Cywilizacja to żmudne dążenie człowieka do uniezależniania się od Natury – innymi słowy, uwolnienia się od kaprysów klimatu, od przewrotności przyrody, od życia w nieustannym zagrożeniu. Cywilizacja to próba zapanowania nad swoim otoczeniem i światem, próba uczynienia życia dobrym lub przynajmniej znośnym. Czymże więc jest lansowana obecnie idea „powrotu do natury”? Jest to par excellence propozycja demontażu cywilizacji. Nie można bowiem wrócić do natury nie niszcząc cywilizacji. Cywilizować znaczy poskramiać naturę, dostosowywać ją do ludzkich potrzeb i wymagań. Powrót do natury zaś to wygaszanie cywilizacyjnych zdobyczy i udogodnień. Powinniśmy przestać wznosić domy, eksploatować zasoby naturalne, przestać budować drogi i mosty, porzucić naukę, zaniechać produkcji leków, zniszczyć większość naszych ekstensji, wyciemnić miasta, zlikwidować emisję gazów spalinowych, czyli ograniczyć wszelkie środki transportu, zlikwidować produkcję mięsa, skasować elektrownie, etc. Triada głoszona przez domorosłych ekologów, kryptotchórzy i samobójców, czyli powrót do natury, życie zgodne z naturą i ratowanie natury, to doskonale puste frazesy, pseudointelektualne wydmuszki, które tylko idioci mogą brać na poważnie. Nie można zatrzymać naszej wędrówki, nie można jej nawet wyhamować, nie mamy na to wpływu. Żyjąc zużywany życie, dylemat Rafaela de Valentin, nasz cywilizacyjny szagryn kurczy się także, kurczy się z każdym przeżytym dniem, a mimo tego jedyne, co nam pozostało, to iść jeszcze szybciej, sięgać jeszcze dalej, myśleć jeszcze odważniej, nie oglądać się za siebie i zawsze pamiętać, że egzystujemy nie dzięki Naturze, lecz dlatego, że kiedyś zdołaliśmy ją opuścić. Nie ma powrotu do Natury, tak jak nie ma powrotu do dzieciństwa. Można iść do tyłu, ale nigdy wstecz. Natura nas nie ocali – nasza szansa na ocalenie to cywilizacja.