Nigdy nie byłem i nadal nie jestem w stanie zachwycić się sztuką bizantyjską i nie rozumiem tych, których ona zachwyca. Odstręcza mnie jej schematyzm i żałosne ubóstwo przedstawień. Postacie rozrysowane są na nienaturalnie płaskich przestrzeniach, całkowicie pozbawionych głębi i perspektywy – wszystko to czyni tę sztukę zgrzebną, par excellence prymitywną, a tym samym kompletnie nieinteresującą. Ikony, ikony, ikony, nie oszukujmy się – ikony posiadały charakter głównie religijny i polityczny, a nie estetyczny. Były wyrazem oficjalnej propagandy zwycięskiej religii, ich zadaniem była gloryfikacja życia „świętego” oraz wspieranie nowego chrześcijańskiego ładu. Ikony, ich ograniczona i płytka tematyka, to przejaw tego samego zjawiska, które wiele wieków później pojawiło się w postaci realizmu socjalistycznego.
Tag: Bizancjum
Idole Bizancjum
Sławni, podziwiani, popularni i bogaci. Herosi hipodromu w Konstantynopolu. Norman Baynes, brytyjski bizantynolog, uważał, iż społeczeństwo bizantyńskie miało tylko dwu bohaterów: zwycięskiego woźnicę i świętego ascetę. Chrześcijaństwo zlikwidowało walki gladiatorów. Od końca IV wieku naszej ery to hipodromy i teatry stały się dostarczycielami masowej rozrywki.
Jednym z najbardziej widowiskowych sportów starożytności były wyścigi kwadryg, rydwanów zaprzężonych w cztery konie. Zdarzało się, że rozpędzone zaprzęgi wpadały na siebie w ferworze walki, powodując spektakularne, ale i tragiczne wypadki, bowiem aurigowie, aby nie wypuścić lejców, obwiązywali się nimi kilkakrotnie niczym pasem. Pozwalało im to co prawda lepiej kierować końmi, bo łatwiej mogli wykorzystać masę swego ciała, by zależnie od potrzeby przenosić ciężar ciała w prawo lub w lewo, trochę niczym żeglarz, który balansując, wychyla się za burtę. Miało to jednak i negatywne skutki. W razie wypadku i rozbicia się rydwanu konie wyrywały woźnicę z jego miejsca i wlekły za sobą po torze, chyba że zdołał dostatecznie szybko przeciąć lejce nożem, noszonym zawsze w kamizelce. Co udawało się niekiedy, ale nie było regułą. Zwycięzcą zostawał ten, kto pierwszy dotarł do mety po siedmiu okrążeniach. Nasz współczesny obraz tych wyścigów, serwowany hojnie przez kiepskie malarstwo historyczne i równie kiepskie historyczne filmy, jest z gruntu fałszywy. Alberto Angela, w świetnej pracy Imperium, wyjaśnia to następująco: Wozy, które widzimy na arenie Circus Maximus, bardzo różnią się od wyobrażeń, jakie mamy na ten temat. Rydwany pokazywane w filmie Ben Hur i w wielu innych produkcjach kinowych nigdy nie mogłyby brać udziału w wyścigu. Dlaczego? Ponieważ byłyby zbyt ciężkie. Te filmowe są zawsze masywne, z wysoką platformą, nadają się idealnie do triumfalnych pochodów, ale byłyby bezużyteczne w prawdziwych gonitwach. To błąd Hollywood. To tak, jakby nasi potomkowie, za 2000 lat, wyobrazili sobie, że w wyścigach Formuły 1 jeździły takie same modele Ferrari, jak na ulicach. Są to wprawdzie szybkie samochody, ale nie mają nic wspólnego z bolidami biorącymi udział w Grand Prix: te są bardzo lekkie, o odpowiednio wyprofilowanym, bardzo niskim nadwoziu, projektowane tak, by zaoszczędzić w czasie wyścigu każdą setną sekundy. Platforma znajduje się bardzo nisko, sięga woźnicy do połowy uda. Ma solidną, drewnianą poręcz, do której przywiązywano malowaną i dekorowaną osłonę ze skóry. Koła są zaskakująco małe, mają średnicę tacy, nie większą. I nie umieszczono ich w połowie długości wozu, jak w filmie Ben Hur, ale znacznie przesunięto do tyłu, w taki sposób, że wóz pochyla się do przodu: to sztuczka pozwalająca obniżyć środek ciężkości, by rydwan lepiej trzymał się podłoża na zakrętach. Kolejnym zaskoczeniem są konie – niewysokie, często nie przekraczają półtora metra, nam raczej przypominałyby kuce. Ale starożytne rumaki tak wyglądają; konie są niskie, nawet te używane przez legionistów.
Wyścigi dostarczały takiej porcji emocji, że w przerwach między gonitwami trzeba było zapewnić tłumom chwile wytchnienia – zamiast dzisiejszych mdłych popisów cheerleaderek pojawiali się tancerze na linie, występowali artyści mimiczni, poskramiacze dzikich zwierząt, atleci. Wszystko w tym celu, by choć na chwilę rozładować ogromne napięcie towarzyszące wyścigom. Aurigowie powozili rydwanami różnych stronnictw, z których najpopularniejsze były stronnictwa Niebieskich i Zielonych. Najlepsi z zawodników szybko stawali się idolami i gwiazdorami, zdobywając niejednokrotnie okazałą fortunę i uwielbienie kobiet. Tak było w przypadku woźnicy o imieniu Porfyrios, który okazał się zawodnikiem na tyle wybitnym, że rywalizował w wyścigach jeszcze jako pięćdziesięcioletni mężczyzna. W hipodromie w Konstantynopolu postawiono mu siedem pomników, a pierwszy za triumf w wieku… siedemnastu lat. Miano woźnicy wszechczasów zdobył jednak Gajusz Apulejusz Diokles, żyjący w II wieku. Startował w barwach Białych, potem Zielonych, by w końcu, na ostatnie 15 lat swojej długiej kariery, przenieść się do Czerwonych. Uznaje się go za najbogatszego sportowca wszech czasów – łączna suma jego honorariów wystarczyłaby na to, by przez rok zaopatrywać wszystkich mieszkańców Rzymu w zboże.
Termy
Termy, codzienność i chluba Rzymu. Wiemy, że już w 33 r. p.n.e. było w samym Rzymie 170 małych łaźni, a w V wieku ich liczba wzrosła do ponad 850 – publicznych, jak i prywatnych. Do najsłynniejszych i największych zalicza się termy Nerona, do dziś na via di S. Eustachio zachowały się z nich dwie kolumny, termy Tytusa, usytuowane obok Koloseum, wybudowane w miejscu, gdzie wcześniej znajdowało się jedno ze skrzydeł Złotego Domu Nerona, termy Trajana czy olbrzymie Termy Karakalli, z których jednorazowo mogło korzystać ponad półtora tysiąca osób.
Podziwiamy je i nigdy nie myślimy o technicznej stronie ich funkcjonowania. Tymczasem tylko te największe z nich zużywały nie mniej niż 10 ton drewna dziennie. Podziemia term Karakalli mogły podobno swobodnie pomieścić 2000 ton drewna, czyli zapas wystarczający na siedem miesięcy. Jeżeli to wszystko pomnożyć przez ilość term, mniejszych i większych w całym mieście, a potem przez setki lat ich działalności, suma będzie astronomiczna. Skutkiem tego było wylesienie ogromnych połaci lasów w Europie i w basenie Morza Śródziemnego oraz zagłada dziesiątków gatunków zwierząt i całych lokalnych ekosystemów. Drewno płynęło do Rzymu nie tylko pełnomorskimi statkami zresztą i nie tylko po Morzu Śródziemnym, ale i wszystkimi spławnymi rzekami cesarstwa. Wielkie barki, które rzekami dostarczały drewno do stolicy, nie wracały potem do swoich macierzystych przystani. Nie warto było holować ich pod prąd, wymagałoby to zbyt wielu nakładów. Rzymianie znaleźli prostsze rozwiązanie – ponieważ były zrobione z drewna, rozbierano je i sprzedawano na wagę, czyli dzieliły los ładunku, który dostarczały.
Najdłużej jednak przetrwały termy nie w zachodniej, lecz we wschodniej części Cesarstwa – w Bizancjum. Odkrycia archeologiczne potwierdzają, że jeszcze w VI wieku n.e. Aleksandria wydawała niemal jedną trzecią swego budżetu tylko na ogrzewanie łaźni. We wschodnich prowincjach Syrii, w Judei i Arabii, w rejonach ścierania się wpływów chrześcijańskich, rzymskich i islamskich, termy, zwykle niewielkie, ewoluowały stopniowo w rzymsko-arabską hybrydę. Przede wszystkim całkowicie znikły gimnazjony, a frigidarium przekształciło się w miejsce towarzyskich spotkań. I to właśnie ta hybryda została następnie zaadoptowana przez Turków, którzy natrafili na nią w miastach bizantyjskich Azji Mniejszej oraz arabskich w Egipcie i Syrii i przekształciła się w łaźnię turecką, czyli hamam. Jej bywalcy nie myli się już jak Rzymianie we wspólnym basenie, lecz przy umywalniach, a łaziebni energicznie ich namydlali i masowali szorstką rękawicą, co zastąpiło rzymski strigił i nacieranie oliwą. Jest swoistym paradoksem, że to hamam pozostał jedynym żyjącym potomkiem rzymskiej tradycji kąpielowej i pośrednio sprawił, że zwyczaj mycia się powrócił następnie rykoszetem do średniowiecznej Europy.
Turcy, po podbiciu Bizancjum, zaadoptowali sporo z greckich i rzymskich cywilizacyjnych zdobyczy, w tym również termy, ale nigdy nie stały się one ich codziennym zwyczajem, jak w starożytnym Rzymie. Hamamu zażywano raz w tygodniu lub raz na dwa tygodnie. Nigdzie poza antycznym Rzymem kąpiele nie były i nie stały się tak popularne i tak pospolite. Ironia historii polega na tym, że termy powróciły po wiekach do Europy jako „turecka łaźnia” i dla wielu Europejczyków wciąż są wynalazkiem, który Turcy przynieśli ze sobą z bezdrzewnych i bezkresnych stepów z których pochodzą.
Chryzafiusz i inni
Bizancjum. Czasy Teodozjusza Wielkiego. Postacią wszechpotężną w owym okresie był główny minister cesarza, eunuch Chryzafiusz. Przez łapówki zgromadził ogromną fortunę, otwarcie spiskował przeciwko rodzinie cesarza, i w końcu osiągnął, co zamierzał – żona i siostra cesarza, niechętne mu, zostały usunięte z dworu. Od tego momentu stał się faktycznym władcą imperium. W grudniu 447 r. watahy Hunów pod wodzą Attyli pojawiły się pod murami Konstantynopola. Chryzafiusz jak zwykle preferował politykę ustępstw i, zamiast walczyć, złożył Attyli wiernopoddańczy hołd oraz wypłacił gigantyczne „odszkodowanie” – za fakt, że ten łaskawie zechciał wraz ze swoją hordą pofatygować się aż pod mury Konstantynopola. Ten upokarzający haracz ostatecznie kosztował imperium znacznie więcej złota niż jakakolwiek kampania wojskowa. Filobarbarzyńska polityka dzisiejszej Europy przypomina czasy Teodozjusza Wielkiego. Obecni władcy Europy, wzorem ich mistrza Chryzafiusza, składają barbarzyńcom kolejne hołdy i wypłacają kolejne „odszkodowania”. Heglowskie powiedzenie, że historia uczy, że ludzkość niczego się z niej nie nauczyła jest i najwyraźniej zawsze pozostanie aktualne. Świat jest pełen eunuchów, wszelkiej maści Chryzafiuszy, kunktatorów, histeryków, asekurantów i tchórzy. I Hunowie zawsze mogą na nich liczyć.
Konstantyn XI
Konstantyn XI. Ostatni cesarz Bizancjum. Władcy schyłkowych dynastii zlewają się zwykle z charakterem takich epok – są przeważnie anemiczni, słabi, pozbawieni woli, pogrążeni w marazmie, dekadenccy. O Konstantynie nie można tego powiedzieć. Osaczony, zdradzony i opuszczony, skazany na klęskę dał dowód niesłychanej siły i odwagi. Historycy obecni przy upadku miasta raportowali różne wersje jego śmierci. Wśród mieszkańców kolonii włoskiej krążyła opowieść o tym, że głowę cesarza przynieśli sułtanowi jacyś dwaj anonimowi tureccy żołnierze, a wzięci do niewoli dworzanie rozpoznali ją głowę swego pana. Mehmed umieścił ją podobno na kolumnie na Forum Augusta, po czym wypchał i wysłał w celu wystawienia na czołowych dworach świata islamu. Barbaro informował, iż widziano ciało cesarza w stosie zabitych, a inni uparcie głosili, że nigdy nie zostało odnalezione. Florentyńczyk Tetaldi pisał, że cesarz na pewno skonał przy bramie św. Romana, powalony na ziemię i zadeptany butami tysięcy wdzierających się do miasta janczarów. Także według Konstantego z Ostrowicy cesarz miał walczyć właśnie w tym miejscu, czyli przy bramie św. Romana, gdzie janczarzy dokonali wyłomu. Istnieje też legenda, że cesarzowi poległemu w walce odciął głowę janczar imieniem Sarielles, a Mehmed uwierzył, że to głowa cesarza wynagradzając usługę Sariellesa pieniędzmi, bogatymi szatami, końmi i namiestnictwem w Aydinie w Anatolii. Jednak żadne inne źródła nie tylko nie potwierdzają podobnego wydarzenia, ale nawet o nim nie wspominają. Georgios Phrantzes, jeden z ostatnich bizantyńskich dziejopisów, osobisty przyjaciel cesarza, próbował zdobyć więcej wiadomości, lecz dowiedział się jedynie, że sułtan nakazał poszukiwanie ciała, że pewną liczbę trupów oraz odciętych głów umyto, mając nadzieję zidentyfikowania cesarza, ale bez powodzenia. W końcu znaleziono jakieś bezgłowe ciało z orłem wyhaftowanym na skarpetach i wytłoczonym na nagolennikach. Uznano je za ciało Konstantyna XI, a sułtan oddał je Grekom, by zostało pogrzebane. Sam Phrantzes nie widział go i wątpił, czy rzeczywiście było to ciało jego pana, nie mógł też odnaleźć miejsca, gdzie zostało pogrzebane. Historyk Michał Kritobulos z Imbros napisał, że pewne w tej całej historii jest tylko to, że cesarz nie uciekł tchórzliwie, nie poddał się, nie ukrył, że – jak przystało na władcę wspaniałego imperium, jakim bez wątpienia było Bizancjum – walczył do końca i zginął w walce.
Marzenie wirusów
Patogen bakteria dżumowa Yersinia pestis, która skutecznie zdziesiątkowała populację Bizancjum, rozprzestrzenia się lepiej w chłodne dni, więc zimne lata w tamtym okresie stwarzały idealne warunki do zakażenia. Prokopiusz z Cezarei pisze, że blask słońca w roku 535 był tak słaby, jak podczas zaćmienia. Także kroniki irlandzkie mówią o „braku chleba od 535 do 539”. W Chinach notowano opady śniegu jeszcze w sierpniu i opóźnione zbiory. W Europie i na Bliskim Wschodzie pojawiały się „gęste suche mgły”. Przyczyna tej klimatycznej aberracji nie jest znana, ale przypuszcza się, że była ona efektem wybuchu wulkanu – Tavuryur lub Krakatau, tego samego, który z równie wielką mocą odezwie się ponownie w roku 1883. Innym czynnikiem była globalizacja – czasy Justyniana I to okres prosperity, budowano wiele nowych dróg, ludziom było łatwiej i wygodniej podróżować, handel kwitł, ale i patogeny rozprzestrzeniały się szybciej i skuteczniej. Globalizacja jest prastarym marzeniem wszystkich wirusów i bakterii.
Konstantynopol
Z upadkiem Konstantynopola wiążemy zwykle upadek Bizancjum. To nieporozumienie. Gdy upadł Konstantynopol, Bizancjum już nie istniało. Z dawnego Bizancjum pozostał wówczas tylko niewielki skrawek ziemi, położony na pagórkowatym półwyspie, od południa oblany przez morze, a od północy wodami zatoki Złoty Róg, ściśnięty w obręczy potężnych murów – miasto. I nazwa, silniejsza nawet niż mit. Bizancjum, na długo przed upadkiem Konstantynopola, rozszarpane zostało przez nienawiść i chciwość wschodnich i zachodnich barbarzyńców. Ale Konstantynopol umarł z godnością. Walcząc do końca.
Socjal w Bizancjum
W Bizancjum wyróżniano 2 kategorie biedaków: tak zwani penetef, czyli ludzie, którzy nie posiadali żadnego majątku nieruchomego, żadnych ubocznych dochodów, którzy musieli zarobkować na swoje utrzymanie, przeważnie pracą fizyczną, choć nie tylko. Pod względem ekonomicznym i społecznym różnili się bardzo. Znajdowali się wśród nich rzemieślnicy, pracownicy sezonowi, osoby bez żadnego zawodu, ale nie brakowało też profesorów, nauczycieli czy filozofów. Ich imiona wpisywano do specjalnych rejestrów, co w razie potrzeby uprawniało ich do pomocy ze strony władz miejskich. Drugą grupę stanowili tzw. ptechef, czyli niepożądany margines społeczny składający się z ludzi, którzy bądź nie mogli bądź nie chcieli pracować, a nie posiadali żadnych środków utrzymania. Zaliczano do niej inwalidów, ludzi z najrozmaitszymi schorzeniami, żebraków, włóczęgów, osoby żyjące z jałmużny. Tej grupie nie przysługiwała żadna forma wsparcia.
Zabawne jest uświadomić sobie, że pomoc socjalna nie jest naszym, czyli współczesnym „wynalazkiem”, że posiadała swoje zinstytucjonalizowane i nawet sprawnie działające struktury już przed setkami, a nawet tysiącami lat, a jedyna nasza „zasługa” w tej kwestii to nadanie temu zjawisku wymiarów tak monstrualnych, jak nigdy dotąd w naszych dziejach.
Fiskardo
Fiskardo na Kefalonii, zaciszne i trochę senne. Spowite w sinawej mgle królestwo Odysa, Itaka, blisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Tak je pamiętam. Dawna nazwa Viscardo, na cześć normandzkiego rozbójnika Roberta Guiscarda, którego imię powtarza się niczym złowieszczy sen przez większość stron „Aleksjady” Anny Komneny. Ten pyszałkowaty, próżny i pozbawiony skrupułów potomek zromanizowanych wikingów uważał się za pretendenta do tronu w Konstantynopolu i na pieczęciach chętnie przedstawiał się w stroju imperatora. Umarł w Fiskardo, prawdopodobnie z powodu zarazy, w roku 1085, w trakcie ostatecznych przygotowań do podboju Bizancjum. Słowo guiscard (fr.) lub viscard (norm.) bywa interpretowane jako: rozważny, chytry, przebiegły, zręczny. Nomen omen, temu konkwistadorowi XI wieku rzeczywiście nie brakowało ani chytrości ani przebiegłości.
Historie Konstantynopolitańskie
Halina Evert-Kappesowa Historie Konstantynopolitańskie. Sześć rozprawek o ludziach, historii i niezwykłym mieście na styku mórz i kontynentów. Już od pierwszych zdań tej książki, opowieści o cesarzowej Teodorze, przyjemna niespodzianka. Autorka nie tylko dysponuje bogatym i pięknym językiem polskim, tudzież talentem prawdziwego pisarza, ale również gruntowną i wyczerpującą wiedzą o Bizancjum. Po potopie sensacyjnych i pseudo-historycznych wypracowań o kochankach dyktatorów czy nałożnicach cesarzy i królów, podbudowanych głównie „wiedzą” skopiowaną z Wikipedii, jest to jak spotkanie z kimś, kto oferuje prawdziwy i rzetelny towar. W połowie tej objętościowo skromnej książeczki, bo liczy ledwo ponad 190 stron, pojawia się natrętne wrażenie, że nazwisko autorki nie jest mi obce. Nie mogę jednak, mimo usiłowań, przypomnieć sobie żadnej innej jej pracy. I dopiero przedwczoraj, nagle i zdawałoby się, jak zwykle, że bez powodu, właściwy trop. Evert. Oczywiście, znam to nazwisko, Ilustrowana Encyklopedia Trzaski, Everta i Michalskiego. Dawno temu, w czasach mojej młodości, w obcym mieście, gdzie byłem tylko przejazdem, ujrzałem nagle jej pięć imponujących tomów – marzenie mojej dziewczyny, która studiowała wówczas polonistykę – w oknie wystawowym pewnego antykwariatu. Do dziś pamiętam tamto uczucie rozpaczy, niemal desperacji, bo cena Encyklopedii była, jak na moje ówczesne możliwości, nie w przenośni, ale prawdziwie astronomiczna. Czułem jednak, że powinienem i muszę zdobyć to cudo. Potrzebowałem jedynie zyskać trochę czasu, choćby kilku dni, zebrać pieniądze i wrócić do tego miasta. Heroicznie wkroczyłem w czeluści starego antykwariatu. Jego właściciel, kostyczny i zakurzony jak jego książki, w granatowych zarękawkach, jakby żywcem przeniesiony z urzędu pocztowego w dawnej monarchii austro-węgierskiej, przyglądał mi się długo i sceptycznie zanim, choć bez nadmiaru entuzjazmu, zgodził się dać mi dwa dni zwłoki. Zapożyczony po uszy, ale triumfujący wróciłem tam, ale niestety, bo po trzech dniach. Jak łatwo odgadnąć Encyklopedii już nie było, choć dzisiaj myślę, że tak naprawdę nie miało to żadnego znaczenia – być może sprzedał ją jeszcze tego samego dnia, w pięć minut po moim wyjściu ze sklepu, pierwszemu lepszemu nabywcy. Ilustrowana Encyklopedia Trzaski, Everta i Michalskiego. Ludwik Evert, senator, przemysłowiec, jeden z założycieli tej słynnej przed wojną oficyny wydawniczej, a Halina Evert-Kappesowa to jego córka, historyk i bizantynolog, profesor Uniwersytetu Łódzkiego i świetne pióro. Nota bene, tę rodzinę, uzdolnioną i zasłużoną dla polskiej kultury, uzupełniał brat Haliny, Władysław Ludwik Evert, pisarz, dziennikarz i poeta, dziś, niestety, niemal zapomniany.
Bizancjum
Cesarstwo Wschodniorzymskie, Cesarstwo Bizantyjskie, Bizancjum. Znamy te określenia, słyszeliśmy je zapewne wiele razy. Bardziej dociekliwi wiedzą nawet, że powstało w ramach podziału imperium rzymskiego, że istniał jakiś kodeks Justyniana, słyszeli coś o cesarzowej Teodorze, o upadku Konstantynopola, o bizantyjskim zbytku i przepychu, o bizantyjskiej przewrotności i obłudzie. Media również używają czasem, zwłaszcza gdy mowa o przywilejach władz, naładowanych pejoratywnie określeń typu „bizantyjskie zwyczaje”, „bizantyjska czołobitność”, „bizantyjska polityka”. Zwykle jednak gdzieś w tym miejscu, mniej więcej, kończy się nasza powszechna wiedza o Bizancjum. Czy nie wydaje się to być dziwne? W szkole nawet w moich, zamierzchłych już czasach, o Bizancjum ledwo wspominano, a podejrzewam, że w tej chwili jest jeszcze gorzej i nazwa ta wcale nie pojawia się na lekcjach historii. Spotkałem ludzi, którzy uważają, że Istambuł zawsze nazywał się Istambuł, a Konstantynopol to takie starożytne miasto, które już od dawna nie istnieje. Potrafimy, gdy zachodzi potrzeba, zadać gwałt naszej pamięci i wymienić kilka imion cesarzy rzymskich, powieści, filmy i telewizyjne seriale spopularyzowały co bardziej malownicze postacie, jak Kaligula, Klaudiusz, Cezar czy Neron, ale czy z równym powodzeniem udałoby się nam wymienić kilka imion z długiej listy cesarzy bizantyjskich? Z całą pewnością – nie. O Bizancjum wiemy mało. Zgoła nic. Przez tysiąc lat to wspaniałe, a tak słabo dziś znane państwo, walczyło o to, żeby Europa mogła być tym, czym jest obecnie. Stworzyło niezwykłą, barwną i twórczą cywilizację, która łącząc ortodoksyjne chrześcijaństwo z pogaństwem, klasyczne greckie wykształcenie z rzymską sprawnością administracyjną, zdołała przez tysiąc lat stawiać opór nawale islamu. A my prawie nic o tym nie wiemy. Bizancjum nie ma w naszej pamięci. Bizancjum nie jest częścią naszej historii. Jak to jest możliwe? Czy nie jest to wynikiem szkalującej i wrogiej propagandy ze strony uczestników zachodnich krucjat? Krucjat, które zamiast walczyć z islamem, zajmowały się rabunkiem bogatego Konstantynopola, jak „słynna” krucjata z roku 1204, gdy „bogobojni” krzyżowcy wdarli się do miasta, plądrując je przez trzy dnie i urządzając bezprzykładną rzeź jego chrześcijańskich mieszkańców? Ten moment to nie tylko zdobycie chrześcijańskiej stolicy przez innych chrześcijan, rabunek i zniszczenie bezcennych zabytków wspólnej kultury, ale również zniszczenie ciągłości Cesarstwa Bizantyjskiego. Może w naszej, europejskiej niechęci do mówienia, a już szczególnie mówienia o Bizancjum dobrze, leży coś więcej niż zwykły brak zainteresowania tym niby „orientalnym tematem”? Może nie chcemy pamiętać o tamtej zbrodni albo – jeżeli już nie da się jej ukryć – przynajmniej pomniejszyć jej rozmiary szkalując pokonanego? Stara, wypróbowana taktyka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że opinia o Bizancjum została ukształtowana przez zachodnioeuropejskich przywódców ruchu krucjatowego, że jest ich wątpliwym alibi, obrosłym w ciągu setek lat kłamliwymi mitami i stereotypami, alibi, które my wciąż bezmyślnie powtarzamy. No cóż, Bizancjum upadło, a historię – jak zawsze i wszędzie – pisali zwycięzcy.
Romiosini
Bizancjum. Jaki był mieszkaniec Konstantynopola epoki krucjat? Otóż, był to całkiem dobrze wykształcony chrześcijanin, zafascynowany starożytną literaturą grecką i dobrze z nią obeznany. Mówił po grecku, jak w całym Bizancjum, miał greckie poczucie humoru. Łaciny nie znał albo znał słabo, ale do niczego nie była mu potrzebna. Mimo to nazywał siebie Rzymianinem i co ważniejsze czuł się Rzymianinem. Sprzeczność tę dobrze oddaje słowo „ρωμιοσύνη” (romiosini), wyrażające zarazem „rzymskość” i „greckość”. Pojęcie to wywodzi się z bizantyjskiej idei, że Grecy są prawdziwymi Romioi, czyli spadkobiercami Cesarstwa Rzymskiego. W setki lat po upadku Bizancjum, pod okupacją turecką płomień romiosini żył w kodeksach honoru, lojalności, odwagi, miłości do ziemi, kultu religijnego i patriotyzmu. Dla greckiego poety Yiannisa Ritsosa jeszcze greccy partyzanci w czasie drugiej wojnie światowej byli heroicznymi spadkobiercami romiosini górskich klephtes.
Helena
Konstantyn I urodził się 27 lutego, najprawdopodobniej w 272 roku w mieście Naissus (dzisiejszy Nisz w Serbii), jako syn Konstancjusza Chlorusa i Heleny, córki właściciela oberży. Konstantyn XI, ostatni władca Bizancjum, urodził się 8 lutego 1405 roku w Konstantynopolu jako ósme z dziesięciorga dzieci cesarza Manuela II i księżniczki serbskiej Heleny Dragasz. Taki układ imion, spinający dzieje Cesarstwa symboliczną fibulą, nie zdarzył się w dziejach Bizancjum nigdy, z wyjątkiem pierwszego i ostatniego cesarza.
Sankcje
Sankcje. Embargo na broń. Zamrożenie aktywów. Obostrzenia gospodarcze. Sankcje wobec Kuby. Sankcje wobec Rosji, wobec Iranu. Sankcje wobec Korei Północnej. A mimo tego i Iran, i Korea sprowadzają potrzebne im towary, technologię i broń. Sankcje nie są niczym nowym. Nie zostały wymyślone przez nasz wiek. Mają bardzo stary rodowód. Już w XIV wieku handel bronią i materiałami wojennymi, które wykorzystywano potem do walki z chrześcijanami, stał się problemem tak poważnym, że w 1372 roku papież Grzegorz XI dodał do bulli „In Coena Domini” zakaz dostarczania ich „Saracenom i innym wrogom chrześcijaństwa”. Świat islamu zapoznał się z działaniem prochu mniej więcej w tym samym czasie co Europa, jednak to Europejczycy zdobyli zdecydowaną przewagę zarówno w produkcji, jak i umiejętności korzystania z broni palnej. Rycerzom zakonnym z Rodos, joannitom, przypadł obowiązek egzekwowania papieskich sankcji, lecz mimo ich starań zyskowna kontrabanda kwitła w najlepsze. Tak jak dzisiaj. Turcy ponadto płacili hojnie i nie tylko złotem. Nagradzali także korzystnymi koncesjami i przywilejami handlowymi. To przyniosło pożądane przez nich rezultaty: już w XVI wieku żadna armia nie mogła mierzyć się z nimi w ilości dział i poziomie wyszkolenia kanonierów. Było to smutną „zasługą” chrześcijańskich renegatów oraz (przede wszystkim) włoskich kupców, wyznających jedynie kult pełnej sakiewki.
Łamanie papieskich sankcji miało zresztą różne formy. Ewidentnym tego przykładem była, znana także z naszej historii, bitwa pod Warną, w której zginął Władysław III. W tamtym przypadku problemem Turków była kwestia przerzucenia wojsk na europejski brzeg cieśniny. Z rozkazu papieża cieśnina była skutecznie blokowana przez Wenecjan. Turcy łatwo poradzili sobie z tą drobną przeszkodą – zapłacili za przetransponowanie swojej armii na europejski brzeg … Genueńczykom i 10 listopada 1444 roku pokonali sprzymierzone wojska węgiersko-polskie.
Warna przypieczętowała los Konstantynopola. 9 lat później Turcy stanęli pod potężnymi murami stolicy Bizancjum. Siły obrońców były bardzo skromne – 5000 Greków, około 200 łacinników i mieszkańcy oblężonego miasta. Kontyngent zachodnioeuropejskich żołnierzy tworzył oddział złożony z 700 Genueńczyków. Strona turecka miała przewagę co najmniej dziesięciokrotną. Atutem obrońców było tylko wyjątkowe położenie miasta i jego potężne mury. Brzegi trójkątnego półwyspu obmywają od południa fale Morza Marmara, a od północy głębokie wody zatoki Złoty Róg. Oba wybrzeża nie wymagały wznoszenia szczególnie silnych obwarowań – lądowanie od strony morza praktycznie uniemożliwiał bardzo silny prąd, zaś wody zatoki zablokowano potężnym łańcuchem, pływającym na drewnianych tratwach i zawieszonym pomiędzy murami a wieżą w Galacie – ufortyfikowanym mieście po drugiej stronie zatoki. Wejście od strony lądu zamykał natomiast Mur Teodozjusza. Liczył on 6,5 kilometra długości, jego grubość u podstawy wynosiła około 4,5 metra, wysokość 12 metrów. Co 50 – 60 metrów wzniesiono dwukondygnacyjne wieże, wystające przed czoło muru na 5 do 10 metrów. Mur składał się z trzech linii – szerokiej na 20 i głębokiej na 10 metrów murowanej, częściowo zalanej wodą fosy, stojącego za nią przedmurza wysokiego na 7,5 metra, również wzmocnionego wieżami i linii głównej. Bizantyjscy budowniczowie, spadkobiercy greckiej i rzymskiej myśli wojskowej, stworzyli fortyfikacje, które nie miały sobie równych w całym ówczesnym świecie.
Turcy byli jednak tym razem doskonale przygotowani, a to, między innymi, „dzięki” życzliwej pomocy zachodnich puszkarzy, z których jeden miał odegrać szczególnie doniosłą i haniebną rolę w tym dramacie. Był nim ludwisarz i artylerzysta o imieniu Urban, opętany ideą budowy ogromnej bombardy. Przybył do Konstantynopola w 1451 roku, prawdopodobnie pochodził z Węgier, choć kronikarze nie są do końca zgodni, co do jego narodowości. Cesarz Konstantyn XI wyraził zainteresowanie jego usługami, ofiarował mu nawet skromna pensję, choć nie miał wystarczających środków, by zrealizować marzenie Urbana. Zniechęcony ludwisarz opuścił więc dwór Konstantyna i udał się do Edirne, ówczesnej tureckiej stolicy, i tam zaoferował swoje usługi. Przyjęto go z otwartymi ramionami, hojnie obdarowano, dostał też polecenie odlania dział, które byłyby zdolne zburzyć mury Konstantynopola. Urban ochoczo zabrał się do pracy. Największe z odlanych przez niego dział ważyło 19 ton, miało 8 metrów długości, kaliber 750 milimetrów i strzelało na odległość do 1,5 kilometra kamiennymi kulami o wadze ponad pół tony. Sześćdziesiąt wołów, dwustu ludzi oraz oddział specjalny, który wyrównywał drogę – tyle było potrzeba, by przetransportować kolosa pod mury miasta. To monstrualne działo nie było jedynym w sułtańskiej artylerii. W czasie przygotowań do oblężenia Urban odlał kilkadziesiąt innych bombard o różnych kalibrach – następna co do wielkości strzelała pociskami o wadze 360 kilogramów, reszta miotała kule ważące od 23 do 90 kilogramów. Cała artyleria turecka, zgromadzona pod Konstantynopolem, liczyła łącznie 69 dział, podzielonych w czasie oblężenia na 14 lub 15 baterii. Po siedmiu tygodniach oblężenia, nocą 29 maja 1453 roku, sułtan Mehmed II posłał swoich żołnierzy do szturmu ostatecznego właśnie tam, gdzie działa Urbana spowodowały największe spustoszenia. Przez kilka godzin obrońcy odpierali jeszcze kolejne fale atakujących, ale była to już agonia.
Po zdobyciu Konstantynopola potomkom koczowniczych plemion z głębi azjatyckich stepów Europa wyraźnie przypadła do gustu. Wielokrotnie jeszcze starali się powiększyć swoje włości, a ich państwo nadal znajduje się na jej terytorium.
Antyczni kibole
W Bizancjum istniały cztery stronnictwa cyrkowe, Niebieskich, Czerwonych, Zielonych oraz Białych. Reprezentowały drużyny wyścigów rydwanów, a barwy zawodników były też barwami ich kibiców. W późniejszych czasach jedynymi liczącymi się zespołami (a więc i ugrupowaniami kibiców) byli Niebiescy i Zieloni. Stronnictwa te stanowiły coś w rodzaju mieszanki zwykłych gangów ulicznych oraz partii politycznych, które z czasem coraz śmielej i zuchwalej zaczęły wtrącać się do ważnych spraw państwowych, łącznie ze sporami pomiędzy kandydatami do tronu. W okresie przed tak zwanym powstaniem Nika, kibice wywierali już ogromny wpływ na politykę cesarzy, opanowując miasto do tego stopnia, że ani siły cesarskie, ani straż miejsca nie były w stanie i nie potrafiły już zaprowadzić porządku w mieście bez ich współudziału, a zwłaszcza tego stronnictwa, które miało aktualnie przewagę i poparcie wpływowych klanów.
A. Krawczuk w „Poczcie cesarzy bizantyjskich” daje malowniczy obraz tych antycznych kiboli: Najgorliwszych zwolenników stronnictw, dodajmy, łatwo było rozpoznać na ulicy i podczas wyścigów rydwanów już po samym niezwykłym stroju i uczesaniu. Głowy mieli z przodu wygolone, ale z tyłu zapuszczali bujne włosy, spadające na kark. Nosili też długie wąsy i brody. Ubierali się kosztownie – Niebieskich stać było na to! – ale dziwacznie: mankiety mocno ściągnięte, ale rękawy rozdęte bufiasto. Dzięki temu byli dobrze widoczni na trybunach, kiedy machali rękami, zachęcając swoich woźniców. Tak więc owe rękawy, oczywiście barwne, spełniały role chorągiewek kibiców w naszych czasach. Wdziewali też spodnie na wzór Hunów oraz odpowiednie płaszcze i buty.
Banda
Wszystkie definicje słowa banda sugerują, że pochodzi ono z języka włoskiego i oznacza zespół ludzi lub grupę osób połączonych jakimś wspólnym celem. Początkowo słowo to było neutralne pod względem ekspresywnym.
Zapewne nie jest jednak przypadkiem, że podstawową jednostką bizantyjskiej armii była właśnie banda licząca 256 i 300 żołnierzy kolejno dla piechoty i jazdy. Na czele każdego bandonu stał komes lub hrabia. Banda czasem zwana była także tagmą. Czy nie tam są korzenie tego słowa?
Oikoumene
W 330 r. Konstantyn Wielki ogłosił za swoją nową siedzibę dawną grecką kolonię nad Bosforem – Byzantion. Miasto, od jego imienia, nazwano Konstantynopolem. Kiedy w 395 roku Teodozjusz Wielki podzielił imperium między swoich synów, starszy Arkadiusz miał rezydować w Konstantynopolu, a młodszy Honoriusz w Rzymie. Zachowywano pozory jedności, ale w rzeczywistości drogi dwóch części państwa coraz bardziej się rozchodziły. Mimo upadku Zachodu w 476 r. Wschodnie Cesarstwo przetrwało jeszcze tysiąc lat, czyli aż do podboju tureckiego w 1453 r. Rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że mieszkańcy cesarstwa zawsze uważali się za Rzymian, a swoje imperium uznawali za rzymskie. Nazwa Bizancjum, którą tak chętnie posługujemy się określając wschodnie obszary imperium, została po raz pierwszy użyta dopiero w 1557 r., a więc ponad sto lat po upadku Konstantynopola. Mieszkańcy „Bizancjum” określali swój kraj terminem Oikoumene, czyli świat cywilizowany.
Nowe Koloseum
Sport i polityka to prastary duet. Już Igrzyska Olimpijskie w starożytnej Grecji kreowały zwykłych ludzi na narodowych bohaterów, choć były to jednak dość niewinne zabawy w porównaniu z tym, co przyszło kilka wieków później. Wystarczy przypomnieć słynne „powstanie Nika” w Bizancjum, gdy niezadowolone z rządów Justyniana elity polityczne sprowokowały ogłupiałych kibiców Zielonych i Niebieskich do awantury, która zakończyła się śmiercią dziesiątek tysięcy ludzi. Średniowieczne, preferując zdrowie duszy, znacznie mniej zainteresowane ciałem, nie było szczególnie „sportowe”, jeśli nie liczyć turniejów rycerskich i publicznych egzekucji, tłumnie nawiedzanych przez podnieconą i rozentuzjazmowaną gawiedź – namiastka antycznego „circus”, bo chleb przynoszono ze sobą, jak na porządny piknik przystało. Kolejne epoki, nawet jeśli doceniały i propagowały starożytny ideał paidei, też nie potrafiły czy nie umiały użyć sportu w celach politycznych. A może nie było potrzeby? Czasy nie były spokojne. Upiory wędrowały wzdłuż i wszerz Europy, a krwawe widowisko zwane powszechnie Rewolucją Francuską dostarczyło plebsowi dostatecznie dużo wrażeń na wiele lat do przodu. Dopiero więc czasy nowożytne powróciły do tej wypróbowanej rzymskiej metody. Nazistowskie Igrzyska Olimpijskie w Berlinie, rozdęta rola sportu w byłych krajach komunistycznych, ze Związkiem Radzieckim i Chinami na czele, wojna futbolowa między Hondurasem a Salwadorem. Przykładów jest wiele, od początku XX wieku sport stał się techniką projektowania człowieka według politycznych potrzeb, a więc człowieka sprawnego tylko w bardzo wąskim zakresie rzeczywistości społecznej, istoty bezrefleksyjnej, uwolnionej od trudu krytycznego widzenia i przykrej konieczności decydowania o samym sobie.
W latach 60-tych ubiegłego wieku, w okresie, gdy telewizja jeszcze raczkowała, sport pojawiał się głównie w soboty i niedziele, zaledwie dwie, co wyżej trzy minuty, skrót najważniejszych informacji o ciekawszych sportowych wydarzeniach. W 10 lat później jest w naszych domach każdego wieczoru, choć wciąż jeszcze nie dominuje innych programów. Dzisiaj mamy już dziesiątki kanałów sportowych, które nadają całą sportową nędzę dzień i noc, od pierwszej ligi po dziesiątą, przez okrągłą dobę i to te kanały królują w naszych pubach, restauracjach, poczekalniach dworcowych i lotniczych, u dentysty, w szpitalach czy osiedlowych butikach. Sport, sport, wszędzie sport i sport raz jeszcze. Sport i telewizja – dwa narkotyki. Nie ma to już nic wspólnego z ćwiczeniami ciała, z jakąkolwiek paideią czy kalokagatią, z sensowną rywalizacją. To widowiskowy biznes, nowe i udoskonalone wydanie panem et circenses, gdzie każdy chwyt jest dozwolony, a pomysłowość i „wynalazczość”, głównie w dziedzinie środków dopingowych, przechodzi samą siebie. Dzięki temu stutysięczne tłumy legalnie narkotyzują się na trybunach stadionów, a tzw. kibice, zdominowani przez wszelkiej maści bandytów, stali się znaczącą siłą polityczną. Wszystko, byle tylko nie myśleć, byle niczego sobie nie uświadamiać, byle być „poinformowanym” bez wysiłku wypracowania własnego sądu czy zdania, bo dzisiaj tabela wyników sportowych znakomicie zastępuje przekonania, komentarze o sportowych imprezach uchodzą za konwersację, a przynależność do określonego klubu jest tym samym, co przynależność do partii politycznej.
W kraju w którym mieszkam, w Szwecji, sport jest świętą krową. Wieczorne wiadomości prawie nigdy obecnie nie zajmują więcej niż dziesięć minut, pozostałe dwadzieścia minut to wiadomości sportowe. Przeciętny Szwed, w prawdziwym życiu zdominowany przez kobiety, niepewny i bojaźliwy, bezsilny w życiu społecznym i zawodowym, poprawny politycznie aż do rzygowin nie ma żadnych powodów i żadnych szans, by poczuć się silnym. Sport jest więc dla niego substytutem. Tutaj może projektować siebie na grę, w której nigdy nie będzie brał udziału, i tylko tutaj, w przypadku wygranej jego drużyny, może poczuć, że coś dzieje się w jego nędznym życiu i on sam coś znaczy. I to samo dzieje się w całej Europie. Tak oto, po tysiącach lat, znów rozsiedliśmy się wygodnie na nowych ławkach nowego Koloseum.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.