Zasada lustra

Lustra nigdy nie służyły do tego, abyśmy mogli zobaczyć siebie takimi, jakimi jesteśmy. Lustra stworzyliśmy po to, abyśmy mogli zobaczyć siebie takimi, jakimi chcielibyśmy być. Stąd zawrotna popularność Instagrama czy Facebooka – wykorzystują zasadę lustra. Pozwalają ludziom widzieć siebie takimi, jakimi chcieliby być.

Nowi władcy

Google, Facebook, Amazon, Saudi Aramco, Coca-Cola, Hennes & Mauritz, Microsoft, teraz Superliga, gigantyczna kumulacja kapitału, powstawanie nowych koncernów-potentatów, to wszystko powinno nam podpowiadać, że wchodzimy w okres w którym politycy będą coraz wyraźniej tracić władzę na rzecz wąskiej grupy ludzi nieprzyzwoicie bogatszych. Decyzje o naszej rzeczywistości już dziś zapadają nie w instytucjach do tego przez nas powołanych, lecz w gabinetach potężnych firm. Politycy wyraźnie przegrywają ten mecz. Co gorsza przegrywają nie z jakimś sprawnie zorganizowanym społeczeństwem obywatelskim, lecz z bardzo wąską grupą ludzi zainteresowanych jedynie ich osobistym zyskiem. Tym samym o kształcie naszego świata zaczynają więc decydować nie ci, którzy zostali przez nas wybrani i do tego powołani, lecz uzurpatorzy nie posiadający żadnej, ale to żadnej demokratycznej legitymizacji. Do tego są oni doskonale anonimowi, a więc i nieosiągalni. Ci ludzie mają już czelność narzucać nam nie tylko swoje interesy, ale i ich okolicznościową mentalność (vide: Hennes & Mauritz, który ostatnio poczuł się na tyle potężny, że ośmielał się dyktować swoje warunki nawet Chinom). Największe niebezpieczeństwo tej sytuacji polega jednak na tym, że polityków zawsze można było wymienić, wymienić oligarchów będzie bardzo trudno, jeżeli w ogóle będzie to możliwe. Społeczeństwo obywatelskie staje się fikcją. Już jest fikcją. Głosowanie i wybory będą wkrótce terminami równie przestarzałymi jak guwernantka i nosiwoda.  

Świeczka i ogarek

Chińczycy dają wyraz swego niezadowolenia bojkotując produkty Hennes & Mauritz AB. Szwedzka firma odzieżowa wyraziła wcześniej „niepokój” z powodu prześladowań ludności w regionie Xinjiang, zamieszkałym głównie przez Ujgurów. Chińczycy w odwecie nawołują do bojkotu firmy i zaczyna to przynosić rezultaty – wielu chińskich artystów oraz organizacji podpisuje się pod tą akcją. I słusznie, moim zdaniem. Daleki jestem od tego, by popierać jakiekolwiek działania Chin, ale i mam już serdecznie dość wszelkiego rodzaju firm, facebooków, amazonów, koncernów i przedsiębiorstw, które arbitralnie próbują uchodzić za sumienie świata i jedynych sprawiedliwych. Jeżeli H&M nie zgadza się z polityką Chin, powinna dać temu wyraz w jednoznaczny sposób, czyli przez wycofanie sieci swoich sklepów z tego kraju, a ma ich tam aż 520. Wszystko inne jest czystą hipokryzją i obłudą – chcą zarabiać i jednocześnie uchodzić za good guys, którzy nigdy i niczym nie poplamili sobie łapek, bo to jest w tej chwili mile widziane w liberalnych kręgach i, co równie ważne, politycznie poprawne.  

Facebook

Uważałem zawsze za przesadzone informacje o rozmiarach donosicielstwa w krajach komunistycznych, w tym także kraju w którym żyłem, w Polsce. Skłonny byłem sądzić, że cyfry na ten temat są wyolbrzymione i podretuszowane. Jednak od czasu, gdy pojawił się Facebook, powszechny, darmowy i dobrowolny system donosicielstwa, nie mam już takich obiekcji. Donosicielstwo jest zdaje się immanentną cechą gatunku homo sapiens. Kochamy donosić, nawet na samych siebie, i wreszcie dostaliśmy stosowny instrument, by móc czynić to otwarcie i bez skrępowania. I bez poczucia winy.

Szczerość

20 listopada w centrum Tbilisi mężczyzna napadł na parabank MBC i z atrapą granatu w ręku uwięził 11 zakładników. Relację z napadu zaaranżował na żywo na Facebooku. Może nie warto byłoby o tym wspominać, gdyby nie bardzo szczególny charakter jego żądań. Mianowicie, domagał się pełnego i kategorycznego zakazu hazardu w całej Gruzji, zmniejszenia oprocentowania kredytów do co wyżej 7 proc. oraz kontroli państwa nad cenami leków. Oryginalność tych żądań polega na tym, że są najboleśniej i najintymniej osobiste i w wydaniu w pełni kolokwialnym brzmiałyby następująco: zlikwidujcie te cholerne automaty do gry, którym w żaden sposób nie potrafię się oprzeć, obniżcie oprocentowanie kredytów, które zaciągnąłem, by móc z przyjemnością i pasją oddawać się grze i zmniejszcie ceny leków bez których, z powodu powstałych przez to problemów psychicznych, nie mogę się już obejść. Przesadna szczerość zawsze ociera się o śmieszność.

Teoria plotki

Przekonuje mnie teoria plotki jako jedna z przyczyn rozwoju naszego języka. Ma ona, bez względu na to, czy prawdziwa czy nie, pewien przekorny wdzięk. Według tej teorii nasz język wyewoluował jako rezultat dzielenia się informacjami o świecie, a więc wykształcił się przy okazji … plotkowania. Rzetelne informacje o środowisku, w którym egzystujemy zawsze były ważne, zarówno dla naszych jaskiniowych praprzodków, by wiedzieć, gdzie można upolować mamuta, jak i dla nas, gdzie można dostać lepsze wynagrodzenie za pracę lub taniej kupić markową odzież. Równie ważne było i wciąż jest wiedzieć, kto kogo w danej grupie nienawidzi czy też faworyzuje, kto z kim sypia, kto jest prawdomówny, kto kłamie, kto kradnie, kto jest wielkoduszny, a kto skąpy, kto może pomóc lub zaszkodzić, kogo należy unikać i z kim należy trzymać. Możliwe, że te drobne z pozoru, niby pozbawione znaczenia, plotkarskie przecieki są ważniejsze niż cokolwiek innego.

Teoria plotki, znajdująca obecnie potwierdzenie w wielu badaniach i coraz poważniej traktowana w świecie naukowym, przekonuje mnie również i dlatego, że nawet dzisiaj lwia część naszej wzajemnej komunikacji nosi wszystkie cechy plotki – nasze rozmowy telefoniczne, facebooki, e-maile, instagramy, sms-y służą w głównej mierze dystrybucji plotek i tylko plotek. Plotkują wszyscy, w każdym środowisku, politycy, dziennikarze, specjaliści od mediów, ekspedientki i kucharze, a prasa i pisma ilustrowane nie tylko kolportują plotki, ale i dobrze z nich żyją. Chętnie więc uwierzę, że nasz język rozwinął się dzięki plotce.

4 myśli

Uczucia są prymarne. Nasza prymitywna epoka, niezdolna do tego, by móc korzystać z rozumu, z konieczności więc musi odwoływać się do uczuć. Bez wyboru.

                                                                        ***

Znalazłem w deklaracji szwedzkich ekologów stwierdzenie, że przyroda i klimat muszą być traktowane jako wartości same w sobie. Czy tylko idioci piszą takie deklaracje? Klimat i przyroda podlegają nieustannym zmianom i przeobrażeniom. O jakich więc „wartościach samych w sobie” można tu mówić?

                                                                        ***

Nasze możliwości komunikowania się ze sobą w ostatnich kilkunastu latach zwiększyły się niewiarygodnie. Są telefony, Skype, Tinder, Badoo, Facebook, Snapchat, Instagram, maile i cała reszta internetowego śmiecia. Tymczasem nasza umiejętność słuchania siebie nawzajem spadła niemal do zera. Mówimy, mówimy, mówimy … całkiem tak, jakby naprzeciw nas stał ekran komputera, a nie inny człowiek.

                                                                       ***

Gdyby naiwność dało się odróżnić od głupoty ….

Media

Media mają wiele zbrodni na sumieniu, ale największą z nich jest to, że stworzyły celebrytom wszelkiej maści możliwość wypowiadania się o wszystkim, na każdy temat, tym samym dając im złudne przekonanie, że są mądrzy, wszechwiedzący i wyjątkowi. Spójrzmy na programy telewizyjne, Facebook, Instagram. Jest to istny taniec św. Wita, konwulsywny, żałosny bełkot uzależnionych od bycia w mediach czy na portalach plotkarskich ludzi, którzy za fakt utrzymania się tam sprzedadzą wszystko: siebie, swoje wrzody, swoich najbliższych, swoje flaki, swoje dzieci i waginy, piersi, szafy i sypialnie. Niewiele więcej zresztą mają do sprzedania. Kiedyś się to leczyło. Dzisiaj się na tym zarabia – ekshibicjonizm.

Świat bez prywatności

Powiedzieć, że Internet jest pod nadzorem to truizm. Śledzi nas Google, Apple, Facebook, Microsoft i inwigilacja ta staje się wszechobecna. Jesteśmy obserwowani przez cały czas. Jeżeli wypiszę na mojej wyszukiwarce słowo „biurko” za chwilę na kolejnych stronach, nawet jeśli będą to strony porno, zaczną pojawiać się reklamy biurek. Lepiej nie wypisywać słowa „porno”, bo łatwo domyśleć się, co natychmiast zacznie ściekać po ekranie. Żeby było zabawniej, dane te są przechowywane na zawsze, a określenie „na zawsze” nie jest żadną przesadą. Najśmielsze tezy Orwella wydają się w dzisiejszej rzeczywistości nie tyle śmiałe, co po prostu śmieszne. Jest ogromna ilość sposobów śledzenia: Internet, e-mail, telefony komórkowe, system bankowy, przeglądarki internetowe, portale społecznościowe, itd. Firmy zapewniające nam usługi internetowe są z oczywistych powodów zainteresowane śledzeniem nas, a to oznacza, że zachowanie prywatności w Internecie jest praktycznie niemożliwe. Może poza siecią TOR, która istnieje w ukryciu, równolegle do tej „normalnej” i jest podobno niemal stuprocentowo anonimowa i praktycznie niewykrywalna.

Witaj więc w świecie, gdzie Google dokładnie wie, jaki rodzaj pornografii lubisz i zna twoje zainteresowania w wielu wypadkach nieporównywalnie lepiej niż twój współmałżonek, nawet jeżeli żyjecie ze sobą szczęśliwe, zgodnie i długo. Witaj w świecie, który przez twoją komórkę może zlokalizować twoje położenie w każdej chwili i bez wiekszych zachodów. Witaj w świecie schyłku prywatnych rozmów, bo coraz częściej prowadzone są one przez e-mail lub serwisy społecznościowe. Witaj w świecie, gdzie wszystko, co wykonujesz na elektronicznym sprzęcie jest zapisywane, studiowane, analizowane i wędruje od firmy do firmy bez twojej wiedzy i bez twojej zgody. Innymi słowy, witaj w świecie bez odrobiny prywatności.

Ale ten świat bez prywatności dzielnie tworzymy sami. Wszystkie KGB, SB i MI5 czy CIA z tysiącami swoich informatorów nie mogły marzyć o zgromadzeniu takiej masy najbardziej intymnych informacji o naszych poczynaniach, myślach i zamiarach, ile my sami dzień za dniem oferujemy z własnej woli i całkiem nieodpłatnie każdemu, komu przyjdzie chęć zapoznania się z nimi. Inwigilacja jest dziś, jak to określają Anglicy, DIY ( do it yourself ). Nikt nie wyciska z nas zwierzeń o naszych sprawach prywatnych, nikt nas nie zmusza do składania zeznań, nikt nas nawet o to nie pyta, żeby było jeszcze dowcipniej. To my sami sprzedajemy wiedzę o nas samych i mamy nadzieję, że ktoś to kupi. Czy jest jeszcze ktoś, kto nie posiada konta na Facebooku? Mark Zuckerberg wynalazł sposób, by na inwigilowaniu zarabiać, zamiast za nie płacić. Dzisiaj niemal nie opuszczamy tego portalu, jesteśmy tam obecni bez względu na czas i miejsce, w pracy, w domu, na ulicy, w pociągach i autobusach, w toaletach, w kawiarniach i pewnie w łóżku, w dzień i w nocy. Po co? Co za głupie pytanie! Aby cały świat powiadomić o naszych gustach, naszych uprzedzeniach, zamierzeniach, fobiach, sympatiach, antypatiach, o naszych sukcesach i klęskach, poglądach politycznych, o szczęściu i nieszczęściach, o naszych planach i podróżach, wizytach w kinie, u ginekologa czy dentysty, o imionach i wieku naszych dzieci … Należałoby zapytać dlaczego, gdyby nie było to tak oczywiste pytanie. Czy nie dlatego przypadkiem, że świat staje się coraz bardziej anonimowy i my też stajemy się anonimowi i im bardziej jesteśmy anonimowi, tym bardziej chcemy być widziani i słyszani? Czy to znaczy, że sprzedajemy nasze dusze diabłu, jak doktor Faust? Nie. Ta transakcja nie jest tak szlachetna. Przypominamy raczej pewnego szewca z Efezu, który dla wątpliwej sławy spalił Artemizjon.