Keleba spotkałem na czarnej plaży Perrisa na Santorini. Zajmował sąsiednie łóżko, był wielki, kanciasty, nieco hałaśliwy, ale przyjazny i serdeczny. To on nawiązał dialog i, nie czując z mojej strony niechęci czy oporu, natychmiast zarzucił mnie pytaniami. Sam też nie miał nic przeciwko temu, by opowiadać o sobie. Czynił to chętnie, dowiedziałem się, że jest obywatelem amerykańskim, mieszka w Chicago, chrześcijanin, tak jak cała jego rodzina, prawie od dziecka w Stanach, zajmuje się nieruchomościami i powodzi mu się dobrze. Zatrzymał się tu, na Santorii, tej boskiej wyspie, wracając z odwiedzin u sióstr i braci, którzy mieszkają częściowo w Jemenie, częściowo w Sudanie. Był piękny, gorący dzień, turyści chłodzili się w lazurowej wodzie, wulkaniczny, czarny piasek pod stopami i białe Assyrtiko podawane w eleganckich wiaderkach z lodem. W pewnym momencie zaczął mi opowiadać o mordowaniu chrześcijan w Sudanie i Jemenie. W zeszłym roku jeden z jego krewnych został w bestialski sposób torturowany i zamordowany tylko dlatego, że nie chciał wyrzec się swojej wiary. Gdy zapytałem, czy znaleziono sprawców tej zbrodni, Kaleb zaśmiał się ironicznie. Tak. Ale jakież to ma znaczenie? W państwach islamu nikt nie może być skazany za zbrodnie popełnione na chrześcijanach, ponieważ prawo islamu, sharia, nie może wspierać chrześcijanina.
Dziś przeczytałem w wywiadzie z francuskim islamologiem, że tylko w samym Sudanie w ciągu ostatnich dziesięciu lat zamordowano setki tysięcy chrześcijan. Nikt o nich nie upomniał się. Nikt nie został skazany. Chrześcijan można zabijać. Kaleb nie kłamał.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.