Islamska fundacja Al-Fadżr rozpoczęła publiczną zbiórkę pieniędzy na budowę przy ul. Dworskiej w Krakowie meczetu. Jak zwykle przeciwnicy tej inicjatywy protestują, a tzw. liberałowie argumentują, że wszystkie religie są równoprawne. Czy rzeczywiście wszystkie religie są równe, a tym bardziej równoprawne? Żyjemy w demokracji, jakakolwiek ona jest, a sensem politycznym demokracji jest samorządzenie. Aby to mogło być realne, potrzebna jest pewna grupa ludzi, którą łączą wspólne interesy i wspólne sprawy do rozwiązania, potrzebna jest więc wspólnota celów i interesów. Jednak w momencie, gdy w jakiejkolwiek wspólnocie pojawiają się muzułmanie, znikają wspólne interesy i wspólne cele. Muzułmanie mają własne interesy i własne cele i są one absolutnie niekompatybilne, nie do pogodzenia z interesami tych, którzy do muzułmańskiej społeczności nie przynależą. Europejczycy, a tym i Polacy, wydają się nie wiedzieć lub nie chcą wiedzieć, że islam jest systemem społecznym opartym na religii, a ta nie uznaje żadnych kompromisów. Islamu zmienić nie można, a więc wszystko inne musi być zmienione w islam. W niektórych krajach Europy już o tym wiedzą, w innych ledwo przeczuwają, ale mleko już się rozlało, procesu nie da się zatrzymać, Europejczycy zastawili na samych siebie dość prymitywną, ale wysoce skuteczną pułapkę. Rozwiązaniem byłby może Charles Martel, albo choćby Sobieski, ale takie rzeczy raczej nie zdarzają się dwa razy w tej samej opowieści.
Tag: islam
Religia idealna
Ibn Khaldun, „Muqaddimah”: Jest faktem, że z niewielkimi wyjątkami, większość uczonych muzułmańskich nie było Arabami mimo, że islam jest religią arabską, a jej założyciel był Arabem. Wynikało to z prostych warunków życia na pustyni. Ludzie w tym czasie nie wiedzieli nic o nauce ani o pisaniu książek. Nie było do tego żadnej zachęty i żadnej potrzeby. Taka była sytuacja w czasach ludzi skupionych wokół Mahometa oraz drugiego pokolenia. Analfabetyzm był powszechny wśród ludzi otaczających Mahometa, ponieważ byli Beduinami. Ludzi, którzy znali Koran, nazywano „czytelnikami Koranu”, co sugerowało, że byli piśmienni.
Islam był religią dla prymitywnych i niepiśmiennych. Jego liturgia, jeżeli uznać za liturgię modlitwę odprawianą 5 razy dziennie, wyznanie wiary, jałmużnę i post, nie zmusza wiernych do jakiegokolwiek, choćby najmniejszego umysłowego wysiłku. Islam pozostał religią dla prymitywnych i niepiśmiennych i w gruncie rzeczy na tym polega jego popularność. W islamie nie ma miejsca na żadnych świętych Tomaszów czy świętych Augustynów. Religia niemal idealna – zero intelektualnego zaangażowania, tylko ślepe posłuszeństwo.
Bilet wstępu
Konstantynopol upadł w roku 1453. Już w rok później sułtan Mehmed II zamienił świątynię Mądrości Bożej, symbol chrześcijańskiego wschodniego cesarstwa, symbol wrogiej mu cywilizacji, na meczet. I nakazał dobudować cztery minarety. Hagia Sofia pozostawała meczetem przez pięć wieków, do czasu, gdy Atatürk zmienił ją w muzeum, uznając, iż stanowi dziedzictwo całej ludzkości. Dla Atatürka Hagia Sofia nie była symbolem wrogiej mu cywilizacji. Dziś nie jest już dziedzictwem całej ludzkości. Jest ponownie meczetem. Bilet wstępu dla turystów, którzy nie są wyznawcami islamu kosztuje 25 euro, ale mogą zwiedzać jedynie galerię na piętrze – parter budynku jest bowiem dostępny wyłącznie dla wyznawców Proroka. Alhambra to piękny zabytek arabskiego budownictwa w Europie, jest wpisana na listę światowego dziedzictwa kultury i bilet wstępu do niej, obejmujący zwiedzanie Alcazaby, pałaców Nasrydów, Partal, Generalife i ogrodów kosztuje 19 euro dla dorosłych – niezależnie od ich wiary. Już ten, pozornie drobny fakt, mówi wystarczająco wiele o tym, czym dzisiaj jest islam.
Dysfunkcja
Dysfunkcja religii. Prawdziwa religia przede wszystkim powinna uwalniać człowieka od lęku przed śmiercią, sprawiać, by śmierć nie była niczym więcej niż cezurą przed transformacją do innej formy egzystencji, lepszej, piękniejszej i bardziej atrakcyjnej. Tymczasem wcale tak nie jest, śmierć wciąż wzbudza strach, tym większy, że według religijnych doktryn pośmiertna egzystencja jest uwarunkowana doczesnymi zasługami, a doczesne zasługi, jak powszechnie wiadomo, są dość względnym i niepewnym kryterium. Niebo jest warunkowe. I to jest główna słabość Nieba. Religią najbliższą ideału byłaby więc taka, której wyznawcy, nie mogąc doczekać się wspaniałości życia w obiecywanym przez nią Raju, entuzjastycznie popełnialiby samobójstwa, by dostać się tam jak najprędzej. To miałoby sens. Zdaje się, że rozumieją to niektóre sekty.
Tymczasem religie, z powodów najzupełniej oczywistych, nie preferują samobójców, poza islamem, który nazywając ich eufemistycznie męczennikami, jako marchewkę oferuje im po śmierci piękne hurysy i ekscesy seksualne do końca wieczności. Ale i w tym przypadku, jak wiemy, sama wizja absolutnie nie wystarcza i trzeba ją solidnie wzmocnić dolarami.
Czy islam stworzył Europę
Oriana Fallaci wspominała gdzieś, że palestyński terrorysta Jasir Arafat, próbował w czasie wywiadu pouczać ją i przekonać o starożytności i przewagach arabskiej kultury nad europejską. Podkreślał podobno, że to oni, Arabowie, byli rzeczywistymi spadkobiercami kultury greckiej i że to oni odkryli dzieła greckiej starożytności, dając tym samym początek „oświeceniu islamskiemu”. Zapewniał ją, że tylko dzięki tłumaczeniu tych dzieł z arabskiego na łacinę, wiedza grecka powróciła następnie do chrześcijańskiej Europy. Sugerował innymi słowy, że Zachód wydobył się ze swojej ciemnoty dzięki „islamskiego oświeceniu” i z tego to powodu jest kulturowo zobowiązany wobec świata islamskiego.
Jest to niestety dość powszechne, bo dzielone nawet przez wielu Europejczyków, ale błędne przekonanie. Myśl grecka nigdy tak naprawdę nie przeniknęła do świata islamskiego, bowiem świat ten starannie przepuścił całą „obcą” wiedzę przez islamski filtr, służący do określenia jej zgodności i spójności z wierzeniami muzułmańskimi. To więc, co uczeni islamscy zachowali z Grecji, ograniczało się „do tego, co nie przeczyło naukom Koranu”. Islamskie dzieła, które odważyły się powoływać na wpływy greckie nie tylko nie były dobrze widziane, ale niszczone i zakazywane. Książki Awerroesa zostały spalone (przetrwały jedynie łacińskie tłumaczenia jego komentarzy do Arystotelesa, podczas gdy komentarze w języku arabskim zaginęły lub zostały zniszczone), a jego uczniowie byli niemal bez wyjątku Żydami lub chrześcijanami. Muzułmański racjonalizm ma bardzo niewiele wspólnego z zachodnim racjonalizmem. Pojęcie kalâm, czyli pierwotna forma arabskiej myśli filozoficznej, rodzaj arabskiej scholastyki, było rozumiane przez słynnego muzułmańskiego teologa Al-Ghazaliego jako środek „ ochrony wiary przed zakłóceniami ze strony innowatorów ” i było tak obce greckiej koncepcji filozofii jak tylko można to sobie wyobrazić. Uczeni muzułmańscy szybko pojęli, że teorie polityczne Greków nie mogą mieć żadnego zastosowania w państwie muzułmańskim, gdzie polityka, prawo i religia są ściśle ze sobą powiązane. Również grecko-rzymski system prawny nigdy nie był nigdy brany pod uwagę jako źródło myślenia prawniczego w świecie islamskim.
I, co może ważniejsze, wiedza grecka nigdy nie stałaby się dostępna dla świata islamskiego, gdyby nie ogrom pracy włożonej przez wschodnich uczonych chrześcijańskich, tłumaczących greckie dzieła wpierw na swój język syryjski, a następnie z języka syryjskiego na arabski. Islam stworzyli Beduini, a oni byli analfabetami. Jeśli więc już mówić o jakiejś zależności to raczej o tym, że islam jest kulturowo zadłużony u wczesnych uczonych chrześcijańskich. Dobrym przykładem może być choćby fakt, że tłumaczenie greckich dokumentów na arabski stwarzało poważne problemy spowodowane całkowitym brakiem terminów naukowych w tym języku – to chrześcijańscy tłumacze melkiccy musieli opracować gros arabskiego słownictwa naukowego. Byli oni odpowiedzialni w szczególności za przetłumaczenie na arabski 139 ksiąg medycznych Galena i Hipokratesa oraz 43 ksiąg Rufusa z Efezu. Nawiasem mówiąc, pismo kufickie, najstarsza forma kaligrafii arabskiej, też zostało opracowane przez chrześcijańskich misjonarzy w VI wieku.
Islam nie przekazał więc swojego dziedzictwa intelektualnego Zachodowi. Wiedza nabyta przez Zachód jest wynikiem jego własnych odkryć. Zachód korzystał z tłumaczeń, których dokonali duchowni znający język grecki, takich jak Jakub z Wenecji, który po kilkuletnich studiach w Bizancjum spędził resztę życia na tłumaczeniu Arystotelesa i innych greckich filozofów w klasztorze Mont Saint-Michel w Bretanii. Cywilizacja Zachodnia zbudowana została na wspólnym dziedzictwie Aten, Rzymu i Jerozolimy. Islam nie mógł wykorzystać niczego z grecko-rzymskiej tradycji. Został stworzony przez Beduinów i pozostał systemem dla beduinów.
Jerozolima
Elie Wiesel: „Jerozolima jest ponad polityką. Jest wspomniana ponad sześćset razy w Piśmie Świętym – i ani razu w Koranie. Należy do narodu żydowskiego i jest czymś więcej niż miastem”. Słusznie. Żydowska historia Jerozolimy sięga 3 tysiąclecia przed naszą erą, podczas gdy islam zdobył Jerozolimę w roku 638, a meczet Omara wzniesiono dopiero w roku 691. Jerozolima jest islamska mniej więcej w taki sam sposób jak Warszawa jest rosyjska.
Islam i psy
Szwedzi kochają psy. Nie zawsze uśmiechają się do innych ludzi, ale zawsze uśmiechają się do psów i zawsze okazują im zainteresowanie. W Malmö mieszkają tysiące muzułmanów. Nigdy nie widziałem żadnego wyznawcy islamu na spacerze z psem. Ich dzieci uciekają przed psami, głośno krzycząc, dorośli zachowują dystans. Pies jest nieczysty w ich religii. Jeden z hadisów przekazuje słowa Mahometa: „Powiedział mi Dżibril: Nie wejdziemy do domu, w którym jest obraz lub pies”. Ktokolwiek trzyma psa w swoim domu jest pozbawiony błogosławieństwa obecności aniołów w jego domu, bowiem jak powiedział al-Bukhari: „Aniołowie nie wchodzą do domu, w którym znajduje się pies”. I oni to biorą na poważnie.
Salman Rushdi
Irańska Fundacja Wdrażania Fatw Imama Chomeiniego wyraziła uznanie dla człowieka, który w zeszłym roku zaatakował pisarza Salmana Rushdiego. Napastnikiem był 24-letni szyicki muzułmanin z New Jersey, który w trakcie imprezy literackiej w Nowym Jorku wbiegł na scenę i zadał pisarzowi kilka ciosów nożem. Salman Rushdie w wyniku ataku stracił wzrok w jednym oku i władzę w lewej ręce. Irańska Fundacja Wdrażania Fatw przyznała napastnikowi nagrodę w postaci 1000 metrów kwadratowych ziemi rolnej, a Mohammad Esmail Zarei, sekretarz Fundacji, złożył mu gratulacje: „Szczerze dziękujemy za odważny czyn młodego człowieka, który uszczęśliwił wszystkich muzułmanów.
Dla tych, którzy nie wiedzą, kim jest Salman Rushdie: nie jest tyranem z jakiejś bananowej republiki, nie jest poszukiwanym przez Interpol mordercą, nie jest zbrodniarzem jak Putin, Kim Dzong Un czy któryś ze zboczonych irańskich ajatollahów, nie jest terrorystą, liderem apokaliptycznej sekty, szefem mafii czy gangu handlującego narkotykami. Salman Rushdie jest świetnym pisarzem, autorem znakomitej powieści „Szatańskie wersety”, używa mózgu i rozumu i to wystarcza, by skazać go na śmierć. Gdy opętany islamski mnich Chomeini wydał na niego wyrok śmierci, na ulicach europejskich miast, z wyrazami poparcia dla tej decyzji, pojawiły się tłumy zdziczałych muzułmanów, nominalnych obywateli Europy. Głosów sprzeciwu i oburzenia tym barbarzyństwem prawie nie było. Żyjemy w światłych czasach.
Multikulturalizm
Multikulturalizm wzbogaca kultury, głoszą liberałowie. Tymczasem multikulturalizm to w rzeczywistości brak kultury – sprowadza on bogactwo cywilizacyjne i kulturowe do banalnych aranżacji, które w istocie nic o tych kulturach nie mówią i niczego nie przybliżają. W Szwecji nie dyskutuje się kwestii obchodów ramadanu – informuje się o tym. Nikt też nie prowadzi dyskusji o islamie z perspektywy islamu. W Malmö żyje obok siebie ponad 180 narodowości i słyszy się około 150 różnych języków. Mimo tylu kultur, które są na wyciągnięcie ręki, nic o sobie wzajemnie nie wiemy. Jeden z moich znajomych pochodzi z Syrii, drugi z anatolijskiej części Turcji, ale moja wiedza o ich kulturze nie spęczniała z tego powodu. Ani ich wiedza o mojej kulturze. Wiem, że w Syrii jedzą tabbouleh, a w Anatolii króluje keşkek, oni słyszeli coś o polskim bigosie, razem wypadaliśmy w czasie lunchu na falafel, ale mniej więcej na tym kończy się nasza wielka wymiana międzykulturowa. Ja szedłem protestować przeciwko morderczej fatwie na Salmana Rushdiego, oni zbierają się na wiecach potępienia Rushdiego. Wiem, że oni obchodzą ramadan i wiem też, choć nie bezpośrednio od nich, z jakiego powodu, ale oni nie mają pojęcia o mojej religii, moich tradycjach i równie mało wiedzą o tradycjach kraju w którym żyją. Poza żałośnie skromną wymianą kulinarną, nie zdołaliśmy i zapewne nigdy nie zdołamy niczego innego między sobą wymienić, a praktycznie rzecz biorąc i ta cywilizacyjna „zdobycz” jest wątpliwa – sensowniej byłoby gdybym kupił sobie książkę pt. „Sto przepisów na najlepsze dania orientalne”.
Fulcher z Chartres
Fulcher z Chartres, uczestnik i kronikarz pierwszej wyprawy krzyżowej, kanonik Bazyliki Grobu Świętego, zmarły prawdopodobnie w czasie zarazy w 1127 roku. W swojej kronice w trzech księgach, którą pisał w wiele lat po zdobyciu Jerozolimy, poczynił sporo interesujących obserwacji nie tylko o przebiegu samej krucjaty. Nie brakuje w niej również innych celnych uwag. Odnotowuje między innymi, że przybysze z Europy szybko i chętnie uczyli się miejscowych języków, greckiego, armeńskiego, syryjskiego i arabskiego, co odróżniało ich od Turków i Arabów, którzy pogardzali językami podbijanych i uciskanych przez siebie ludów. Nie unika także ogólnych, bardzo ludzkich refleksji: My bowiem, którzy byliśmy ludźmi Zachodu, staliśmy się ludźmi Wschodu. Ten, kto był Rzymianinem lub Frankiem, w tej krainie stał się Galilejczykiem lub Palestyńczykiem. Ten, kto był z Reims lub Chartres, teraz stał się mieszkańcem Tyru lub Antiochii. Zapomnieliśmy już o miejscach, w których się urodziliśmy. Niektórzy posiadają tu domy i służbę, które otrzymali drogą dziedziczenia. Jedni wzięli żony nie ze swego ludu, lecz Syryjki lub Armenki, a nawet Saracenki, które otrzymały łaskę chrztu. Drudzy mają przy sobie teściów, synowe, przyrodnich synów lub przyrodnich ojców. Żyją tu także wnuki i prawnuki. Jeden uprawia winne grono, inny – rolę. Obaj mówią odrębnymi językami i dialektami. Różne języki, teraz powszechne, znane są rozmaitym rasom, a wiara jednoczy tych, których przodkowie byli dla siebie obcy.
Wyprawy krzyżowe i krzyżowcy, przedstawiani zwykle jako bezwzględna i barbarzyńska forpoczta europejskiego imperializmu, ukazują się w bezpośredniej relacji Fulchera w swojej rzeczywistej postaci – zaczynamy rozumieć, że w gruncie rzeczy nie było to żadne zderzenie cywilizacji, a krzyżowcami wcale nie kierowały dalekosiężne zamysły zapanowania nad światem, w przeciwieństwie do mocarstwowych muzułmańskich podbojów. Ich jedynym celem było wyzwolenie wschodnich chrześcijan spod obcego jarzma i odzyskanie świętych miejsc. To Turcy, usiłując zjednoczyć świat muzułmański pod swoim panowaniem, zmienili ów konflikt w zderzenie cywilizacji, wojnę islamu z chrześcijaństwem, stygmatyzując tę relację na długie wieki, aż po dzień dzisiejszy.
Dante i Mahomet
Zobojętnieliśmy. Nie reagujemy. Nie oburzamy się. Nie protestujemy. Połykamy każde kłamstwo, każdą mistyfikację. Sami, z własnej woli, prowokujemy kolejne kłamstwa, kolejne mistyfikacje. Prześcigamy się w tym. Nasz strach to najgroźniejsza piąta kolumna. W tym roku przypada 700-lecie śmierci Dantego Alighieri. Holenderskie wydawnictwo Blossom Books wydało z tej okazji jego największe dzieło „Boska komedia”. W pieśni XXVIII nie znajdziemy już jednak Mahometa w piekle. Wydawnictwo postanowiło ocenzurować poetę, aby nie zranić przypadkiem uczuć wyznawców islamu. Ten „cenzuralny” wyjątek dotyczy jedynie Mahometa – z piekła nie wycięto ani papieża, ani homoseksualistów ani innych niewygodnych postaci. Myrthe Spiteri, właścicielka i szefowa wydawnictwa Blossom Books, tłumaczy ten akt bezprzykładnego literackiego wandalizmu tym, że opowieść nie będzie niepotrzebnie wroga wobec czytelników, którzy stanowią tak dużą część społeczeństwa holenderskiego i flamandzkiego. Kluczowe dla decyzji było to, że ten fragment nie jest konieczny do zrozumienia tekstu. Wydawnictwo specjalizuje się w książkach dla młodych czytelników i zapewnia w prezentacji swojej witryny, że odczuwa społeczną odpowiedzialność i chce publikować książki, które spowodują, że młodzi ludzie będą myśleć i wyrabiać sobie poglądy. Nie uciekamy od najważniejszych tematów i widzimy swoje zadanie jako uczestniczenie w debacie społecznej. Książki mogą pomóc ci zrozumieć, kim jesteś i za czym się opowiadasz, a my chcemy pomóc młodym ludziom rozwijać otwarty umysł, własne poglądy i własną tożsamość – piszą. Na zakończenie, zamiast dodatkowego komentarza, należałoby jedynie przytoczyć skromny fragment XXVIII pieśni, dopóki to jeszcze jest możliwe:
Z dziurawej kadzi mniej wina wyciecze,
Ile krwi ciekło z rozciętego ducha,
Od samej brody aż poniżej brzucha;
Z kolan drgające zwisały jelita;
Widziałem serce, część wnętrza okryta
Raziła oczy czerwonością nagą.
Podczas gdym jego oglądał z uwagą,
Spojrzał, rękoma pierś rozdarł i rzecze:
«Patrz, ja, Mahomed, jak siebie kaleczę!
Przede mną Ali cały we łzach kroczy,
Twarz mu po czaszkę jedna rana broczy;
Szatan tu stoi i z naszej gromady
Każdego bierze na ostrze swej szpady;
Gdy kończym obrót swej bolesnej drogi,
Tu choć najszersza zamyka się rana
W chwili, gdy stajem przed mieczem szatana.
Lecz ty, kto jesteś, co stoisz bez trwogi?
Może niedługo skoczysz z tej wyżyny,
Gdzie ciebie strącą twoje własne winy?»
— «On nieumarły, nie lżyj go bezkarnie!
On nie na męki wstąpił w wasze progi,
Lecz aby wszystkie tu poznał męczarnie:
Zmarły żywego, po nowej mu drodze,
Przez całe piekło z wyższej woli wodzę».
Mistrz rzekł i dodał: «Prawdzie nie skłamałem».
A na dnie jamy wszyscy potępieńce
Stanęli, patrzą na mnie gronem całem,
Zapominając z podziwu o męce.
— «Jak ujrzysz słońce, powiedz Dulcynowi
Jeśli tu prędko zstąpić nieochoczy,
Niech skupi żywność, śniegiem się otoczy;
Bo jak ci mówię, bez śniegu i głodu,
Nowarczyk w górach niełatwo go złowi».
Tak z podniesioną stopą do pochodu,
Duch Mahometa mówił, potem nogę
Na dłuż prostując poszedł w swoją drogę.
(tłum. Julian Korsak)
Kilka uwag anty-ekologicznych
Ruchy ekologiczne to odmiana współczesnego flagelantyzmu. Zachęcają do wyrzeczeń oraz pokuty, do samobiczowania się w imię przetrwania. Nie pojmują, że nie chodzi o to, by przetrwać, lecz o to, by żyć. Jest zdecydowana różnica między przetrwać, a żyć. Dla nas, jako gatunku, kwestia przetrwać jest nieinteresująca. Należy zajmować się jedynie pytaniem, co uczynić, by trwać. Życia nie można wymodlić ani zapewnić sobie pokutą. Życie można tylko zdobyć.
Ekologia ma pewne propozycje odnośnie przeszłości, ale absolutnie żadnych godnych uwagi odnośnie przyszłości. Jedyne, co proponuje, to powrót do jaskiń. Tymczasem dobrze wiemy, że nie ma powrotów. Żadne powroty nie są możliwe. Nie można iść do przodu, cofając się. Kiedyś, dawno temu, gdy byliśmy jeszcze odważni, zbuntowaliśmy się przeciwko Naturze i jej ślepej wszechwładzy. Wiele razy udowodniliśmy, że można ją pokonać. Pokazaliśmy, że może i jesteśmy jedną z jej kreacji, ale jesteśmy też i jedyną, która ma szansę sama zdecydować o swoim losie.
Jeżeli chcemy trwać jako gatunek, musimy uczynić Naturę bezużyteczną. Powinno to być naszą główną i jedyną ideą. Dopóki uważamy, że Natura jest użyteczna, uzależniamy się od niej, od jej łask i kaprysów, a Natura to kaprys permanentny. Dopiero, gdy uczynimy Naturę bezużyteczną, uzyskamy moc stanowienia o naszym istnieniu i trwaniu.
Totalnym nieporozumieniem są nawoływania, by ratować Naturę. Natura nie potrzebuje i nie może być uratowana. Natura jest skazana na zagładę. Chodzi tylko o to, by wziąć z Natury i sensownie wykorzystać to wszystko, co pozwoli nam uratować nas samych. Natura nas nie uratuje. Tylko my sami możemy się uratować. Wbrew Naturze. Dokładnie jak na początku naszej drogi.
Te niedorzeczne oskarżenia, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy. Jak możemy by dobrzy, skoro Natura nie jest dobra? Natura jest bezwzględnym terminatorem, zabójcą bezdusznym i nieubłaganym. Zdołaliśmy częściowo odseparować się od niej wznosząc domy i miasta, ale ona i tak usiłuje je zniszczyć. Jeżeli nie atakuje nas wybuchami wulkanów, trzęsieniami ziemi, tsunami, to próbuje to uczynić przez inwazje wirusów. Obecnie nie przychodzi jej to tak łatwo jak niegdyś, ale to nie znaczy, że pewnego dnia nie znajdzie jakiegoś sposobu, by unicestwić nas ostatecznie i nieodwołalnie. To powinno nam wiele podpowiedzieć.
Ekologia jest zamaskowaną religią. Nosi wszystkie cechy religii. Nie wymaga żadnego wysiłku intelektualnego. By uprawiać ekologię, wystarczy wiara. Ekologia jest religią atrakcyjną, bo jeszcze bardziej prymitywną niż islam. Islam ma pięć zasad. Ekologia tylko jedną.
Nasze myślenie o Naturze i rozumienie jej jest przestarzałe i fałszywe. Jest to doskonały przykładem naszego lenistwa umysłowego. Fakty o prawdziwej naturze Natury mamy tuż przed naszym nosem, ale heroicznie staramy się tego nie postrzegać. Natura jest przewrotna, nieodpowiedzialna, niestabilna, zdradziecka, bezwzględna, mordercza i podstępna. Wiemy od setek tysięcy lat, że w Naturze nie da się żyć. W Naturze nie da się trwać. Można co wyżej przez pewien czas przetrwać. Jeżeli nasz gatunek chce trwać, musi przestać myśleć o Naturze sentymentalnie, bukolicznie i sielankowo. Natura nas nie zbawi i nie ochroni. Naszej fizycznej rzeczywistości nie da się owinąć Naturą jak puchowym śpiworem. Czas już, abyśmy rozpoczęli myśleć o Naturze w diametralnie inny sposób. Powinniśmy zacząć traktować ją przedmiotowo, jako naszą szansę, by oderwać się od niej, aby już nigdy jej nie potrzebować i nie być zdanymi na jej łaskę.
Religia i sauna
Scena z sauny. Trzech mężczyzn po trzydziestce na najwyższej półce. Perorują głośno, ochoczo licytując się „liberalnymi” poglądami i każdy próbuje być „liberalniejszy” niż pozostali. Prawie tak, jakby rozdawali nam, siedzącym w tym samym pomieszczeniu, swoje sfałszowane karty wizytowe. Nikt nie reaguje jednak. Ja też nie. Wreszcie zapada chwila błogosławionej ciszy, ale trwa zbyt krótko. Kolejny temat podrzuca pulchniutki blondynek z trzydniowym zarostem na okrąglutkim pyszczku. Religia. Wszystkie religie należy traktować jednakowo, oświadcza głośno, stanowczo zbyt głośno, by mówił tylko do swoich kolegów. Mam ochotę zapytać: Jak to miałoby być możliwe, niedźwiadku? Religie przecież nie są jednakowe. Chrześcijaństwo egzystuje w kooperacji z państwem. W islamie nie ma natomiast rozdziału religii od państwa. Islamskie państwo jest od początku do końca podporządkowane religii. Kościół chrześcijański nie interpretuje Biblii dosłownie. Islam traktuje Koran dosłownie, śmiertelnie dosłownie. Koran nie został stworzony, lecz objawiony. Jest więc słowem Boga. Do tego dochodzi jeszcze chociażby sprawa hierarchii. W chrześcijaństwie jest to struktura wertykalna – decyzje należą do Watykanu. W islamie nic takiego nie może mieć miejsca. W islamie system władzy nie jest stworzony przez człowieka, lecz przez samego Allaha. Nawet Kalif nie stanowi prawa. Odpowiada jedynie za uprawomocnienie i przestrzeganie prawa, które zostało dane od Boga. Więc jak to jest możliwe, kretynie, by rzeczy, które nie są takie same, traktować tak samo? I czemu to miałoby służyć? Mam ochotę zapytać, ale nie pytam. Nikt inny także nie pyta i nikt nie podejmuje tematu. Milczymy, wpatrując się w szaro sine wody cieśniny Sundu, a po kilku minutach liberalni chłopcy w ciszy, jeden po drugim, opuszczają saunę. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że wszyscy słyszeli moje myśli albo słyszeli je właśnie dlatego, że jednak wypowiedziałem je głośno. Albo, że były tak głośne, bo wszyscy myśleliśmy to samo.
Mór Jókai
Mór Jókai, powieść „Złoty człowiek”: Kobiety mahometańskie nie biorą udziału w życiu religijnym; nie mogą być obecne na nabożeństwach, które są przeznaczone wyłącznie dla mężczyzn, nie mają dla nich znaczenia tablice Mehrab wskazujące Mekkę, nie obowiązują ich obmywania Abdestan ani Guezuel ani Thueharet; ani też post Ramazana, ani święto Bejrama; nie pielgrzymują do Mekki, nie całują kamienia gładzącego grzechy, nie piją ze studni Zenzemeta, kapłan ich nie zaprzysięga, nie uczy, nie konfirmuje, nie spowiada – nie mają nawet duszy; po śmierci nie czeka na nie inny świat; nie przychodzi do nich w chwili zgonu anioł Azrael, który duszę odłącza od ciała, a aniołowie Monkar i Nakir nie wypytują ich, co dobrego, a co złego uczyniły podczas ziemskiego życia. Nie zostają wykąpane w źródle Izmaila ani wtrącone do jaskini Morhuta, a trąba anioła Izrafila nie wezwie ich w dniu zmartwychwstania; na ich czole nie zostaje wypisane słowo „mumem” (wierna), nie przebiegają przez most Alszirat, nie zostają wtrącone do siedmiu piekieł, z których najłagodniejsze to Gehenna, a potem następują Ladhana, Hotama, Sair, Sakar, Jahim i Al-Hwija – każde coraz gorętsze. Kobiety mogą się piekła nie obawiać, ale za to nie dostaną się też do raju w cień drzewa Tuba, gdyż tam są one mężczyznom niepotrzebne; każdy mężczyzna ma tam swoich siedemdziesiąt siedem hurys o wiecznej młodości.
Bizancjum
Cesarstwo Wschodniorzymskie, Cesarstwo Bizantyjskie, Bizancjum. Znamy te określenia, słyszeliśmy je zapewne wiele razy. Bardziej dociekliwi wiedzą nawet, że powstało w ramach podziału imperium rzymskiego, że istniał jakiś kodeks Justyniana, słyszeli coś o cesarzowej Teodorze, o upadku Konstantynopola, o bizantyjskim zbytku i przepychu, o bizantyjskiej przewrotności i obłudzie. Media również używają czasem, zwłaszcza gdy mowa o przywilejach władz, naładowanych pejoratywnie określeń typu „bizantyjskie zwyczaje”, „bizantyjska czołobitność”, „bizantyjska polityka”. Zwykle jednak gdzieś w tym miejscu, mniej więcej, kończy się nasza powszechna wiedza o Bizancjum. Czy nie wydaje się to być dziwne? W szkole nawet w moich, zamierzchłych już czasach, o Bizancjum ledwo wspominano, a podejrzewam, że w tej chwili jest jeszcze gorzej i nazwa ta wcale nie pojawia się na lekcjach historii. Spotkałem ludzi, którzy uważają, że Istambuł zawsze nazywał się Istambuł, a Konstantynopol to takie starożytne miasto, które już od dawna nie istnieje. Potrafimy, gdy zachodzi potrzeba, zadać gwałt naszej pamięci i wymienić kilka imion cesarzy rzymskich, powieści, filmy i telewizyjne seriale spopularyzowały co bardziej malownicze postacie, jak Kaligula, Klaudiusz, Cezar czy Neron, ale czy z równym powodzeniem udałoby się nam wymienić kilka imion z długiej listy cesarzy bizantyjskich? Z całą pewnością – nie. O Bizancjum wiemy mało. Zgoła nic. Przez tysiąc lat to wspaniałe, a tak słabo dziś znane państwo, walczyło o to, żeby Europa mogła być tym, czym jest obecnie. Stworzyło niezwykłą, barwną i twórczą cywilizację, która łącząc ortodoksyjne chrześcijaństwo z pogaństwem, klasyczne greckie wykształcenie z rzymską sprawnością administracyjną, zdołała przez tysiąc lat stawiać opór nawale islamu. A my prawie nic o tym nie wiemy. Bizancjum nie ma w naszej pamięci. Bizancjum nie jest częścią naszej historii. Jak to jest możliwe? Czy nie jest to wynikiem szkalującej i wrogiej propagandy ze strony uczestników zachodnich krucjat? Krucjat, które zamiast walczyć z islamem, zajmowały się rabunkiem bogatego Konstantynopola, jak „słynna” krucjata z roku 1204, gdy „bogobojni” krzyżowcy wdarli się do miasta, plądrując je przez trzy dnie i urządzając bezprzykładną rzeź jego chrześcijańskich mieszkańców? Ten moment to nie tylko zdobycie chrześcijańskiej stolicy przez innych chrześcijan, rabunek i zniszczenie bezcennych zabytków wspólnej kultury, ale również zniszczenie ciągłości Cesarstwa Bizantyjskiego. Może w naszej, europejskiej niechęci do mówienia, a już szczególnie mówienia o Bizancjum dobrze, leży coś więcej niż zwykły brak zainteresowania tym niby „orientalnym tematem”? Może nie chcemy pamiętać o tamtej zbrodni albo – jeżeli już nie da się jej ukryć – przynajmniej pomniejszyć jej rozmiary szkalując pokonanego? Stara, wypróbowana taktyka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że opinia o Bizancjum została ukształtowana przez zachodnioeuropejskich przywódców ruchu krucjatowego, że jest ich wątpliwym alibi, obrosłym w ciągu setek lat kłamliwymi mitami i stereotypami, alibi, które my wciąż bezmyślnie powtarzamy. No cóż, Bizancjum upadło, a historię – jak zawsze i wszędzie – pisali zwycięzcy.
Islam raz jeszcze
Czy muzułmanie mogą przyjąć cywilizację łacińską? Nie wydaje się to być możliwe i zapewne nigdy nie będzie. Hedonistyczna Europa, mająca infantylne problemy z tożsamością, od długiego czasu spychająca swą łacińską tradycję na drugi plan, nie jest już dla nikogo wystarczająco atrakcyjnym modelem, nawet dla samych Europejczyków. Dzisiejsza Europa, podobnie jak schyłkowy Rzym, weszła w etap symulakry, znaków pustych i bezużytecznych, i wydaje się beztrosko wróżyć z nich o wiecznotrwałości swojej cywilizacji.
Imperia upadają. Rzym także upadł, ale Rzym walczył i do końca marzył o odbudowaniu własnej potęgi. Tymczasem nasza zjednoczona Europa, zaślepiona wpojoną jej ideologią poczucia winy, opluwania własnych tradycji i swojej historii, uniżenie tudzież pokornie zaprasza swoich oprawców. Europa nie uznaje ani swoich tradycji ani własnej kultury za dobro wyższe. Wstydzi się ich. Rezygnuje z nich w imię karykaturalnie pojętej tolerancji. W sytuacji, gdy w zamachach giną jej obywatele, woli usprawiedliwiać przestępców niż karać ich czyny. Europa jest słaba i, co gorsza, bezmyślnie szczyci się swoją słabością. O ile w przypadku Rzymu barbarzyńcy musieli walczyć o swoje łupy, o tyle my przynosimy je sami, w zębach, bez walki. Co więcej: cieszymy się, że barbarzyńcy napływają, a ich gwałty, rozboje, zamachy, a także obyczaje, w sposób oczywisty stojące w sprzeczności ze wszystkim, czym jest Europa, uważamy za nasze kulturowe zwycięstwo.
Islamska kolonizacja, której jesteśmy świadkami, to wstęp do bezpardonowej anihilacji tego wszystkiego, czym jest nasza Europa. W dawnym Rzymie procesy barbaryzacji i romanizacji uzupełniały się, przynajmniej do pewnego stopnia. Armia rzymska ulegała barbaryzacji, ale również ci barbarzyńcy, którzy stanęli w jej szeregach poddawali się świadomie lub mniej świadomie romanizacji. Uczyli się dyscypliny i taktyki, nabywali umiejętności operacyjnych i taktycznych. Zjawiskiem bardziej rzucającym się w oczy była jednak zdecydowanie barbaryzacja, która zaważyła nie tylko na stanie armii, ale całego państwa i jego losach ostatecznie. Czy islamskie hordy, wdzierające się obecnie do Europy, mają podobny stosunek do naszej kultury? Nie miejmy złudzeń: napływający do Europy muzułmanie nienawidzą wszystkiego, co europejskie, a zwłaszcza wszystkiego co – chrześcijańskie. Islam to stan umysłu, cywilizacja oparta na określonym systemie wartości, a także totalny system prawny. Jego wyznawcy nie chcą i nie mogą mieć żadnych względów dla tego, co zastaną: ich jedyną opcją jest wymazanie dziedzictwa ziem, które zasiedlają i wprowadzenie własnych rozwiązań, uznawanych za jedyne słuszne i jedyne możliwe. Plemiona barbarzyńskie, które najechały Imperium Rzymskie, podziwiały je. Kopiowały rozwiązania polityczne i administracyjne, które tam zastały, uważając je za lepsze, niemal wzorcowe. Napływający do nas muzułmanie ignorują nasze prawa, domagają się własnych praw, żądają szariatu. Czy ci, którzy wysadzili w powietrze posągi Buddy w Afganistanie lub Palmyrę długo będą wahać się, co zrobić z posągami Grecji czy arcydziełami zgromadzonymi w naszych muzeach i świątyniach? Dla muzułmanów istnieje tylko dar al-islam (ziemia islamu) albo dar al-harb (ziemia wojny). Już dziś tańczą na naszych pogrzebach. Jutro będą tańczyć na naszych grobach.
Sankcje
Sankcje. Embargo na broń. Zamrożenie aktywów. Obostrzenia gospodarcze. Sankcje wobec Kuby. Sankcje wobec Rosji, wobec Iranu. Sankcje wobec Korei Północnej. A mimo tego i Iran, i Korea sprowadzają potrzebne im towary, technologię i broń. Sankcje nie są niczym nowym. Nie zostały wymyślone przez nasz wiek. Mają bardzo stary rodowód. Już w XIV wieku handel bronią i materiałami wojennymi, które wykorzystywano potem do walki z chrześcijanami, stał się problemem tak poważnym, że w 1372 roku papież Grzegorz XI dodał do bulli „In Coena Domini” zakaz dostarczania ich „Saracenom i innym wrogom chrześcijaństwa”. Świat islamu zapoznał się z działaniem prochu mniej więcej w tym samym czasie co Europa, jednak to Europejczycy zdobyli zdecydowaną przewagę zarówno w produkcji, jak i umiejętności korzystania z broni palnej. Rycerzom zakonnym z Rodos, joannitom, przypadł obowiązek egzekwowania papieskich sankcji, lecz mimo ich starań zyskowna kontrabanda kwitła w najlepsze. Tak jak dzisiaj. Turcy ponadto płacili hojnie i nie tylko złotem. Nagradzali także korzystnymi koncesjami i przywilejami handlowymi. To przyniosło pożądane przez nich rezultaty: już w XVI wieku żadna armia nie mogła mierzyć się z nimi w ilości dział i poziomie wyszkolenia kanonierów. Było to smutną „zasługą” chrześcijańskich renegatów oraz (przede wszystkim) włoskich kupców, wyznających jedynie kult pełnej sakiewki.
Łamanie papieskich sankcji miało zresztą różne formy. Ewidentnym tego przykładem była, znana także z naszej historii, bitwa pod Warną, w której zginął Władysław III. W tamtym przypadku problemem Turków była kwestia przerzucenia wojsk na europejski brzeg cieśniny. Z rozkazu papieża cieśnina była skutecznie blokowana przez Wenecjan. Turcy łatwo poradzili sobie z tą drobną przeszkodą – zapłacili za przetransponowanie swojej armii na europejski brzeg … Genueńczykom i 10 listopada 1444 roku pokonali sprzymierzone wojska węgiersko-polskie.
Warna przypieczętowała los Konstantynopola. 9 lat później Turcy stanęli pod potężnymi murami stolicy Bizancjum. Siły obrońców były bardzo skromne – 5000 Greków, około 200 łacinników i mieszkańcy oblężonego miasta. Kontyngent zachodnioeuropejskich żołnierzy tworzył oddział złożony z 700 Genueńczyków. Strona turecka miała przewagę co najmniej dziesięciokrotną. Atutem obrońców było tylko wyjątkowe położenie miasta i jego potężne mury. Brzegi trójkątnego półwyspu obmywają od południa fale Morza Marmara, a od północy głębokie wody zatoki Złoty Róg. Oba wybrzeża nie wymagały wznoszenia szczególnie silnych obwarowań – lądowanie od strony morza praktycznie uniemożliwiał bardzo silny prąd, zaś wody zatoki zablokowano potężnym łańcuchem, pływającym na drewnianych tratwach i zawieszonym pomiędzy murami a wieżą w Galacie – ufortyfikowanym mieście po drugiej stronie zatoki. Wejście od strony lądu zamykał natomiast Mur Teodozjusza. Liczył on 6,5 kilometra długości, jego grubość u podstawy wynosiła około 4,5 metra, wysokość 12 metrów. Co 50 – 60 metrów wzniesiono dwukondygnacyjne wieże, wystające przed czoło muru na 5 do 10 metrów. Mur składał się z trzech linii – szerokiej na 20 i głębokiej na 10 metrów murowanej, częściowo zalanej wodą fosy, stojącego za nią przedmurza wysokiego na 7,5 metra, również wzmocnionego wieżami i linii głównej. Bizantyjscy budowniczowie, spadkobiercy greckiej i rzymskiej myśli wojskowej, stworzyli fortyfikacje, które nie miały sobie równych w całym ówczesnym świecie.
Turcy byli jednak tym razem doskonale przygotowani, a to, między innymi, „dzięki” życzliwej pomocy zachodnich puszkarzy, z których jeden miał odegrać szczególnie doniosłą i haniebną rolę w tym dramacie. Był nim ludwisarz i artylerzysta o imieniu Urban, opętany ideą budowy ogromnej bombardy. Przybył do Konstantynopola w 1451 roku, prawdopodobnie pochodził z Węgier, choć kronikarze nie są do końca zgodni, co do jego narodowości. Cesarz Konstantyn XI wyraził zainteresowanie jego usługami, ofiarował mu nawet skromna pensję, choć nie miał wystarczających środków, by zrealizować marzenie Urbana. Zniechęcony ludwisarz opuścił więc dwór Konstantyna i udał się do Edirne, ówczesnej tureckiej stolicy, i tam zaoferował swoje usługi. Przyjęto go z otwartymi ramionami, hojnie obdarowano, dostał też polecenie odlania dział, które byłyby zdolne zburzyć mury Konstantynopola. Urban ochoczo zabrał się do pracy. Największe z odlanych przez niego dział ważyło 19 ton, miało 8 metrów długości, kaliber 750 milimetrów i strzelało na odległość do 1,5 kilometra kamiennymi kulami o wadze ponad pół tony. Sześćdziesiąt wołów, dwustu ludzi oraz oddział specjalny, który wyrównywał drogę – tyle było potrzeba, by przetransportować kolosa pod mury miasta. To monstrualne działo nie było jedynym w sułtańskiej artylerii. W czasie przygotowań do oblężenia Urban odlał kilkadziesiąt innych bombard o różnych kalibrach – następna co do wielkości strzelała pociskami o wadze 360 kilogramów, reszta miotała kule ważące od 23 do 90 kilogramów. Cała artyleria turecka, zgromadzona pod Konstantynopolem, liczyła łącznie 69 dział, podzielonych w czasie oblężenia na 14 lub 15 baterii. Po siedmiu tygodniach oblężenia, nocą 29 maja 1453 roku, sułtan Mehmed II posłał swoich żołnierzy do szturmu ostatecznego właśnie tam, gdzie działa Urbana spowodowały największe spustoszenia. Przez kilka godzin obrońcy odpierali jeszcze kolejne fale atakujących, ale była to już agonia.
Po zdobyciu Konstantynopola potomkom koczowniczych plemion z głębi azjatyckich stepów Europa wyraźnie przypadła do gustu. Wielokrotnie jeszcze starali się powiększyć swoje włości, a ich państwo nadal znajduje się na jej terytorium.
The Hunger Games
Kolejny zamach na turystów. Tym razem w Egipcie. Dokładna liczba ofiar nie jest jeszcze znana albo też władze egipskie wolą zachować tymczasem milczenie w tej kwestii.
Cała ta zabawa przypomina The Hunger Games: w krajach islamskich fundamentaliści polują na turystów, turyści o tym wiedzą, a jednak jeżdżą tam dobrowolnie, przebywają w zamkniętych, strzeżonych enklawach, niczym w więzieniu, nieustannie narażeni na utratę życia lub kalectwo, ale najwyraźniej łudzą się, że uda im się, że nie będą ofiarami, że nie zostaną upolowani, nie tym razem.
Zasada
Zasada „traktuj bliźniego swego jak siebie samego” jest toporna i prymitywna. Przyjmuje ona, że wszyscy ludzie są równi, nie różnią się niczym, mają identyczne upodobania, awersje, preferencje i potrzeby. Wyobraźmy sobie jednak, że zgodnie z tą zasadą częstuję daniem z wieprzowiny wyznawców islamu, bowiem sam przepadam za wieprzowiną, a weganom serwuję krwiste i soczyste steki, bo jest to moje ulubione danie. Nie wiem, czy idea ta mogła mieć zastosowanie w jakiejkolwiek innej rzeczywistości, ale w naszej na pewno nie. Z powodzeniem natomiast wykorzystują ją ostatnio gwałciciele. Jeden z nich oczyszczał się z tego zarzutu tłumacząc, że przecież „tylko chciał jej zrobić dobrze”.
Bogowie
Greccy czy rzymscy bogowie nie ubezwłasnowolniali człowieka. Człowiek mógł być ich partnerem. Był im potrzebny tak samo jak oni jemu. Byli jego odbiciem i często można ich było pokonać lub przechytrzyć – stąd teurgia. Człowiek mógł być równy bogom.
Dopiero te pomyje, które przywędrowały do nas z krajów Bliskiego Wschodu, czyli islam i chrześcijaństwo, uczyniły z nas prawdziwych karłów. Od tego momentu Bóg stał się monarchą absolutnym. Ten Bóg nie rozmawia już z nami. Wydaje rozkazuje, stawia żądania, grozi, karze. Ten Bóg nie jest naszym odbiciem. Te dwie religie zamknęły przed nami drogę do boskości.
Poputczyki islamu
Poputczyki islamu to termin zaproponowany przez znakomitego pisarza węgierskiego, Sandora Marài, i nie ma w tym przypadku, bowiem pochodził z kraju, który od stuleci narażony był na spotkania z tą tępą i gwałtowną ideologią. W Europie zresztą, nawet jeżeli brzmi to dziwnie, nigdy nie brakowało jej poputczyków. Już Erazm z Rotterdamu zapewniał, że ekspansję islamu można skutecznie powstrzymać dając „dobry przykład chrześcijańskiego życia”. Innymi słowy, liczył – podobnie jak jego dzisiejsi epigoni – że muzułmanie, ujrzawszy bogobojnych giaurów, zawstydzą się okrutnie i może porzucą, zalecaną im przez Proroka, „drogę miecza”. Erazm byłby zapewne dumny widząc dziś tłumy pokojowo nastawionych pajaców, którzy w milczeniu i pokorze demonstrują swoją dezaprobatę dla „niecnych wyczynów” jakichś tam pojedyńczych i niedostatecznie zintegrowanych multikulturalnie imigrantów. Byłby zapewne tym bardziej dumny postrzegając w tych demonstracjach muzułmańskich politruków czyli immamów, którzy w ten sposób odwdzięczają się nam za inwestycje w postaci setek meczetów i szkół koranicznych w całej zjednoczonej Europie. I byłby na pewno dumny widząc tysiące pluszowych misiaczków, zniczy, wiązanek kwiatów, laurek oraz wszystkie malowanki na chodnikach z wyrazami współczucia dla ofiar i wyrazami najwyższego szacunku do innych „cywilizacji i kultur”. Czyli byłby na pewno dumny z naszej tolerancji dla islamskiego braku jakiejkolwiek tolerancji dla czegokolwiek.
Mamy bogate tradycje w tym względzie i nie kończą się one bynajmniej na Erazmie. Luter i jego kumple od reformacji uważali, iż islamskie najazdy są słuszną plagą Bożą spadającą na oddających się „kapistowskiej idolatrii” katolików i że sułtan, jakiś ówczesny Erdogan, to daleki potomek króla Priama i ma słuszne prawa do zasiadania na imperialnym tronie Nowego Rzymu. Inni twierdzili, że oto spełnia się apokaliptyczna zapowiedź o powstaniu ludów Goga i Magoga jako zwiastunów klęsk ostatecznych. Nasze dzisiejsze intelektualne wygibasy na ten temat mają więc wypróbowaną i prastarą tradycję. Liberalną.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.