Wielokrotnie słyszałem, że w odczuciu Chińczyków nasz europejski sposób jedzenia, czyli posługiwanie się nożem i widelcem, jest „niecywilizowany”. Twierdzą że jemy „mieczami”, niczym barbarzyńcy. Są nieświadomi tego, że w ich kulturze wyeliminowanie noża jako narzędzia stołowego związane było z tym, że ich warstwę wyższą, która zwykła kształtować modele obyczajowe, stanowiła nie warstwa wojowników, jak to miało miejsce w Europie, lecz całkowicie poskromiona i „udomowiona” warstwa wykształconych urzędników. Chiński sposób jedzenia jest więc – jak ktoś to trafnie zauważył – dziedzictwem eunuchów.
Tag: Chiny
Praca zdalna
W programie na Youtubie wywiad z burmistrzem jakiegoś milionowego chińskiego miasta. Wyjaśnia, że nie jest przypadkiem, iż w pejzażu chińskich miast w ciągu dnia widzi się na ulicach głównie emerytów, ludzi starszych, a ludzie młodzi pojawiają się na ulicach dopiero wieczorem. Młodzi ludzie w ciągu dnia są zajęci, są zajęci nauką, pracą, interesami. Efekty pracowitości młodych Chińczyków są widoczne gołym okiem w całym kraju.
Na ulicach szwedzkich miast od rana widzi się głównie młodych ludzi. Podobno część z nich w pocie czoła pracuje „zdalnie” – pracują więc zdalnie przechadzając się po sklepach, trudzą się zdalnie w salach fitness, pocą się zdalnie w saunach, pracują zdalnie przy piwie w barach i restauracjach. Efektów zdalnej pracy młodych Szwedów także nie da się ukryć – Szwecja i szwedzka korona z tygodnia na tydzień staczają się na ekonomiczne dno. Niestety, wcale nie zdalnie.
Rzecznik prasowy przemytników
Śmierć migrantów na morzu to hańba dla naszego społeczeństwa i bolesne wołanie, które nie może pozostawić nas obojętnymi, woła rzecznik prasowy Związku Przemytników Ludzi, papież Franciszek, i proponuje hojne otwarcie naszych granic tudzież serc. Europa Zachodnia od wielu już lat konsekwentnie podcina sobie żyły, a dziś do tego klubu samobójców oficjalnie dołączył katolicki Kościół. Jest więc wielce prawdopodobne, że ten dotychczas dość niemrawy proces znacznie przyśpieszy, niestety.
Po tym absurdalnym exposé Franciszka wracam do moich notatek ze znakomitej i dzielnie przez wszystkich przemilczanej pracy „Przedziwna śmierć Europy”. Jej autor, Douglas Murray, nie ma wątpliwości co do tego, że niekontrolowana migracja jest tykającą bombą, która wcześniej czy później wysadzi w powietrze europejską demokrację, co już dziś obserwujemy niemal w całej Zachodniej Europie, a jego praca ukazała się przecież ledwo sześć lat temu, w 2017 roku. Murray utrzymuje, że rzeczywistym powodem napływu migrantów do Europy jest fakt, że Europa sama wykreowała się na pożądany cel takich przedsięwzięć nie tylko nie wprowadzając jakichkolwiek ograniczeń i nie stawiając praktycznie rzecz biorąc żadnych wymagań, ale do tego jeszcze reklamując się jako zacna i dobra ciocia, która „pozwoli przybyszom pozostać, kiedy już się tam znajdą. Ludzie ciągną do Europy na wskutek wiedzy, że tamtejsze państwa opiekuńcze zajmą się nimi oraz że nawet jeżeli świadczenia nie będą bardzo hojne, imigranci będą żyli na wyższym poziomie i cieszyli się szerszym zakresem praw niż w innych częściach świata, nie mówiąc o krajach pochodzenia”. Nie jest to więc, jak chcieliby to widzieć niektórzy, kwestia ekonomicznej atrakcyjności Europy, bowiem wdzierające się tutaj hordy roszczeniowych półanalfabetów, głównie z krajów islamskich, wcale nie przybywają w tym celu, by pracować. Ten problem nie dotyka przecież w takim stopniu innych obszarów świata. Nie doświadczają tego Chiny, druga co do wielkości gospodarka świata, ani Japonia, która wprowadziła przepisy, które niezwykle skutecznie powstrzymują, zniechęcają i utrudniają imigrację ani nawet kraje emirackie, ostentacyjnie i obrzydliwie bogate, które nie życzą sobie i nie przyjmują swoich uboższych islamskich braci, mając w nosie jeden z pięciu filarów islamu czyli zakat, jałmużnę.
Obserwując ten proceder, który tak entuzjastycznie popiera papież Franciszek, nie sposób pozbyć się wrażenia, że w tym transferze islamu świadomie biorą udział już nie tylko zwykli przemytnicy, ale i pewne państwa.
Czarna śmierć
Zaraza Antoninów, zwaną także zarazą Galena, która pojawiła się w II wieku, pochłonęła prawdopodobnie ponad 5 milionów ludzkich istnień, ale spustoszeń w ludzkiej populacji na skalę niemal niewyobrażalną dokonała dżuma, zwana czarną śmiercią, która zaatakowała świat w okresie panowania cesarza Justyniana. Przyjmuje się, że pochłonęła ponad 200 milionów ofiar, zmarło wówczas od 30 do 60 proc. mieszkańców Europy (prawie 24 mln ludzi, podczas gdy Europę zamieszkiwało wówczas ok. 75 mln.), ale nie była ona fenomenem wyłącznie europejskim. Miała charakter pandemiczny, uśmierciła również około 30 proc. ludności Bliskiego Wschodu i mniej więcej 40 proc. mieszkańców Egiptu. Znakomity uczony arabski Ibn Chaldun w pracy „Muqaddimah” napisał: „Ludy Zachodu i Wschodu nawiedziła niszczycielska plaga. Przetrzebiła całe narody, niektóre zaś z nich wytraciła ze szczętem. Unicestwiła wiele dobrych stron cywilizacji i starła ją z powierzchni ziemi. Przeobraził się cały świat zamieszkany”. To trafny opis – oblicza się, że populacja świata potrzebowała aż 150 lat, by powrócić do stanu sprzed wybuchu epidemii.
Czarna śmierć pochodziła, jak większość epidemii, i tak samo jak dziś, z Azji Środkowej, z Kirgistanu lub Chin. Stamtąd, przyniesiona przez handlarzy, podróżujących jedwabnym szlakiem, trafiła na Krym. W 1347 roku na Krymie Mongołowie oblegali genueńską faktorię Kaffa, miasto znane w starożytności jako Teodozja, założone jeszcze w VI w. p.n.e. przez osadników greckich z Miletu. W czasie oblężenia mongolscy barbarzyńcy użyli czegoś, co można byłoby nazwać średniowieczną wersją broni biologicznej – ładowali swoje katapulty ciałami zmarłych na dżumę i wystrzeliwali je przez mury obronne. Ta nieludzka taktyka okazała się bardzo skuteczna, miasto szybko padło, ale w konsekwencji doprowadziło to do straszliwej i globalnej katastrofy. Uciekinierzy z ogarniętego epidemią miasta przenieśli dżumę do Konstantynopola, Sycylii, Marsylii i na Cypr, skąd miała już otwartą drogę do pozostałej części Europy, łącznie ze Skandynawią i Polską.
Dobry demiurg
E. Cioran „Zły Demiurg”: Religia nigdy nie bywa „szlachetniejsza”, niż wówczas, gdy na koniec sama zaczyna uważać się za przesąd, gdy obojętnie kontempluje własny zmierzch. Chrystianizm narodził się i rozkwitł w nienawiści do wszystkiego, co nie było nim. Ta nienawiść podtrzymywała go przez całą jego drogę; u kresu tej drogi wygasa także jego nienawiść. Chrystus nie zstąpi powtórnie do piekieł; złożono go do grobu i tym razem już tam pozostanie. Prawdopodobnie nie dźwignie się z niego więcej, gdyż nie ma już kogo zbawiać ani na powierzchni ziemi ani pod nią.
Katolicyzm nigdy jeszcze nie był tak „szlachetny” jak obecnie i tak liberalny. Chiński kardynał Zen, krytyk działań Chin przeciwko Kościołowi katolickiemu, który zdecydowanie potępił umowę Watykan-Chiny, nazywając ją „Morderstwem Kościoła w Chinach”, na początku tego roku odwiedził Watykan mając nadzieją na spotkanie z papieżem. Papież „nie mógł” spotkać się z kardynałem, bowiem był zajęty omawianiem problemów sprawiedliwości i nierówności rasowej z delegacją zawodników NBA, która przedstawiała mu postulaty ruchu Black Lives Matter.
Nowi władcy
Google, Facebook, Amazon, Saudi Aramco, Coca-Cola, Hennes & Mauritz, Microsoft, teraz Superliga, gigantyczna kumulacja kapitału, powstawanie nowych koncernów-potentatów, to wszystko powinno nam podpowiadać, że wchodzimy w okres w którym politycy będą coraz wyraźniej tracić władzę na rzecz wąskiej grupy ludzi nieprzyzwoicie bogatszych. Decyzje o naszej rzeczywistości już dziś zapadają nie w instytucjach do tego przez nas powołanych, lecz w gabinetach potężnych firm. Politycy wyraźnie przegrywają ten mecz. Co gorsza przegrywają nie z jakimś sprawnie zorganizowanym społeczeństwem obywatelskim, lecz z bardzo wąską grupą ludzi zainteresowanych jedynie ich osobistym zyskiem. Tym samym o kształcie naszego świata zaczynają więc decydować nie ci, którzy zostali przez nas wybrani i do tego powołani, lecz uzurpatorzy nie posiadający żadnej, ale to żadnej demokratycznej legitymizacji. Do tego są oni doskonale anonimowi, a więc i nieosiągalni. Ci ludzie mają już czelność narzucać nam nie tylko swoje interesy, ale i ich okolicznościową mentalność (vide: Hennes & Mauritz, który ostatnio poczuł się na tyle potężny, że ośmielał się dyktować swoje warunki nawet Chinom). Największe niebezpieczeństwo tej sytuacji polega jednak na tym, że polityków zawsze można było wymienić, wymienić oligarchów będzie bardzo trudno, jeżeli w ogóle będzie to możliwe. Społeczeństwo obywatelskie staje się fikcją. Już jest fikcją. Głosowanie i wybory będą wkrótce terminami równie przestarzałymi jak guwernantka i nosiwoda.
Studia astrologiczne
Na Zachodzie młodzi ludzie entuzjastycznie wybierają dziś psychologię, socjologię, statystykę i gender jako kierunki studiów i tylko oczekiwać dnia, gdy w programach uniwersyteckich znajdą się również astrologia i radiestezja. W Azji młodzi ludzie wybierają matematykę i inżynierię. Podczas gdy komunistyczne Chiny coraz odważniej rozwijają myśl techniczną, Zachód pogrąża się w bezpłodnych rozważaniach o ilości płci, prawach dla hermafrodytów i głuptaków niebieskonogich i dumnie szczyci się osiągnięciami w poprawności politycznej. Tymczasem ta żałosna obsesja zajmowania się pseudomoralnymi zagadnieniami z każdym dniem zwiększa przewagą Reszty Świata nad Zachodem. Nie sposób pozbyć się wrażenia, że jest to sabotaż, destrukcja perfekcyjnie pomyślana i konsekwentnie realizowana – całkiem jakby ktoś świadomie podrzucał niedorozwiniętym dzieciom prymitywne zabawki.
Świeczka i ogarek
Chińczycy dają wyraz swego niezadowolenia bojkotując produkty Hennes & Mauritz AB. Szwedzka firma odzieżowa wyraziła wcześniej „niepokój” z powodu prześladowań ludności w regionie Xinjiang, zamieszkałym głównie przez Ujgurów. Chińczycy w odwecie nawołują do bojkotu firmy i zaczyna to przynosić rezultaty – wielu chińskich artystów oraz organizacji podpisuje się pod tą akcją. I słusznie, moim zdaniem. Daleki jestem od tego, by popierać jakiekolwiek działania Chin, ale i mam już serdecznie dość wszelkiego rodzaju firm, facebooków, amazonów, koncernów i przedsiębiorstw, które arbitralnie próbują uchodzić za sumienie świata i jedynych sprawiedliwych. Jeżeli H&M nie zgadza się z polityką Chin, powinna dać temu wyraz w jednoznaczny sposób, czyli przez wycofanie sieci swoich sklepów z tego kraju, a ma ich tam aż 520. Wszystko inne jest czystą hipokryzją i obłudą – chcą zarabiać i jednocześnie uchodzić za good guys, którzy nigdy i niczym nie poplamili sobie łapek, bo to jest w tej chwili mile widziane w liberalnych kręgach i, co równie ważne, politycznie poprawne.
Wu-wei
Chińska zasada wu-wei, zasada niedziałania, zawsze wydawała mi się jakimś rozwiązaniem. Z biegiem lat nabrałem pewności, że nie-postępować byłoby – zakładając, że taka opcja jest w ogóle możliwa w praktyce czyli w życiu – jedyną prawdziwie słuszną metodą postępowania, albowiem wszystko, co czynimy, absolutnie wszystko obraca się zawsze przeciwko nam. Za wszystko zmuszeni jesteśmy zapłacić, prędzej czy później, w ten czy inny sposób, świadomi tego albo nie. Nie da się żyć i działać nie ponosząc za nasze działanie, niezależnie od tego, czy będą to czyny poważne i znaczące czy bagatelne, żadnych konsekwencji. Niekiedy płacimy natychmiast, czasem zabiera to wiele, wiele lat, ale wraca do nas wszystko, czemu nadaliśmy jakąkolwiek formę istnienia, co wprawiliśmy w ruch, co powołaliśmy do życia – rozmyślnie, nieświadomie czy choćby przypadkiem. Intencje czy skala naszych działań są bez znaczenia – każdy akt działania, niczym wyrzucony przez nas bumerang, szybuje w życie i choć znika gdzieś poza naszym horyzontem widzenia, docierając do celu lub też mijając się z nim, powodując takie czy inne skutki, zawsze zatacza łuk i powraca do nas, w tej czy innej formie. Jego lot, jego podróż może trwać długo, czasem dłużej niż trwa nasze życie i tylko wtedy udaje nam się uniknąć ponownego spotkania i związanych z tym konsekwencji. Jednak każdy czyn, jak kamienny prostopadłościan domina, raz popchnięty, oddziaływuje na inne, tworząc nowe i nieprzewidywalne konstelacje, a te powracają, lądując u naszych stóp jak wezwanie do zapłaty. Paradoksem, sprzecznym z większością życiowych teorematów, jest jednak to, że płacimy nie tylko za czyny złe, ale i za dobre, bo nigdy nie wiadomo, jaki kształt przybierze ostatecznie to, co zainicjowaliśmy działaniem. Fraktale, które tworzy życie, nie noszą żadnych moralnych etykietek. Pojęcia dobro-zło, moralne-niemoralne, właściwe-niewłaściwe to społeczne miary i instrumenty. Życie nie ocenia. Życie staje się i toczy. Albo go nie ma.
Chińczycy przeczuwali naszą daremność. Przeciwieństwem wu wei jest yu wei – działanie. Znak yu utworzony jest z dwóch znaków: ręki i księżyca, co znakomicie podkreśla bezcelowość każdego działania. Yu oznacza bowiem chwytanie księżyca, tak jakby możliwe było księżyc schwytać i przywłaszczyć. Wu wei jest więc czymś więcej niż tylko nie-chwytaniem, nie-działaniem, bo pozytywną akceptacją nieuchwytności i zmienności nad którymi nigdy nie będziemy panować.
Koro i pibloktoq
Koro – to specjalne zaburzenie psychiczne występujące u mężczyzn w Chinach. Dotknięci nim popadaj w lęk, który szybko przekształca się w panikę. Wierzą, że ich penis kurczy się z dnia na dzień i znika gdzieś w podbrzuszu. Osobnik opanowany przez koro jest przekonany, że umrze, gdy penis zniknie całkowicie.
Pibloktoq – syndrom zaobserwowany wśród Eskimosów. Uważa się, że dany osobnik jest opętany przez ducha – płacze bez powodu, mówi bez sensu, nagle wybiega nagi na śnieg i biegnie tak długo aż padnie z wycieńczenia. Nigdy potem nie pamięta swoich ataków. Pibloktoq dotyka głównie kobiety. Ciekawe, że takie ataki zdarzają się podobno tylko w obecności innych ludzi.
Wu-wei
Przeciwieństwem chińskiego pojęcia wu-wei, czyli zasady niedziałania, jest yu-wei, działanie. Znak yu (有) składa się z dwóch znaków: ręki i księżyca, co jeszcze lepiej ukazuje właściwe znaczenie wu-wei. Yu sugeruje bowiem chwytanie księżyca, jakby księżyc można było schwytać i przywłaszczyć sobie. Czyli wu-wei jest pozytywną akceptacją nieuchwytności i zmienności. Natomiast yu-wei, działanie, byłoby symbolem daremności, daremnych gestów.
Najgorszy rok
Według historyka średniowiecza, Michael McCormicka, najgorszym rokiem, w jakim można było żyć, był rok 536. W tym roku nad Europą, Bliskim Wschodem i częścią Azji zaległa przedziwna mgła, która utrzymywała się przez 18 miesięcy. Przez cały rok słońce świeciło bez blasku, jak księżyc, pisał bizantyjski historyk Prokopiusz. Letnie temperatury obniżyły się aż do 2,5 stopnia Celsjusza, co zapoczątkowało najchłodniejszą od 2300 lat dekadę. Latem w Chinach spadł obfity śnieg, zniszczeniu uległy zbiory, ludzie głodowali. Zmniejszają się plony w Irlandii, Skandynawii, Chinach i Mezopotamii. W 541 roku w porcie Pelusium w Egipcie pojawia się dżuma. To początek wielkiej epidemii, tzw. dżumy Justyniana, która zabiła prawie 50% populacji Cesarstwa Bizantyńskiego.
Historycy wiedzieli o tym od dawna. Teraz pojawiło się wyjaśnienie. Precyzyjne pomiary rdzeni ze szwajcarskiego lodowca dały odpowiedź na pytanie, co takiego wydarzyło się w tym okresie. Otóż, na początku 536 roku doszło do olbrzymiej erupcji wulkanicznej na Islandii. Kolejne duże erupcje miały miejsce w roku 540 i 547.
Nowe Koloseum
Sport i polityka to prastary duet. Już Igrzyska Olimpijskie w starożytnej Grecji kreowały zwykłych ludzi na narodowych bohaterów, choć były to jednak dość niewinne zabawy w porównaniu z tym, co przyszło kilka wieków później. Wystarczy przypomnieć słynne „powstanie Nika” w Bizancjum, gdy niezadowolone z rządów Justyniana elity polityczne sprowokowały ogłupiałych kibiców Zielonych i Niebieskich do awantury, która zakończyła się śmiercią dziesiątek tysięcy ludzi. Średniowieczne, preferując zdrowie duszy, znacznie mniej zainteresowane ciałem, nie było szczególnie „sportowe”, jeśli nie liczyć turniejów rycerskich i publicznych egzekucji, tłumnie nawiedzanych przez podnieconą i rozentuzjazmowaną gawiedź – namiastka antycznego „circus”, bo chleb przynoszono ze sobą, jak na porządny piknik przystało. Kolejne epoki, nawet jeśli doceniały i propagowały starożytny ideał paidei, też nie potrafiły czy nie umiały użyć sportu w celach politycznych. A może nie było potrzeby? Czasy nie były spokojne. Upiory wędrowały wzdłuż i wszerz Europy, a krwawe widowisko zwane powszechnie Rewolucją Francuską dostarczyło plebsowi dostatecznie dużo wrażeń na wiele lat do przodu. Dopiero więc czasy nowożytne powróciły do tej wypróbowanej rzymskiej metody. Nazistowskie Igrzyska Olimpijskie w Berlinie, rozdęta rola sportu w byłych krajach komunistycznych, ze Związkiem Radzieckim i Chinami na czele, wojna futbolowa między Hondurasem a Salwadorem. Przykładów jest wiele, od początku XX wieku sport stał się techniką projektowania człowieka według politycznych potrzeb, a więc człowieka sprawnego tylko w bardzo wąskim zakresie rzeczywistości społecznej, istoty bezrefleksyjnej, uwolnionej od trudu krytycznego widzenia i przykrej konieczności decydowania o samym sobie.
W latach 60-tych ubiegłego wieku, w okresie, gdy telewizja jeszcze raczkowała, sport pojawiał się głównie w soboty i niedziele, zaledwie dwie, co wyżej trzy minuty, skrót najważniejszych informacji o ciekawszych sportowych wydarzeniach. W 10 lat później jest w naszych domach każdego wieczoru, choć wciąż jeszcze nie dominuje innych programów. Dzisiaj mamy już dziesiątki kanałów sportowych, które nadają całą sportową nędzę dzień i noc, od pierwszej ligi po dziesiątą, przez okrągłą dobę i to te kanały królują w naszych pubach, restauracjach, poczekalniach dworcowych i lotniczych, u dentysty, w szpitalach czy osiedlowych butikach. Sport, sport, wszędzie sport i sport raz jeszcze. Sport i telewizja – dwa narkotyki. Nie ma to już nic wspólnego z ćwiczeniami ciała, z jakąkolwiek paideią czy kalokagatią, z sensowną rywalizacją. To widowiskowy biznes, nowe i udoskonalone wydanie panem et circenses, gdzie każdy chwyt jest dozwolony, a pomysłowość i „wynalazczość”, głównie w dziedzinie środków dopingowych, przechodzi samą siebie. Dzięki temu stutysięczne tłumy legalnie narkotyzują się na trybunach stadionów, a tzw. kibice, zdominowani przez wszelkiej maści bandytów, stali się znaczącą siłą polityczną. Wszystko, byle tylko nie myśleć, byle niczego sobie nie uświadamiać, byle być „poinformowanym” bez wysiłku wypracowania własnego sądu czy zdania, bo dzisiaj tabela wyników sportowych znakomicie zastępuje przekonania, komentarze o sportowych imprezach uchodzą za konwersację, a przynależność do określonego klubu jest tym samym, co przynależność do partii politycznej.
W kraju w którym mieszkam, w Szwecji, sport jest świętą krową. Wieczorne wiadomości prawie nigdy obecnie nie zajmują więcej niż dziesięć minut, pozostałe dwadzieścia minut to wiadomości sportowe. Przeciętny Szwed, w prawdziwym życiu zdominowany przez kobiety, niepewny i bojaźliwy, bezsilny w życiu społecznym i zawodowym, poprawny politycznie aż do rzygowin nie ma żadnych powodów i żadnych szans, by poczuć się silnym. Sport jest więc dla niego substytutem. Tutaj może projektować siebie na grę, w której nigdy nie będzie brał udziału, i tylko tutaj, w przypadku wygranej jego drużyny, może poczuć, że coś dzieje się w jego nędznym życiu i on sam coś znaczy. I to samo dzieje się w całej Europie. Tak oto, po tysiącach lat, znów rozsiedliśmy się wygodnie na nowych ławkach nowego Koloseum.
Obsesja muru
Słuszna uwaga Ryszarda Kapuścińskiego o tym, że prawie wszystkie cywilizacje naszego świata miały charakter introwertyczny. Były zamknięte w sobie, skierowane do wewnątrz, mizantropijne i autystyczne, doskonale nieciekawe tego, co rozciągało się poza nimi. Czyniły wszystko, by zamknąć w swoim własnym kręgu. Indie, Chiny z ich obsesją muru, Inkowie czy Majowie, czy choćby Birma, która jeszcze w XVIII wieku była krajem niemal bezprzykładnie odciętym od świata, mimo dwutysiącletniej historii. Jej władcy i warstwy panujące miały głębokie poczucie wyższości nad resztą „barbarzyńskiego otoczenia”, nie uznawali istnienia jakichkolwiek cudzoziemców, nie utrzymywali żadnych stosunków dyplomatycznych i nie byli skłonni przyjąć do wiadomości, że inni mogą mieć jakieś prawa. Nie widziano też żadnej potrzeby uczenia się czegokolwiek lub poznawania.
Tylko nasza cywilizacja, cywilizacja europejska od początku była ekstrawertyczna, otwarta na świat i nieskończenie tego świata ciekawa. To my, „zarozumiali i butni” Europejczycy, uczyliśmy się od innych, przyjmowaliśy nowe zwyczaje, asymilowaliśmy nowe kultury, katalogowaliśmy i opisywaliśmy świat i to my nadaliśmy mu nazwy i kształt.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.