Flow czy flop

Mihály Csíkszentmihályi, amerykański psycholog węgierskiego pochodzenia, cenne prace o osobowości twórczej, ale to nie nimi zyskał sławę i popularność, lecz koncepcją flow, czyli przepływu. Flow to według niego stan oscylujący między satysfakcją a euforią, spowodowany przez akt całkowitego zaangażowania się w jakąś czynność, stan głębokiej koncentracji, uskrzydlenia, stan, który potrafi unieobecnić takie czynniki jak chłód, czas, głód czy zmęczenie.

Być może słowo flow brzmi ciekawie, ale obawiam się, że Csíkszentmihályi odkrył Amerykę na nowo, bo określa ono dokładnie ten sam stan, który zwykliśmy od wieków wyrażać pojęciami wena lub – bardzo po polsku – natchnienie i odpowiednik tego słowa istnieje zarówno w języku węgierskim, ihlet, jak i w języku angielskim, vein albo afflatus. Jakie to proste: wymyśl ciekawie brzmiącą nazwę na jabłko, a wymyślisz nowy owoc.

Reality testing

Zaburzenia typu reality testing, dotyczące testowania rzeczywistości, jak to uczenie nazywa się w psychologii. Bodaj najpopularniejszą jest agnozja, przejawiająca się trudnością w kojarzeniu przedmiotów i osób, pomimo prawidłowego postrzegania ich cech fizycznych. Osobnik dotknięty agnozją dwóch kół połączonych ramą nie jest w stanie rozpoznać jako roweru czy motocykla, człowieka z białą laską jako niewidomego, a leżącego na ulicy człowieka jako osoby, która potrzebuje pomocy. Agnozja przejawia się więc, innymi słowy, totalnym zanikiem umiejętności wnioskowania albo – jak to mawiało się w czasach przednaukowych – złożenia do kupy, że dwa i dwa równa się cztery.  Osobiście jestem jednak przekonany, że zaburzeniem występującym dzisiaj najczęściej jest egzosomestazja. Polega ona, najprościej mówiąc, na nadmiernym rozszerzeniu obrazu własnego ciała. Mózg, dotknięty tą zdawałoby się niewinną przypadłością, nie rozpoznaje granicy między ciałem, a światem zewnętrznym. W sferze psychiki występuje to w formie koszmarnie spęczniałego ego. Najłatwiej zaobserwować to na ulicy i z całą pewnością każdy z nas doświadczył tego na własnej skórze. Egzosomestazjaci traktują cię niczym cień, przez który można przejść, a nawet go podeptać, czasem nie bez grzecznego zdziwienia, że napotykają jakiś opór, ale zwykle z pretensjami. Nie postrzegają twoich konturów i jeśli w czas nie zdołasz uskoczyć na bok, zostaniesz niechybnie stratowany. Co ciekawe, osoby te często czują się zaatakowane przez przedmioty lub innych ludzi, jeśli te znajdują się w odległości mniejszej niż dwa metry od nich. Paramnezja reduplikacyjna natomiast powoduje, że człowiek nią dotknięty jest przekonany, że miejsca w których aktualnie przebywa mają swoje, gdzieś istniejące kopie, co moim zdaniem może być wynikiem tego, że nigdy nikomu i niczemu nie poświęcili ani odrobiny uwagi. Coraz częściej słyszy się też o symptomie Capgrasa, kiedyś niezmiernie rzadkim. Osoby z tym symptomem są przekonane, że znane im osoby nie są autentyczne, nie są prawdziwe, że zastępują je dublerzy. Jestem skłonny przypuszczać, że liczba osób z symptomem Capgrasa będzie lawinowo wzrastać – tak mało dziś prawdziwych, autentycznych ludzi, że podejrzenia takie mogą mieć całkiem racjonalne podstawy.

Udawanie głupka

Słowo suplikacja pochodzi z łac. supplicatio, czyli błaganie, prośba. Był to śpiew chóralny o melodii chorałowej w poezji liturgicznej. Słowa tego używano też w znaczeniu prośba,  skarga, zwykle pisemna. Dzisiaj jest to termin z psychologii oznaczający jedną z licznych strategii autoprezentacji. Ta polega na przedstawianiu samego siebie jako nieudacznika, podkreślaniu swojej słabości, bezbronności, niezaradności z nadzieją, że w ten sposób uzyska się pomoc od innych. Innymi słowy, suplikacja to pospolite udawanie głupka. Ten rodzaj strategii przypisuje się głównie kobietom (stereotyp słabej i bezbronnej kobietki), ale wśród mężczyzn jest ona równie rozpowszechniona – używają jej wobec silniejszych od siebie, przełożonych czy tzw. ludzi sukcesu.

Iluzjoniści

Pełen złości i jadu artykuł o iluzjonistach. Autor sprawia wrażenie inkwizytora, który zaakceptowałby najwymyślniejsze tortury, byle by wydobyć ze swoich ofiar wyznanie, że są pospolitymi oszustami. I tego właśnie nie rozumiem. Iluzjonistów, prestidigatorów należy raczej podziwiać. Najlepsi z nich to ludzie sporej wiedzy, doskonale obeznani z prawami fizyki, optyki, chemii, z psychologią i logiką, niekiedy świetni mentaliści. Idąc na taki spektakl nie oczekujemy przecież cudu. Wiemy, że cudów nie ma. Idziemy, by podziwiać czyjąś sztukę, niesłychaną zręczność, kunszt i pomysłowość, zdolne pokonać nasze zmysły. Dobry spektakl iluzjonistyczny jest znacznie ciekawszy niż współczesny teatr eksperymentalny, gdzie aktor bywa zwykle ośmieszony, a widz ma uczucie, że zrobiono z niego kretyna. Iluzjonista tworzy iluzje, ale nie oszukuje; jego towar jest prawdziwy.

Bertrand Russell

Wpływ nauki na społeczeństwo (The Impact of Science on Society): „Znaczenie psychologii masowej zostało znacznie zwiększone poprzez wzrost nowoczesnych metod propagandy. Najbardziej wpływowa z nich nazywa się edukacją. Psycholodzy społeczni przyszłości będą mieli klasy uczniów, w których będą próbować różnych metod tworzenia niezachwianego przekonania, że śnieg jest czarny. Wkrótce otrzymają różne rezultaty. Pierwszy, że dom ma wpływ obstrukcyjny. Drugi, że niewiele można zrobić, jeśli indoktrynacja nie rozpocznie się w wieku poniżej 10 lat. Trzeci, że bardzo skuteczne są ułożone do muzyki wersety i wielokrotnie intonowane. Czwarty, że opinia, iż śnieg jest biały, musi być podtrzymana, żeby pokazać chorobliwy smak ekscentryczności. Ale uważam, że w przyszłości naukowcy sprecyzują te maksymy i odkryją dokładnie, jaki jest koszt na głowę, żeby dzieci uwierzyły, że śnieg jest czarny; i o ile mniej będzie kosztować to, żeby uwierzyły, iż jest ciemnoszary. Kiedy udoskonali się tę technikę, to każdy rząd, który kierował edukacją przez jedno pokolenie, będzie mógł bezpiecznie kontrolować swoich obywateli bez potrzeby armii czy policji”.

Komentarz jest chyba zbyteczny. Może poza tym, że słowa te napisał B. Russell w roku 1952.