach. Żaden z nich nie odważył się nawet pomyśleć tego, co na długo przed naszą erą nie tylko pomyśleli, ale i zrealizowali, z niesłychaną hojnością i rozmachem, greccy władcy Egiptu. Multimiliarderzy naszych czasów, mimo ich ogromnych fortun, w porównaniu z Ptolemeuszami, przypominają zwykłych żebraków. Którymi zresztą są i pozostaną. 

Wino

A kiedy nie ma wina, nie ma też i boskiej
Miłości ani innej pociechy na świecie
– mówi w Bachantkach Eurypides. Wina, antyczne wina. Falerno z Kampanii, massicum z Lacjum, cecubum z wybrzeża Morza Tyreńskiego, calenum, mocne wino z Formiów, zwane też lestrygońskim, wino sabińskie, wina lesbijskie, mocne wino mareockie, pochodzące z okolic Aleksandrii, faworyt Kleopatry, wino surrenckie, białe wina z wyspy Kos, słynne opimian, które nadawało się do picia nawet po 100 latach,  dziesiątki, a może setki innych. Wina słodkie czyli glykos, mocne, prawdopodobnie wytrawne czyli skleros i lekkie wino, też wytrawne, czyli leptos. Oprócz tego dzielono je ze względu na kolor: ciemne (melas), czerwone (erythros), białe (leukos) i złociste (kirros). Starożytne wina różniły się jednak bardzo od obecnych. Często posiadały konsystencję gęstego syropu, dodawano do nich przyprawy korzenne, a głównie miód, bo cukier, fermentując, podnosił zawartość alkoholu. Dzięki temu smakowało lepiej, było znacznie mocniejsze i, przede wszystkim, nie psuło się nawet podczas długiego transportu. Wyższa zawartość alkoholu skutecznie hamowała rozwój mikroorganizmów mogących powodować psucie się wina.

Wino w starożytności to nie tylko sympozja i uczty. Przeciwnie, był to napój codzienny, powszechny, nieodzowny do funkcjonowania. Pili je wszyscy, nawet niewolnicy, choć biedni i niewolnicy musieli zadowolić się winem z drugiego tłoczenia. Katon w jednej ze swych prac pisze, iż niewolnikowi trzeba zapewniać od 7 do 10 kwadrantali wina rocznie, co odpowiada około 180-260 litrom. Rzeczywiste spożycie pewnie jednak znacznie przekraczało tę cyfrę. Horacy używa rzeczownika merum prawdopodobnie na określenie wina czystego, niezmieszanego, ale czyste wino spożywano niezmiernie rzadko. Zimą rozcieńczano je wodą gorącą, a w lecie przeciwnie, lodowatą. W czasie uczt nadzór nad tą ważną czynnością sprawował w Grecji sympozjarcha. Zwykle stosowano proporcje 2-3 części wody na 1 część wina. Za normę względnie przyzwoitą uznawano proporcję 3:1, natomiast stosunek 1:1 zapowiadał już orgię pijacką. Grecy kochali wino, ale odnosili się do niego z szacunkiem – znali jego moc, przyjemność, jaką daje, ale i zgubne skutki, jakie może powodować. Uważali, że wino nierozcieńczone piją – jak to my obecnie czynimy – jedynie barbarzyńcy, ludzie dzicy, niecywilizowani. Gabloty w muzeach greckich uginają się pod ciężarem naczyń związanych z winem. Ojnochoe, służące do nalewania wina, psyktery o wysokiej, cylindrycznej stopie, w korpusie zaokrąglone, z krótką szyjką, kształtem przypominające grzyby, używane do chłodzenia wina czy większe, jak kratery, wypełniane śniegiem lub zimną wodą, choć psykter także mógł być wypełniony śniegiem i umieszczony w wypełnionym winem kraterze. Dalej deinosy, czasem na podstawce i wówczas przypominają lampkę nocną, kyathos o wdzięcznym kształcie przywołującym na myśl filiżankę, choć nieco większy, z wysoko zapętlonym, płaskim paskiem lub owalnym uchwytem, słynne kantarosy z głęboką miską, wysokim cokołem i parą wysoko wychylonych uchwytów, wystających ponad krawędź, kyliksy w kształcie płaskiej czary na nóżce z dwoma poziomymi uchwytami, prastare rytony w kształcie rogu, służące do picia wina przy uroczystych okazjach czy płaskie fiale. Lista naczyń związanych z winem jest długa. Jest to cały nieskończenie bogaty świat, choć oglądając te „skorupy” w muzeach rzadko zdajemy sobie z tego sprawę. Przechodzimy obok nich obojętnie, ledwo raczymy je zauważać, nigdy nie zatrzymujemy się przy nich na dłużej, śpiesząc do rzeźb, klejnotów i zbroi. My, barbarzyńcy, raczący się nierozcieńczonym winem, przyswoiliśmy sobie tylko jedną nazwę. Amfora. Tylko ona zdołała przykleić się do naszej pamięci – starożytna butla do transportu i przechowywania wina, ale i oliwy.

Globalizacja

Chmurne wczesne popołudnie, restauracja niemal pusta, tylko czterech młodych mężczyzn przy sąsiednim stoliku. Ubrani według wszelkich zaleceń ekologicznej mody, czyli niechlujnie i workowato, przepisowo nieogoleni, o szarych twarzach przypominających zmięte papierowe torby. Jeden z nich krzykliwie i z dumą, jakby była to jego własna zasługa, peroruje o naszej „największej cywilizacyjnej zdobyczy”, czyli globalizacji. Twierdzi, że jest to dokonanie, którego w dziejach jeszcze nie było. Koledzy przytakują skwapliwie, tak, tak, to wielka sprawa, kufle z piwem wzlatują do toastu. Mógłbym się założyć, że każdy z nich prenumeruje Przegląd Ekologiczny i z dreszczykiem emocji czyta miesięczny serwis na temat najnowszych metod sortowania śmieci. Pokolenie milusińskich trzydziestolatków, wychowanych na kaszkach BoboVita, przekonanych, że świat zaczął się jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Ale globalizację, jak wiele, wiele innych rzeczy, już graliśmy w tym teatrze. Dokonali tego Rzymianie – już wtedy te same monety funkcjonowały we wszystkich krajach imperium, obowiązywał ten sam system prawny, ten sam styl życia, takie same rozwiązania urbanistyczne, środki transportu, ten sam język, z równouprawnioną greką na Wschodzie, to samo wino można było zamówić w gospodzie w egipskiej Aleksandrii jak i w Londynie, obowiązywała ta sama moda, te same zasady higieny, te same przepisy, śmiano się z tych samych dowcipów, oglądano te same sztuki teatralne i można było swobodnie i bezpiecznie, bez paszportów i wiz, podróżować z jednego krańca Imperium na drugi. Rzymskie drogi miały łączną długość ponad 80 000 kilometrów. Ich drogami można byłoby więc opasać Ziemię dwukrotnie, bo długość równika tylko nieznacznie przekracza połowę tej odległości. Przy drogach istniała cała sieć zajazdów, moteli, gdzie można było przespać się i zjeść. W rzymskim zglobalizowanym świecie nie znano rasizmu, niemal wszyscy umieli czytać i pisać, co nie powtórzy się potem przez wiele kolejnych stuleci, aż do początków epoki współczesnej, każdy i w każdym miejscu mógł mówić dowolnym językiem i kultywować swoje tradycje, stroić się i przyozdabiać jak chciał oraz czcić bogów, jakich sobie życzył, bowiem w imperium panowała wolność wyznania. Globalizacja już była. Wiemy nawet, jak się to skończyło.  

Cold War

Cold War, Pawła Pawlikowskiego. Dobry, dobrze zagrany film z absolutnie mylącym i nieadekwatnym tytułem. Wbrew pozorom nie jest to wcale opowieść o mrocznych czasach zimnej wojny. Ta historia mogła wydarzyć się pod każdym niebem, w każdym ustroju i w każdym czasie. Jest to opowieść o namiętności, o opętaniu, o pięknej, ale i strasznej sile uczuć. Cold War, zimna wojna, tło jest tu całkowicie bez znaczenia. Równie dobrze mógłby to być okres międzywojenny lub Aleksandria Kleopatry i Antoniusza.