Europejskie Jonestown

W ostatnich dniach grudnia zeszłego roku pisałem na tym blogu, we wpisie Dobra, cicha metoda, o zjawisku podmiany populacji. Dzisiaj czytam w wiadomościach, że Parlament Europejski chce, by kraje EU dobrowolnie wpłacały na fundusz, który sfinansuje aborcje kobietom, które przyjadą z krajów, gdzie aborcja jest zakazana, do krajów, gdzie jest legalna. Z jednej strony mamy więc hiobowe w tonie raporty o zastraszającym niżu demograficznym w Europie, który prowadzi do starzenia się społeczeństw, depopulacji, problemów z rynkiem pracy, załamania systemu opieki zdrowotnej i systemu emerytalnego, a nawet zamykania szkół i uczelni, a z drugiej tworzy się fundusz, który ma przyczynić się do jeszcze większego zaostrzenia tej tendencji. Jednocześnie szeroko i bezmyślnie otwiera się europejskie granice, przyjmując wszystko, co tylko posiada kończyny dolne i jest w stanie poruszać się za ich pomocą – przy czym osobnikom tym oferuje się pełne utrzymanie i nie stawia się żadnych wymagań. Czy jest w tym jakaś logika? 

Niestety, sądzę, że jest. I wyraża się prostą alternatywą: albo w myśleniu współczesnych Europejczyków nastąpił całkowity zanik umiejętności postrzegania związku między przyczyną a skutkiem albo jest to świadoma i zbrodnicza działalność, która ma w konsekwencji spowodować podmianę europejskiej populacji. Pierwszy człon tej alternatywy, choć nie całkiem nieprawdopodobny, co można poprzeć dziesiątkami przykładów, wciąż jeszcze nie przybrał jednak znamion ogólnej atrofii, drugi natomiast wydaje się być więcej niż prawdopodobny. Jesteśmy więc być może świadkami czegoś, co można porównać do zbiorowego samobójstwa w Jonestown – tyle że w niewyobrażalnie większej skali i rozpisanej na dziesiątki lat.

Odysjada 14

Los Odysa posiada wiele wersji. Jedna z nich opowiada o tym, że po powrocie na Itakę, po ukaraniu zalotników i przywróceniu ładu ponownie powrócił na morze i na morzu zginął, a jego ciało morska fala zaniosła na Ogygię i wyrzuciła na jej brzeg. Odys miałby ostatecznie więc powrócić do swojej boskiej i nieśmiertelnej kochanki. Jest w tym logika. Imię Kalipso, kalyptein, znaczy „chować”, „kryć” (termin „apokalipsa” posiada zresztą tę samą etymologię) i sugeruje, że na początku była być może utożsamiana z boginią śmierci bądź ciemności.

Także los Kalipso ma inną wersję. Kalipso była nimfą, a nimf nie uważano za istoty par excellence nieśmiertelne. Nieśmiertelność nimf wiąże się z ich przynależnością do natury; należały do natury, stanowiły jej część i ich życie podlegało jej prawom. Było zarówno nieśmiertelne, jak i skończone. Są greckie mity, które mówią, że Kalipso po rozstaniu z Odysem długo była niepocieszona i smutna i pewnego dnia smutek ją pokonał – wybrała samobójstwo.

de Chamfort

Chamfort. Sébastien-Roch Nicolas. Znakomity aforysta i wielki entuzjasta Rewolucji. Później, przerażony terrorem, dołączył do Moderatów i został zadenuncjowany w Komitecie Bezpieczeństwa Ogólnego. „Bądź moim bratem albo cię zabiję”, jedno z jego powiedzeń, celnie podsumowujące koncepcję Terroru dotyczącą rewolucyjnej zasady braterstwa. Zwolniony z więzienia, ale nie mogąc znieść niepewności i perspektywy ponownego uwięzienia, we wrześniu 1793 roku zamknął się w swoim gabinecie i strzelił sobie w twarz. Pech chciał, że pistolet zepsuł się. Kula strzaskała mu nos i wybiła oko, lecz przeżył. Podcina więc sobie brzytwą żyły, kaleczy się dotkliwie, jego kamerdyner znajduje go nieprzytomnego w kałuży krwi, zostaje odratowany. Podyktował tym, którzy przybyli, aby go aresztować, znaną deklarację: Moi, Sebastien-Roch Nicolas de Chamfort, déclare avoir voulu mourir en homme libre plutôt que d’être reconduit en esclave dans une maison d’arrêt („Ja, Sebastien- Roch Nicolas de Chamfort, oświadczam, że wolę raczej umrzeć jako wolny człowiek niż pozostać niewolnikiem w więzieniu.”), którą podpisał własną krwią.  Od tego czasu aż do śmierci w następnym roku, a śmierć zajęła mu siedem potwornych miesięcy, bardzo cierpiał. Opiekował się nim żandarm, któremu codziennie płacił koronę.

Màrai

Jego twórczość jest solidna w absolutnie najlepszym tego słowa znaczeniu. Zawsze wie o czym pisze i pisze to dobrze. Można mieć do niego pełne zaufanie. Màrai jest solidny. Nie tylko w twórczości, zresztą. Kiedy postanowił odejść z życia popełniając samobójstwo, zapisał się wcześniej na kurs strzelania. Niczego nie pozostawił w kapryśnych łapkach przypadku, żadnej fuszerki, żadnego amatorstwa.

Seneka

Życie jest bardziej skomplikowane niż to śniło się filozofom. Z całą pewnością nigdy nie pozbędziemy się tej rozkosznej pokusy, by spekulować o tym, jak właściwie należy żyć, jak powinno wyglądać mądre życie, czym powinniśmy powodować się w życiu, a życie dalej będzie kpić z naszych śmiesznych spekulacji i bezlitośnie, przy każdej sposobności, demaskować ich nicość.

Zawsze lubiłem czytać Senekę. Nie rozstaję się z jego „Myślami” prawie od trzydziestu lat, choć zdarza się, że czasem po prostu zapominam o nich. Wtedy gubią się gdzieś na przepastnych półkach biblioteczki, mija rok lub dwa, i nagle pojawiają się znów na moim biurku, pozostając na nim przez wiele miesięcy, zanim znów gdzieś się skryją. Seneka jest mądry. Spotkanie z nim jest jak spotkanie z ciszą, jak spotkanie z samym sobą. Kiedy czytam go, nie mam wątpliwości, że wiedział jak należy żyć i doskonale rozumiał, czym jest życie. Natomiast kiedy czytam o nim, zaczynam wątpić. „Potrzeby naszego ciała są skromne: domaga się ono jedynie ochrony przed zimnem, pokarmu dla zaspokojenia głodu i pragnienia. Wszystko, czego pożądamy ponadto, służy naszym wadom, a nie potrzebom rzeczywistym” – w swoich pisamach wielokrotnie wspomina o tym, że życie powinno być skromne, ale sam należał do najbogatszych ludzi tamtego czasu, zgromadził majątek oceniany na 300 milionów systercjów;  był więc antycznym miliarderem. Zarzucano mu nawet chciwość i pazerność. „Najlepsza jest taka miara majątku, żeby ani nie popaść w ubóstwo, ani od ubóstwa nie być daleko” – z fortuną 300 milionów systercjów był bardzo daleko od ubóstwa. Ale czy tylko droga Buddy jest słuszna? Czy ważne jest, by własnym życiem udowodnić swoje przekonania? Seneka nie głosił religii. „Żadne położenie nie jest aż tak trudne, by przekreślało każdą możliwość szlachetnego działania” – pisze. Czy są to tylko czcze słowa, pobożne życzenia? Żył przecież na dworze Nerona, był zamieszany we wszystkie brudy i zbrodnie tego okresu. Mimo najlepszych chęci nigdy nie uwierzę, że nie miał najmniejszego pojęcia o pułapce, jaką jego wychowanek przygotował dla swojej matki, Agrypiny. Gdy uratowała się, brał zapewne udział w naradzie u Nerona, gdzie zdecydowano, by wysłać do niej morderców, którzy zatłukli ją pałkami. Wiadomo też, że to on, Seneka, był rzeczywistym autorem listu Nerona do senatu, listu z kłamliwymi wyjaśnieniami okoliczności i przyczyn jej śmierci. Czy rzeczywiście „żadne położenie nie jest tak trudne ..? Seneka współdziałał z matkobójcą, cynicznie usprawiedliwiał jego zbrodnię i mimo tego był i pozostał wielkim autorytetem moralnym, cytowanym przez dziesiątki innych filozofów i całe rzesze wszelkiej maści kaznodziejów przez całe wieki. Bezwzględnie potępiał tyranię i wychował jednego z największych tyranów. W swoich rozważaniach nigdy nie pobłaża pochlebcom, lecz sam płaszczył się przed Messaliną i wyzwoleńcami Klaudiusza. Nie krył też nigdy swojej pogardy dla ludzi, którzy stają się narzędziami przemocy, a dobrowolnie wysługiwał się Neronowi. Otaczał się zbytkiem, choć potępiał zbytek. Znana była też jego rozwiązłość, co nie przeszkadza mu nawoływać do panowania nad zmysłami.

Zapewne doskonale rozumiał, że Neron będzie chciał pozbyć się niewygodnego świadka swoich zbrodni. Dlatego próbuje wycofać się z czynnego życia, ofiarowując Neronowi cały swój majątek. Ale i to nie wystarczyło. I bez wątpienia wiedział, że to nie wystarczy. Wiedział, że nic już nie wystarczy. W 65 roku naszej ery Neron otrzymał  stosowny  pretekst – spisek Pizona. Lucius Annaeus Seneca Minor, Seneka Młodszy, retor, pisarz, poeta i filozof, otrzymał prawo,  zaszczytne prawo, by popełnić samobójstwo. Podciął sobie kilka żył.  Ze względu na poważny wiek krew z przeciętych żył wypływała bardzo powoli. Dyktuje więc skrybie ostatnie słowa, po czym zanurza się w gorących wodach łaźni. Ciepło przyspieszyło upływ krwi i zakończyło jego życie. Odszedł tak, jak głosił. Może ważne jest, by własnym życiem udowodnić to, co głosimy. Ale ilu z nas jest w stanie udowodnić to własną śmiercią?

Los człowieka

Sandor Márai starannie przygotował swój koniec. Zawczasu kupił rewolwer, ukończył kurs obchodzenia się z bronią, od znajomego lekarza, sugerując scenę samobójstwa nad którą pracuje w powieści, wydobył zasady skuteczności w użyciu broni. Ostatnie zdanie jego Dzienników, z 15 stycznia 1989 roku, brzmi: „Czekam na wezwanie, nie ponaglam, ale i nie ociągam się. Już pora”. Popełnił samobójstwo strzałem z pistoletu 22 lutego 1989 w San Diego, gdzie spędził swoje ostatnie lata. Wcześniej zapisał w „Dzienniku”: Widziałem ziemię, niebo, pory roku. Poznałem miłość, ułamki prawdy, żądze i rozczarowania. Żyłem na ziemi i powoli nabierałem wewnętrznej pogody. Pewnego dnia umrę; i to także jest cudownie zwyczajne i proste! Czy mogło zdarzyć się ze mną coś innego, lepszego, doskonalszego? Nie mogło. Przeżyłem coś największego i najwspanialszego, los człowieka. Nie mogło mi się przydarzyć nic innego i nic lepszego.