Żydowskie porachunki?

Żydowska anarchistka znana jako Fani Kapłan, a właściwie Feiga Chaimowna Rojtblat-Kapłan, 30 sierpnia 1918 roku w fabryce Michelsona w Moskwie oddała trzy strzały do Lenina. Dosięgły go dwa z nich (jeden w ramię, drugi trafił między szczękę i kark), a trzeci kobietę stojącą nieopodal. Feiga, po przesłuchaniu i torturach, została zgładzona bez sądu, prawdopodobnie już 3 września. Zemstą za jej śmierć było zabójstwo Moiseja Urickiego, urodzonego w Czerkasach w rodzinie żydowskiej, szefa słynnej z bestialstwa Czeka (czyli Wszechrosyjskiej Komisji Nadzwyczajnej do Walki z Kontrrewolucją) w Piotrogrodzie, którego następnie na tym stanowisku, wykazując się nieludzkim okrucieństwem, zastąpiła Varvara Jakovleva, również z żydowskiej rodziny kupieckiej. Zastanawiam się, czy była to istotnie rewolucja rosyjska czy też zwykłe żydowskie porachunki?

Aneks do terminu Czeka. Orlando Figes, brytyjski historyk, pisze, że każdy lokalny oddział Czeki miał własną specjalność. W Charkowie upodobano sobie „numer z rękawiczką” – parzono dłonie ofiar wrzątkiem, aż pokryta pęcherzami skóra dawała się zdjąć: ofiarom pozostawały obdarte do żywego mięsa, krwawiące dłonie, a torturującym „rękawiczki z ludzkiej skóry”. Czeka w Carycynie przepiłowywała ofiarom kości. W Woroneżu nagie ofiary umieszczano w nabijanych gwoździami beczkach, które potem toczono. W Armawirze miażdżono czaszki, zaciskając wokół głowy ofiary skórzany pas z żelaznym sworzniem. W Kijowie przymocowywano do tułowia ofiary klatkę ze szczurami i ją podgrzewano, tak że rozjuszone zwierzęta wgryzały się w jelita, szukając drogi ucieczki. W Odessie przykuwano ofiary łańcuchami do desek i powoli wsuwano do pieca albo zbiornika z wrzątkiem. Ulubioną zimową torturą było oblewanie wodą nagich ofiar dopóty, dopóki nie zamieniły się one w żywe lodowe posągi. Wielu funkcjonariuszy Czeki preferowało tortury psychologiczne. Jeden z nich kazał prowadzić ofiary rzekomo na egzekucję, po czym strzelano do nich ślepymi nabojami. Inny kazał grzebać ofiary żywcem albo wkładać do trumny z cudzymi zwłokami. Niektórzy zmuszali do patrzenia, jak się torturuje, gwałci lub zabija bliskie ofiarom osoby. („Tragedia narodu. Rewolucja rosyjska”, Wrocław 2009)

Intelekt

Aleksander Wat w „Moim wieku” wystawia Dzierżyńskiemu opinię człowieka o „gołębim sercu”, kochającego dzieci, a postawienie go na czele zbrodniczej Czeki przypisuje wyjątkowej perfidii Lenina, chętnie stosującego ten rodzaj komunistycznej przewrotności, bowiem niszczył on skutecznie nawet najszlachetniejsze charaktery. Diametralnie inne zdanie o Dzierżyńskim ma Ferdynand Ossendowski. Twierdził on, że nawet Lenin unikał wizyt w osławionej siedzibie Czeki na Łubiance, bowiem władał tam człowiek ogarnięty żądzą mordu, zły, nieobliczalny i szalony. Czytając „Mój wiek” ponownie znajduję tam tyle naiwności, że po 250 stronach odstawiam tę książkę na półkę, rozważając, czy po prostu nie wyrzucić jej na śmietnik. Jedyną zaletą, wynikającą tej lektury, jest zrozumienie przyczyny, która zawsze pozwalała, i wciąż pozwala, obywać się intelektualistom bez rozumu. Nie potrzebują rozumu. Mają intelekt.

Chińskie mięso

Zinaida Gippius „Dzienniki petersburskie. Dziennik warszawski”: Czy wiecie, co to jest „chińskie mięso”? Otóż ciała rozstrzelanych „Czerezwyczajka”, jak wiadomo, oddaje dla zwierząt w ogrodzie zoologicznym. I u nas, i w Moskwie. Rozstrzeliwują zaś Chińczycy. I u nas, i w Moskwie. Ale w czasie mordowania i przy wysyłce ciał dla zwierząt Chińczycy spekulują. Nie wszystkie ciała wydają, te młodsze ukrywają i sprzedają jako cielęcinę. U nas – i w Moskwie. U nas na bazarze Siennym. Doktor N. (znam nazwisko) kupił z „kostką” – poznał ludzką. Zaniósł do Czeki. Tam bardzo sugestywnie poradzili mu, by nie protestował, bo sam może trafić do Sienny.