Józef Mackiewicz, znakomity emigracyjny pisarz i publicysta, wraz z grupą polskich robotników i dziennikarzami z krajów neutralnych i okupowanych przybył na miejsce sowieckiej zbrodni w Katyniu, nad otwarte już mogiły polskich oficerów, 21 maja 1943 roku. Niniejszy cytat pochodzi z wywiadu, którego po powrocie z Katynia udzielił pismu „Goniec Codzienny”, wydawanemu podówczas w Wilnie: Jeden, dwa, trzy trupy ludzkie robią już ciężkie i przygniatające wrażenie. Proszę sobie wyobrazić ich tysiące, tysiące, i wszystkie w mundurach oficerów polskich… Kwiat inteligencji, rycerstwo Narodu! Tworzą warstwy w głąb, warstwy ciał ludzkich jedne na drugich. W tej okropnej chwili przychodzi mi straszliwe porównanie ich do wielkiej skrzyni sardynek. Ułożone są jak sardynki, przekładane nawzajem to nogami, to głową, sprasowane, spłaszczone w trupim soku, który na dnie niektórych dołów ustaje się nieraz w postaci zielonej, martwej cieczy, nie odbijającej ani wierzchołków drzew, ani obłoków na niebie. Obnażyliśmy głowy i stali nieruchomo, jakieś ptaszki ćwierkały na sośnie. Deszcz akurat przestał padać, błogosławiony wiatr odegnał na przeciwną stronę grobu odurzający swąd. I nawet na chwilę wyjrzało słońce. Był to moment, którego nie zapomnę nigdy, bo promienie tego słońca padły i zabłysły nagle na złotym zębie czyichś tam, w głębi, na wpół otwartych ust. Odchyliłem głowę, by zmienić kąt odbicia i nie patrzeć na te słoneczne igraszki. W takich chwilach samo życie wydaje się cynizmem. Wiosna nad dołem splątanych nawzajem rąk, nóg, wykrzywionych twarzy, zlepionych włosów, oficerskich butów, strupieszałych mundurów, pasów. Pomyśleć sobie, że każda z tych pozycji leżących, skrzywienie kolana, odrzut głowy był ostatnim odruchem najwyższej męki, rozpaczy, strachu, bólu… czy ja wiem zresztą, jakich najgorszych odczuć ludzkich. Znaczna część skrępowana była sznurami, niektórzy pokłuci bagnetami. Tego dnia, gdy opuszczałem Katyń, wydobyto zwłoki, które tym się różniły od innych, że nie były strzelane tym stereotypowym strzałem w potylicę czaszki, jak to już powszechnie wiadomo, a wykazywały postrzał z tyłu między łopatki, przebite poza tym prawie na wylot bagnetem i kilkakrotnie jeszcze pokłute w różnych miejscach. Właśnie stawiających opór, jak to wykazały badania, krępowano. Widziałem ten charakterystyczny węzeł. Nie potrafię go powtórzyć, ale chodzi w nim głównie o to, że którąkolwiek bądź rękę poruszy delikwent, zaciska wszystkie więzy. Niektórym sznury założone były na szyi, w takim wypadku szarpnięcie skrępowaną ręką zaciskało jednocześnie pętlę na szyi i dusiło. Ostatni raport dr. Mariana Wodzińskiego, przesłany do centrali Polskiego Czerwonego Krzyża mówi, że 0,4 procent zwłok wykazało podwójny postrzał w potylicę, zaś 1,5 procent podwójny postrzał szyi. Kaliber jak wiadomo był zawsze ten sam 7,63, nie dający zresztą dużej detonacji. Również na kilka dni przed moim przybyciem dokonano wstrząsającego odkrycia, o którym doprawdy mówić można tylko przez zaciśnięte zęby: oto w jednym z dołów znaleziono warstwy oficerów, których kładziono żywcem twarzami na dół na poprzednio już zabite warstwy albo jeszcze drgające w konwulsjach przedśmiertnych, i strzelano ich w pozycji leżącej.
Tag: Sowieci
Nasz powszedni Photoshop
Gdyby nie pewność, że autorami Photoshopa są bracia Thomas i John Knoll, należałoby powiedzieć, że stworzyli go Sowieci. To oni, niemal natychmiast po zagarnięciu władzy, zaczęli stosować ich własny „Photoshop”. Gdy jakiś bolszewicki działacz stawał się wrogiem ludu, a zdarzało się to częściej niż często, sprawa wcale nie kończyła się jakimś banalnym aktem rozstrzelania odstępcy. Znikał on nie tylko fizycznie. Wykreślano go także z podręczników i usuwano ze zdjęć, na których, w szczęśliwych dla niego czasach, figurował w towarzystwie upiorów typu Lenin czy Stalin. Sowieci już od początku i z upodobaniem korygowali rzeczywistość, w każdym z jej przejawów. Słynną fotografię Jewgienija Chałdeja, fotoreportera sowieckiej agencji prasowej TASS, przedstawiającą zawieszenie flagi nad Reichstagiem, znają wszyscy. Była ona wyreżyserowana. Pierwszą flagę zatknięto tam 30 kwietnia w nocy, ale Niemcy odbili Reichstag i zdjęli ją. Dopiero 2 maja Chałdej zainscenizował scenę zatknięcia flagi i wykonał serię zdjęć. Uszło jego uwadze jednak, że na ręce żołnierza, mocującego flagę, widać było aż dwa zegarki. Wyrażało to co prawda gorącą, sowiecką namiętność do „czasow”, ale ponieważ mogło budzić uzasadnione rozbawienie obserwatorów mniej zainteresowanych sztuką zegarmistrzowską, więc jeden z zegarków został dyskretnie usunięty z późniejszych wersji tej fotografii.
Fotograficzne fałszerstwa nie są nowe. Ludzie manipulowali obrazem od początku istnienia fotografii. Już Baudelaire, przy okazji Salonu 1859, zauważył, że fotografia, ten mechaniczny, demokratyczny sposób odwzorowywania świata, najprecyzyjniej wyraża gust tłumu. Uważał fotografię za medium doskonale „bezmyślne”. W naszych czasach fotografia, zapewne przez podobieństwo do rzeczywistości i gust tłumu, funkcjonuje niemalże jako materiał dowodowy. By uwierzyć w informację, żeby uwierzyć, że „tak było”, nie wystarczą już tylko słowa – musi być jeszcze „dowód” w postaci fotografii. Nie dla wszystkich, co prawda, jest to dowód. S. Sontag utrzymuje, że fotografia zaczęła zastępować rzeczywistość. „Fotografia narzuca nam pogląd, że poznamy świat, jeśli zgodzimy się, żeby wyglądał, jak na fotografii. Rozumienie zaczyna się od niezgody na świat, jaki dostrzegamy, ale szansa takiej odmowy przesądza o możliwości poznania i zagłębienia się w jego istotę. Nigdy niczego nie rozumiemy dzięki fotografii.” Według niej oznacza to definitywny koniec myślenia krytycznego, myślenia, które zakłada wątpienie. Także dla V. Flussera zgoda na Uniwersum Fotograficzne jest przejawem współczesnego analfabetyzmu: „W toku historii dominowały teksty, współcześnie dominują obrazy. Analfabeta nie jest już, jak wcześniej, wykluczony z kultury zaszyfrowanej w tekstach, tylko jest prawie całkowicie zanurzony w kulturze zaszyfrowanej w obrazach.”
Czy istotnie staliśmy się analfabetami? Chyba tak. Przyjrzyjmy się dwóm przykładom. Pierwszy z nich to bardzo znana fotografia autorstwa Eddie Adamsa. Powstała 1 lutego 1968 roku. Nguyen Ngoc Loana, szef proamerykańskiej południowowietnamskiej policji, który przymierza się do strzału w głowę innego mężczyzny. Zdjęcie obiegło cały świat z podobnym opisem. Przeciwnicy wojny w Wietnamie wykorzystywali ją w protestach, nie znając, i pewnie nie chcąc znać, jej historii i kontekstu. Tymczasem ofiarą szefa policji nie jest jakiś niewinny i bezbronny cywil, jak sugeruje to fotografia. Był to dowódca plutonów egzekucyjnych, oficer Vietkongu – Nguyen Van Lem. Jego oddział brał udział w Ofensywie Tet, gdy komuniści oraz partyzanci zaatakowali miasta, współpracujące z Amerykanami. W ramach ataków na cywili odbyły się czystki – śmierć poniosło około 6000 osób. Wszyscy policjanci w Sajgonie zostali postawieni w stan gotowości – zostali ściągnięci z urlopów i wezwani do komend. Szpiegom Vietkongu udało się jednak zdobyć ich adresy. Komuniści nie zastali więc policjantów w ich domach, ale wymordowali ich rodziny – kobiety i dzieci. Dowódcą jednego z plutonów egzekucyjnych był właśnie oficer Nguyen Van Lem, „ofiara” ze zdjęcia. Nie zdołał już potem uciec, ukrył się w rowie, w którym było pełno ciał członków rodzin wietnamskich policjantów, i tam został schwytany. Nguyen Ngoc Loan zobaczył wśród tych ciał żony i dzieci swoich dwóch najlepszych przyjaciół. Po doprowadzeniu dowódcy plutonu egzekucyjnego bez wahania wyciągnął rewolwer i strzelił mu w głowę. Według Konwencji Genewskiej nie zostały w tym wypadku pogwałcone prawa człowieka, bowiem ta chroni umundurowanych żołnierzy zaangażowanych w walkę z przeciwnikiem. Tymczasem Nguyen Van Lem przebrał się za cywila i mordował bezbronnych ludzi. Autor tej fotografii, Adams, szybko zorientował się, że została ona źle zinterpretowana. Na łamach magazynu „Time” wielokrotnie wyrażał żal, że wypuścił ją w świat, rujnując życie Loana i jego rodziny. Zdjęcie dalej było wykorzystywane w błędnym kontekście i nawet dzisiaj jest zwykle interpretowane w ten sam sposób.
Drugim przykładem takiej manipulacji, która „wstrząsnęła” światem, jest zdjęcie 3-letniego Syrijczyka, który utonął w morzu Egejskim, podczas przeprawy pontonem z Turcji do Grecji. Ciało Aylana Kurdi, obmywane przez morskie fale, ubrudzone w piasku, leżące na plaży natychmiast przykuło uwagę całego świata. Ale i to zdjęcie jest również manipulacją. Zostało bowiem starannie zainscenizowane. Aylan Kurdi naprawdę utonął, jednak jego ciało morze wyrzuciło zupełnie gdzie indziej. Chłopczyk został stamtąd zabrany w miejsce bardziej „fotogeniczne”, i dopiero tam wykonano tę fotografię. Jego autorką jest Nilüfer Demir. Interesujące byłoby dowiedzieć się, czy to ona brała udział w układaniu martwego dziecka tak, by lepiej wypadło w jej obiektywie.
Czy stajemy się więc analfabetami, gotowymi uwierzyć w każdą fikcję i inscenizację, jeżeli tylko „potwierdzona” jest fotografią? Tak. Jesteśmy nimi już od dawna. Każdego dnia oglądamy zdjęcia poddane głębokiemu retuszowi i nie stawiamy żadnych pytań i nic nas nie dziwi. Jeśli tabloidy nie mogą zdobyć rzeczywistych klisz ze zdarzeń, sami tworzą potrzebną kompozycję z innych zdjęć. I ma to miejsce wszędzie, w polityce, rozrywce, sądach, magazynach mody i czasopismach naukowych – żyjemy w fikcji.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.