Nigdy nie byłem i nadal nie jestem w stanie zachwycić się sztuką bizantyjską i nie rozumiem tych, których ona zachwyca. Odstręcza mnie jej schematyzm i żałosne ubóstwo przedstawień. Postacie rozrysowane są na nienaturalnie płaskich przestrzeniach, całkowicie pozbawionych głębi i perspektywy – wszystko to czyni tę sztukę zgrzebną, par excellence prymitywną, a tym samym kompletnie nieinteresującą. Ikony, ikony, ikony, nie oszukujmy się – ikony posiadały charakter głównie religijny i polityczny, a nie estetyczny. Były wyrazem oficjalnej propagandy zwycięskiej religii, ich zadaniem była gloryfikacja życia „świętego” oraz wspieranie nowego chrześcijańskiego ładu. Ikony, ich ograniczona i płytka tematyka, to przejaw tego samego zjawiska, które wiele wieków później pojawiło się w postaci realizmu socjalistycznego.
Tag: chrześcijaństwo
Postawa czy sztuka
Mylą się ci, którzy uznają sarkazm za postawę – prawdziwy sarkazm jest sztuką. Flawiusz Julian, zwany Apostatą, cesarz rzymski panujący w latach 361–363 i filozof, władał nią zdaje się perfekcyjnie. Był jednym z nielicznych władców, którzy w walce z chrześcijaństwem nie stosowali prześladowań i nie posuwali się do okrucieństwa. Przeciwnie, za wszelką cenę unikał egzekucji wyznawców Chrystusa, chociaż i z tego pewien chrześcijański autor uczynił mu zarzut oskarżając cesarza o to, że „zwalcza zaszczyt męczeństwa”. Wspaniałym przykładem jego sarkazmu jest edykt z Edessy (starożytne miasto w Górnej Mezopotamii, obecnie tureckie miasto Şanlıurfa), gdzie doszło do zamieszek pomiędzy chrześcijańskimi sektami, zaciekle walczącymi o profity i dochody, co w tamtym czasie zdarzało się nader często. Cesarz pogodził skłócone strony iście salomonowym rozwiązaniem: Ponieważ godne najwyższego podziwu przykazanie zaleca chrześcijanom wyrzeczenie się majętności, aby mogli łatwiej podążać do królestwa niebieskiego, przeto my, współdziałając z ich świętymi, rozkazaliśmy przejąć wszystkie pieniądze kościoła edeskiego i rozdać je żołnierzom, wszystkie zaś dobra ziemskie włączyć do naszych dóbr prywatnych, aby żyjąc w ubóstwie, zachowywali spokój i nie utracili królestwa niebieskiego, w które tak ufają.
Antyczny wątek
Życie z upodobaniem kopiuje swoje najbardziej chwytliwe scenariusze. Powtarza je co jakiś czas, dokonując jedynie drobnych retuszy i lekko zmieniając dekoracje. Jeżeli jakieś wątek okaże się wystarczająco atrakcyjny, by zapisać się w naszej pamięci, można być pewnym, że zaistnieje ponownie w identycznej albo bardzo podobnej formie, wcześniej czy później.
W 326 roku cesarz Konstantyn stawia swego syna, Kryspusa, przed prowincjonalnym sądem w Puli na Istrii. Kryspus zostaje osądzony, skazany na śmierć i natychmiast stracony. Cesarz zarządza również damnatio memoriae. Oznacza to, że imię skazańca ma zostać wykreślone z wszelkich oficjalnych dokumentów i napisów na monumentach, a pamięć o nim wytarta na wieki. Reakcja ta może sugerować, że Kryspus popełnił przestępstwo tak straszne, iż sama śmierć wydawała się być karą zbyt małą. Ale to nie wszystko. Niedługo potem Konstantyn nakazuje udusić swoją żonę Faustę, zamykając ją w przegrzanej łaźni parowej. Te dwa zdarzenia dzieli pewien interwał czasu, ale nawet jeżeli zamysłem Konstantyna było, by nikt tych zdarzeń nie łączył ze sobą, to nie ulega wątpliwości, że są one ze sobą ściśle związane.
Istnieje pogląd, że Fausta i Kryspus ponieśli śmierć, bowiem planowali spisek przeciw Konstantynowi. Większość historyków odrzuca go jednak i zapewne słusznie. Kryspus był cezarem, przyszłym następcą tronu, spiskując ryzykował wiele, a niewiele miał do zyskania. Sprawa tej rangi w żadnym wypadku nie byłaby też orzekana przez jakiś prowincjonalny sąd w Puli. Nie brakuje sugestii, że Konstantyn usunął Kryspusa, ponieważ był on jego synem z nieprawego związku, a to mogłoby być w przyszłości powodem kryzysu w sprawie sukcesji tronu. Ten motyw jest jeszcze mniej wiarygodny. Konstantyn posiadał dostateczną władzę, by mianować swoim spadkobiercą kogo chciał. Taka interpretacja nie tłumaczy ponadto śmierci Fausty. Nie brakuje też przypuszczeń, że cesarz obawiał się rosnącej popularności syna i jego sukcesów, ale i to łatwo podważyć. Większość współczesnych historyków uznaje, że Kryspus i Fausta rzeczywiście mieli romans, a kiedy Konstantyn został o tym poinformowany ich los był przesądzony. Nie zginęli równocześnie, to prawda, ale i nie można też wykluczyć, że śmierć Fausty została na jakiś czas odroczona z powodu ciąży. Ten argument ma swoją wagę. Daty urodzin obu córek Konstantyna i Fausty pozostają wciąż nieznane, a więc urodziny jednej z nich mogły być powodem dla którego egzekucja ich matki została chwilowo wstrzymana.
Historycy starożytni, Zosimos i Jan Zonaras, nie mieli wątpliwości, że życie po raz kolejny powieliło swój wcześniej wypróbowany scenariusz, czyli legendę o Hipolicie i Fedrze, rolę Tezeusza przeznaczając tym razem Konstantynowi. Utrzymywali, że Fausta obawiając się, iż Konstantyn, faworyzujący Kryspusa, odsunie jej synów od władzy, użyła podstępu Fedry, by pozbyć się lub zneutralizować pasierba. Wyznała młodemu cezarowi miłość, proponując skryty romans. Dalsze wypadki potoczyły się zgodnie ze starym, mitycznym scenariuszem – Kryspus prawdopodobnie wygłosił replikę Hipolita i opuścił pałac ojca, a wówczas Fausta oskarżyła go przed Konstantynem o gwałt. Konstantyn-Tezeusz także nie dokonał żadnych poprawek w swojej roli, uwierzył żonie i, w przypływie gniewu i zaślepienia, rozkazał zabić syna. Potem, wciąż zgodnie z pierwotną wersją tego scenariusza, musiał dowiedzieć się prawdy i zabić swoją żonę. Tak to przedstawia Zosimos w jego „Nowej historii”: Podejrzewał syna, Kryspusa, podniesionego, jak powiedziałem wcześniej, do godności cezara, o powiązania z jego macochą Faustą; zgładził go nie zważając na żadne prawa natury. Helena, matka Konstantyna, była oburzona z powodu tak wielkiego okrucieństwa i trudno jej było pogodzić się z zamordowaniem młodzieńca. Konstantyn niby mając zamiar ją pocieszyć, uleczyć zło jeszcze większym złem. Rozkazał nagrzać łaźnię do temperatury wyższej niż zwykle, umieścił w niej Faustę i kazał wynieść dopiero po śmierci.
Najciekawszy w tej historii jest jednak nie tyle ów antyczny wątek, rozegrany dla odmiany w bizantyjskiej scenerii, co jego całkiem nieoczekiwane konsekwencje. Zdaniem Zosimosa był to bowiem punkt zwrotny tamtych czasów. Konstantyn, nie znajdując kapłanów pogańskich gotowych oczyścić go z tej zbrodni, zwraca się wtedy ku chrześcijaństwu: Zdając sobie z tego sprawę, zwłaszcza z lekceważenia przysiąg, udał się do kapłanów prosząc o ofiary oczyszczające za swoje występki. Oni zaś odpowiedzieli, że nie istnieje sposób oczyszczenia, który by zdołał zgładzić tak ciężkie przewinienia. Przybył wtedy jakiś Egipcjanin z Hiszpanii i zawarł znajomość z kobietami z dworu cesarskiego. Spotkał Konstantyna i zapewnił, że wiara chrześcijan gładzi każde przewinienie oraz obiecuje, że jeśli niewierzący nawrócą się na nią, natychmiast zostaną oczyszczeni z każdej winy. To, że Konstantyn rozpaczliwie poszukiwał pokuty oczyszczającej po zamordowaniu Kryspusa, potwierdza wielu ówczesnych historyków i niemal wszyscy oni obarczają go odpowiedzialnością za upadek tradycyjnej religijności i za schyłek rzymskiej kultury, podczas gdy tradycja chrześcijańska od IV wieku uważa go za świętego. Bardzo możliwe więc, że tym, co otworzyło przed raczkującym chrześcijaństwem drzwi do historii nie była wizji krzyża, której Konstantyn doznał podobno przed bitwą przy moście Mulwijskim, lecz zwyczajne zabójstwo. Powód mało zaszczytny, ale przynajmniej nie uwłaczający niczyjej inteligencji. W końcu wiara chrześcijan gładzi każde przewinienie, jak pisze Zosimos.
Kolaboranci
Religia to kultura, ale kultura w postaci ekstremalnej, usiłująca wytłumaczyć nasz świat przez tworzenie innych światów. Myślenie religijne zakłada, że istnieją istoty nieporównywalnie lepsze od nas, istoty doskonałe. My, ludzie, jesteśmy rasą niższą i podległą, mamy wiele słabości. Wyrazem naszej słabości jest nawet jedzenie. W tradycji grecko-rzymskiej bogowie raczyli się jeszcze ambrozją i nektarem, niektórzy winem. Był to więc pewnego rodzaju kompromis, jakiś ukłon w stronę człowieka, sugestia, że i oni przypominają ludzi. Tradycja chrześcijańska zrywa definitywnie z tym antycznym przymilaniem się do człowieka. Bóg całkowicie obywa się bez jedzenia. Żadnych ambrozji, żadnych nektarów. Bóg nie potrzebuje ani pić ani jeść. Bóg nie je nigdy. Nigdy nie zasiada za stołem. Bóg jest wolny od przekleństwa receptorów smaku i zapachu, obywa się bez nich, syci się jedynie wiecznością. Aniołowie również nie jedzą. To istoty wieczne, niezniszczalne, doskonałe, bez systemów pokarmowych, soków trawiennych, bez enzymów i pepsyn, całego tego osprzętowania, które rozkłada, przyswaja, wydala, powoduje zatrucia, skręty kiszek czy choćby wzdęcia. Istoty doskonałe nie jedzą i nie wydalają. Ich to nie dotyczy. Nas dotyczy. I unaocznia tym samym naszą niższość, naszą niedoskonałość. Karmienie ciała prowadzi do dekadencji. Ciało to dekadencja. Jest to powód dla którego filary każdej religii, święci, pustelnicy, prorocy, nawiedzeni, tabuny podobnych im szaleńców starają się jeść jak najmniej, prawie nie jeść, aby tylko poskromić swoją ziemską powłokę, przyuczyć ją do wieczności, złamać swoją wadliwą naturę, swoje niskie skłonności, by choćby trochę, choćby troszeczkę upodobnić się do aniołów. Święci nienawidzą w sobie tego, co jest w nich ludzkie. To kolaboranci, piąta kolumna złudnej wieczności.
Cioran o Rzymie
Emil Cioran, w wywiadzie Sylvie Jaudeau: Weźmy Rzym: jeśli przyjęcie chrystianizmu było objawem przedśmiertnym, to dlatego, że w parze z wyczerpaniem się wierzeń szła postępująca anemia tubylców. Większość mieszkańców stolicy była imigrantami. Triumf chrześcijaństwa był ich zasługą. W końcu zawsze górę biorą służący. To, że później nowa religia oczarowała z kolei rzymską inteligencję, jest już mniej zrozumiałe. Można to przypuszczalnie złożyć na karb skrajnego znużenia. Chrystianizm narzucili „rozłożeni” duchowo Rzymianie i kipiący witalnością cudzoziemcy. Kusząca byłaby tu paralela z aktualnym Zachodem, również znużonym własnymi tradycjami.
Paralela jest aż nadto oczywista. Także i tym razem, nie łamiąc dziejowych zasad, górą będą służący.
Cioran
Emil Cioran, „Rozmowy”: Długo starałem się odgadnąć, w jaki sposób ludzie niezdolni zostać chrześcijanami i wiedzący, że przegrali reagowali na pewne wydarzenia. Stwierdzam, że nasza sytuacja i nasza postawa przypomina trochę sytuację z tamtych czasów, z tą różnicą co prawda, że my nie możemy już oczekiwać żadnej nowej religii. Pominąwszy tę okoliczność, znajdujemy się w położeniu ostatnich pogan. Widzimy, że za moment wszystko utracimy, że może już wszystko utraciliśmy i że nie ma dla nas nawet cienia nadziei, nawet najlżejszego widma nadziei.
Religia i sauna
Scena z sauny. Trzech mężczyzn po trzydziestce na najwyższej półce. Perorują głośno, ochoczo licytując się „liberalnymi” poglądami i każdy próbuje być „liberalniejszy” niż pozostali. Prawie tak, jakby rozdawali nam, siedzącym w tym samym pomieszczeniu, swoje sfałszowane karty wizytowe. Nikt nie reaguje jednak. Ja też nie. Wreszcie zapada chwila błogosławionej ciszy, ale trwa zbyt krótko. Kolejny temat podrzuca pulchniutki blondynek z trzydniowym zarostem na okrąglutkim pyszczku. Religia. Wszystkie religie należy traktować jednakowo, oświadcza głośno, stanowczo zbyt głośno, by mówił tylko do swoich kolegów. Mam ochotę zapytać: Jak to miałoby być możliwe, niedźwiadku? Religie przecież nie są jednakowe. Chrześcijaństwo egzystuje w kooperacji z państwem. W islamie nie ma natomiast rozdziału religii od państwa. Islamskie państwo jest od początku do końca podporządkowane religii. Kościół chrześcijański nie interpretuje Biblii dosłownie. Islam traktuje Koran dosłownie, śmiertelnie dosłownie. Koran nie został stworzony, lecz objawiony. Jest więc słowem Boga. Do tego dochodzi jeszcze chociażby sprawa hierarchii. W chrześcijaństwie jest to struktura wertykalna – decyzje należą do Watykanu. W islamie nic takiego nie może mieć miejsca. W islamie system władzy nie jest stworzony przez człowieka, lecz przez samego Allaha. Nawet Kalif nie stanowi prawa. Odpowiada jedynie za uprawomocnienie i przestrzeganie prawa, które zostało dane od Boga. Więc jak to jest możliwe, kretynie, by rzeczy, które nie są takie same, traktować tak samo? I czemu to miałoby służyć? Mam ochotę zapytać, ale nie pytam. Nikt inny także nie pyta i nikt nie podejmuje tematu. Milczymy, wpatrując się w szaro sine wody cieśniny Sundu, a po kilku minutach liberalni chłopcy w ciszy, jeden po drugim, opuszczają saunę. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że wszyscy słyszeli moje myśli albo słyszeli je właśnie dlatego, że jednak wypowiedziałem je głośno. Albo, że były tak głośne, bo wszyscy myśleliśmy to samo.
Bizancjum
Cesarstwo Wschodniorzymskie, Cesarstwo Bizantyjskie, Bizancjum. Znamy te określenia, słyszeliśmy je zapewne wiele razy. Bardziej dociekliwi wiedzą nawet, że powstało w ramach podziału imperium rzymskiego, że istniał jakiś kodeks Justyniana, słyszeli coś o cesarzowej Teodorze, o upadku Konstantynopola, o bizantyjskim zbytku i przepychu, o bizantyjskiej przewrotności i obłudzie. Media również używają czasem, zwłaszcza gdy mowa o przywilejach władz, naładowanych pejoratywnie określeń typu „bizantyjskie zwyczaje”, „bizantyjska czołobitność”, „bizantyjska polityka”. Zwykle jednak gdzieś w tym miejscu, mniej więcej, kończy się nasza powszechna wiedza o Bizancjum. Czy nie wydaje się to być dziwne? W szkole nawet w moich, zamierzchłych już czasach, o Bizancjum ledwo wspominano, a podejrzewam, że w tej chwili jest jeszcze gorzej i nazwa ta wcale nie pojawia się na lekcjach historii. Spotkałem ludzi, którzy uważają, że Istambuł zawsze nazywał się Istambuł, a Konstantynopol to takie starożytne miasto, które już od dawna nie istnieje. Potrafimy, gdy zachodzi potrzeba, zadać gwałt naszej pamięci i wymienić kilka imion cesarzy rzymskich, powieści, filmy i telewizyjne seriale spopularyzowały co bardziej malownicze postacie, jak Kaligula, Klaudiusz, Cezar czy Neron, ale czy z równym powodzeniem udałoby się nam wymienić kilka imion z długiej listy cesarzy bizantyjskich? Z całą pewnością – nie. O Bizancjum wiemy mało. Zgoła nic. Przez tysiąc lat to wspaniałe, a tak słabo dziś znane państwo, walczyło o to, żeby Europa mogła być tym, czym jest obecnie. Stworzyło niezwykłą, barwną i twórczą cywilizację, która łącząc ortodoksyjne chrześcijaństwo z pogaństwem, klasyczne greckie wykształcenie z rzymską sprawnością administracyjną, zdołała przez tysiąc lat stawiać opór nawale islamu. A my prawie nic o tym nie wiemy. Bizancjum nie ma w naszej pamięci. Bizancjum nie jest częścią naszej historii. Jak to jest możliwe? Czy nie jest to wynikiem szkalującej i wrogiej propagandy ze strony uczestników zachodnich krucjat? Krucjat, które zamiast walczyć z islamem, zajmowały się rabunkiem bogatego Konstantynopola, jak „słynna” krucjata z roku 1204, gdy „bogobojni” krzyżowcy wdarli się do miasta, plądrując je przez trzy dnie i urządzając bezprzykładną rzeź jego chrześcijańskich mieszkańców? Ten moment to nie tylko zdobycie chrześcijańskiej stolicy przez innych chrześcijan, rabunek i zniszczenie bezcennych zabytków wspólnej kultury, ale również zniszczenie ciągłości Cesarstwa Bizantyjskiego. Może w naszej, europejskiej niechęci do mówienia, a już szczególnie mówienia o Bizancjum dobrze, leży coś więcej niż zwykły brak zainteresowania tym niby „orientalnym tematem”? Może nie chcemy pamiętać o tamtej zbrodni albo – jeżeli już nie da się jej ukryć – przynajmniej pomniejszyć jej rozmiary szkalując pokonanego? Stara, wypróbowana taktyka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że opinia o Bizancjum została ukształtowana przez zachodnioeuropejskich przywódców ruchu krucjatowego, że jest ich wątpliwym alibi, obrosłym w ciągu setek lat kłamliwymi mitami i stereotypami, alibi, które my wciąż bezmyślnie powtarzamy. No cóż, Bizancjum upadło, a historię – jak zawsze i wszędzie – pisali zwycięzcy.
Patrick Leigh Fermor
Patrick Leigh Fermor: Przeistoczenie się chrześcijaństwa w logiczny system, zdolny przetrwać wstrząsy dwóch tysiącleci, jest dziełem Greków. Kościół chrześcijański był ostatnim wielkim dziełem greckiej kultury antycznej. Pod względem siły i rozległości oddziaływania połączenie przesłania greckiej filozofii z grecką interpretacją chrześcijańskiego objawienia nie ma sobie równych.
Bogowie
Greccy czy rzymscy bogowie nie ubezwłasnowolniali człowieka. Człowiek mógł być ich partnerem. Był im potrzebny tak samo jak oni jemu. Byli jego odbiciem i często można ich było pokonać lub przechytrzyć – stąd teurgia. Człowiek mógł być równy bogom.
Dopiero te pomyje, które przywędrowały do nas z krajów Bliskiego Wschodu, czyli islam i chrześcijaństwo, uczyniły z nas prawdziwych karłów. Od tego momentu Bóg stał się monarchą absolutnym. Ten Bóg nie rozmawia już z nami. Wydaje rozkazuje, stawia żądania, grozi, karze. Ten Bóg nie jest naszym odbiciem. Te dwie religie zamknęły przed nami drogę do boskości.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.