Ta sama historia Pigmaliona

Pigmalion, lat pięćdziesiąt osiem, szczupły, wciąż jeszcze przystojny mężczyzna o świetnej prezencji i nienagannych manierach, trochę w stylu Davida Nivena, nieco staroświecki, lecz uroczy. Zamożny, pasjonat opery i operetki, muzyki klasycznej, znawca francuskich oraz włoskich win, bon vivant chętnie korzystający z uciech życia, korzystający z nich radośnie, bez cienia przykrej łapczywości, tak odstręczającej u większości nuworyszy. Pigmalion znał się bez mała na wszystkim, umiał wiele, wiedział jeszcze więcej, lecz – jak przystało na dżentelmena – nie okazywał tego nigdy, a jeżeli został do tego zmuszony, prezentował to z żartobliwym lekceważeniem lub zamierzoną nieporadnością. Galatea, lat dwadzieścia trzy, jasnowłose, słowiańskie wydanie Salmy Hayek. Przypadek, ślepy zegarmistrz, spowodował, że Pigmalion ujrzał ją w barze pewnego hotelu, gdzie siedziała między innymi ukraińskimi prostytutkami, w oczekiwaniu na klientów. Jej uroda nie mogła ujść jego uwadze. Wszystko w niej zadawało się być niemal antyczną miarą i proporcją. Poza jej wnętrzem. Pigmalion potrzebował zaledwie kilku chwil rozmowy, by zorientować się, że Galatea posiada uroczy, lecz bardzo mezozoiczny intelekt. I nie mylił się. Nie znała żadnych kodów i konwenansów, żadnych towarzyskich form ani etykiety, nigdy nie słyszała o savoir-vivre, nie miała ani odrobiny ogłady, nie wiedziała, jak trzymać sztućce czy lampkę wina, do czego służy serweta przy stole, nie miała pojęcia o makijażu czy zapachach, nie odróżniała Diora od sowieckich perfum Program Sojuz-Apollo, nigdy nie słyszała o frutti di mare, o Pavarottim czy Max Factorze, o szczoteczce do zębów lub tamponach, o Freudzie lub Pinot Noir, nie wiedziała jak jeść francuskie ciasto, nie odróżniała noży do przystawek od noży do ryb, słowo opera kojarzyła się jej ze schroniskiem dla bezpańskich  zwierząt, a słowo fellatio z egzotycznym kwiatem. Co gorsza, poruszała się niczym dziarski geodeta, a jej chichot do złudzenia przypominał śmiech kukabury. Galatea nie umiała i nie potrafiła dokładnie nic, poza sprawnym zdejmowaniem majtek, z czego była naiwnie i otwarcie dumna.

Być może w istocie nic więcej nie jest nam potrzebne do szczęścia. Być może najzupełniej to wystarczy. Zdejmowanie majtek jest w końcu jedną z naszych najstarszych specjalności i specjalność ta, choć mało skomplikowana, niemal prymitywna, zawsze cieszyła się sporą popularnością, przynajmniej wśród męskiej części naszej populacji. Pigmalion przynależał do tej części w stu procentach, a ponadto – jak przystało na entuzjastę operetki – nie mógł przeoczyć faktu, że oto kapryśny los stwarza mu unikalną szansę powtórzenia słynnego eksperymentu profesora Higginsa. Nie wahał się ani chwili. Zafascynowała go ta myśl i uwiodła. Zaczął tworzyć Galateę. Stała się jego ideą fix, jego my fair lady. Tworzył ją z zapałem, oddaniem, z czułością i pasją. Zabrał się za jej edukację nie tylko z cierpliwością, ale i entuzjazmem, ucząc gestów, znaków i sygnałów, objaśniając słowa i zachowania, dbając o jej garderobę i fryzury, objaśniając towarzyskie kody i niuanse, zabierając do muzeów i salonów sztuki, do opery i operetki, do najdroższych restauracji i najdroższych hoteli, ucząc pięknej wymowy i towarzyskiej ogłady. Ukraińska Eliza Doolittle miała przekształcić się w prawdziwą damę. Podobno była zdolna i uczyła się nadzwyczajnie szybko. Wtedy, w nagrodę, kupił jej mieszkanie.

Spotkałem ją po pewnym czasie. Pigmalion zaaranżował spotkanie w wytwornej i modnej wtedy restauracji. Ku mojemu zdumieniu nie w Polsce jednak, gdzie mieszkała podówczas Galatea, lecz w Kopenhadze, w jego własnym mieście. Galatea przyszła w wieczorowej, równie gustownej jak drogiej sukni, której malachitowa zieleń idealnie pasowała do koloru jej oczu. Nowa, pieczołowicie „wyrzeźbiona” Galatea miała być w zamyśle marmurowo piękna, a tymczasem przypominała jedynie Barbie. Cedziła słowa jak mechaniczna lalka. Siedziała jak mechaniczna lalka. Uśmiechała się także i poruszała jak mechaniczna lalka i tylko z bardzo dużej odległości można byłoby uznać ją za damę, choć właśnie na tym Pigmalionowi zależało najbardziej. Ale on zdawał się wcale tego nie postrzegać. Podziwiał Galateę, był wyraźnie zachwycony swoim „dziełem”. Prawie nie odrywał od niej oczu. Gdy opuściła nas, wcześniej z pretensjonalnym wdziękiem fitzgeraldowskiej Daisy Buchanan informując, że udaje się „odświeżyć twarz”, Pigmalion natychmiast zwrócił się do mnie z pytaniem, którego spodziewałem się, niestety, choć do końca miałem nadzieję uniknąć. Byłem szczery. Byłem szczery, lecz nie tak naiwny, by sądzić, że nasza przyjaźń zdoła przetrwać poza ten uroczy wieczór. Nie przetrwała. Nie spotkaliśmy się już nigdy więcej, ale wiem, że w jakiś czas potem Pigmalion sprowadził Galateę do Kopenhagi, załatwił jej przez swoje znajomości i koneksje stały pobyt w Danii i zakupił mieszkanie, położone dokładnie w centrum miasta.

Podobno gdzieś w tym momencie Galatea nieoczekiwanie zeskoczyła z piedestału. Zaczęła unikać Pigmaliona, nie otwierała drzwi, nie odpowiadała na telefony, a wkrótce potem sprowadziła jakiegoś Freda z Ukrainy, który przy pierwszej okazji zrzucił Pigmaliona ze schodów, łamiąc mu przy tym i szczękę, i rękę. Gdy, po pewnym czasie, Pigmalion powrócił z rekonwalescencji dowiedział się, że Fred został aresztowany za napad z bronią. Galateę aresztowano także. Fred po rozprawie został odesłany na Ukrainę, a Galateę oczyścili z zarzutów najlepsi duńscy adwokaci, wynajęci i opłaceni przez Pigmaliona. Galatea, być może niechętnie, ale pokornie powróciła znów na piedestał, odbyli razem jedną podróż do Włoch, jedną do Hiszpanii, a po powrocie Pigmalion zmarł nagle na zawał serca.

Nic nie wiem o dalszych losach Galatei. Zapewne, jak my wszyscy, nie zdołała uciec od swoich genetycznych przeznaczeń i powróciła do jej własnego Covent Garden, położonego gdzieś w zachodniej Ukrainie. Ale nie ona jest w tej historii ważna. Ona niczego nie mogła zmienić. Jej los był jej wyrokiem. Interesujący w tej historii mógł być los Pigmaliona, ale i on okazał się wyrokiem – bogowie drwią z nas nawet wtedy, gdy spełniają nasze marzenia.

Neandertalczycy i my

Od pewnego czasu wiadomo już, że gatunków homo było na Ziemi znacznie więcej niż jeden i przyjemnie było śledzić rozliczne spekulacje o ich ewentualnych czy – jak to się mówi dzisiaj – wirtualnych losach. Ta przyjemność odchodzi w niepamięć. Ostatnio naukowcy udowodnili, że Neandertalczycy oraz inni, mniej lub bardziej bezimienni sąsiedzi z naszej zamierzchłej przeszłości, nie wyginęli jednak na wskutek kolizji Ziemi z kometą czy astroidą i absolutnie w żadnym wypadku nie popełnili zbiorowego samobójstwa. Wszystko wskazuje na to, że to my, zwyrodniały i morderczy gatunek homo sapiens, bezlitośnie wytrzebiliśmy te żałosne pomyłki ewolucji. Właściwie nie jest żadna to niespodzianka, wiele razy próbowano sugerować to już wcześniej, aczkolwiek dość nieśmiało i zażenowaniem. Interesujące jest coś innego, mianowicie, powszechny i infantylny lament prasowy nad losem biednych neandertali i naszym okrucieństwem. Najwyraźniej współczesny homo, i do tego sapiens, wciąż nie wie albo zapomniał już, że sukces ewolucyjny jednej grupy zawsze odbywa się kosztem innej i że od tego prawa nie ma żadnego wyjątku. Jest więc hipokryzją poniewczesne rozdzieranie szat i fałszywe bicie się w pierś z powodu okrucieństwa naszych przodków. Byliśmy okrutni, jesteśmy okrutni. Dla nas, jako gatunku, być może na szczęście, bowiem w innym razie może właśnie Neandertalczycy władaliby tą planetą. Czy byłby to zabawniejszy wariant? I dla kogo? Bo naszej planecie jest to kosmicznie obojętne. Przetrwała zdarzenia o których nie mamy żadnego pojęcia i przetrwa też nasze szaleństwo. Irytujące jest więc to ckliwe, durne i fałszywe dziennikarstwo drobnych pismaków wykształconych na Wikipedii, którzy popiskują niby pokornie, niby trwożnie na temat bezprzykładnego okrucieństwa naszego gatunku. Nie omieszkują przy okazji popisać się dość wątpliwą wiedzą i wypominaniem nam innych „zbrodni”: że wytrzebiliśmy moa, nieudane skrzyżowanie kury z żyrafą, że wykończyliśmy mamuty, te wielkie, umysłowo ociążałe kombajny, które przez tysiąclecia nie zdołały wymyśleć choćby czegoś tak głupiego jak gra w piłkę nożną, że z apetytem zjedliśmy ostatnie dodo i półtonowego mamutaka, że pozbyliśmy się depresyjnych turów, bezużytecznych żółwi słoniowych, niedojnych krów morskich Stellera, niesmacznych drontów z Maskarenów, nieoswajalnych wilków tasmańskich czy paskudnie nietowarzyskich tygrysów kaspijskich oraz balijskich. Pewnie, że wcale nie chodziło o to, że miały dobre mięso czy wartościowe skóry. W naszym świecie po prostu nie było miejsca na ich świat. Rzadko zdarza się tak, że w jakimś świecie jest miejsce na świat dla każdego. Równie śmieszne jest wypominanie nam, że podeptaliśmy jakieś kwiatki i rabatki na egzotycznych grządkach, że wycinamy malaryczne dżungle, spalinami zatruwamy atmosferę i nie okazujemy szacunku dla mieszkańców tropikalnych lasów, słodko pogrążonych w neandertalskiej drzemce.

Wyszliśmy z natury dawno temu, szukając schronienia i bezpieczeństwa, bo natura nie mogła nam tego zapewnić. Dziś już nie my jesteśmy dla środowiska, lecz środowisko i cała planeta jest dla nas. I myślę, że nasz gatunek zasłużył na to. Jego kariera jest fascynująca. W czasie, gdy stawiał swoje pierwsze kroki, gdzieś na sawannie w Afryce, nie miał wcale większych szans niż pasące się tuż obok antylopy i żyrafy. Był łupem tak samo łatwym jak one, a może nawet łatwiejszym, bo nie był ani tak szybki ani zwinny. A jednak to on zdołał rozprzestrzenić się na całym globie, nauczył się uprawiać ziemię, budować okręty, zakładać królestwa i imperia, zdołał pokonać morza i oceany, odkryć najodleglejsze wyspy i z pokracznego, owłosionego zbieracza-łowcy stać się panem świata. Prawda, że całkiem nieźle jak na absolutne biologiczne zero? Ten słabeusz, ofiara, rozpustnik, bandyta, morderca, najgroźniejsze stworzenie na tej planecie, terminator dobrotliwych tygrysów syberyjskich i rozkosznych mamucików, ten zimny zabójca stał się panem planety i to on stworzył to wszystko, co na tej planecie cudowne, wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju i absolutnie nie-naturalne, bo natura mogła stworzyć góry i rzeki, kwiaty i motyle, ale bez  pomocy homo sapiens nigdy nie stworzyłaby poematów Homera, wierszy Borgesa, rzeźb Rodina, perfum Armaniego, symfoni Bacha, obrazów Leonarda da Vinci, niebotycznych katedr, foie gras, międzykontynentalnych rakiet, koła i steków Ribeye, sukni Diora i jedwabnych pończoch z szewkiem. Ten potwór, który jeszcze do niedawna był niczym w świecie fauny, jest już w stanie zaprojektować inne, żywe istoty, w zanieczyszczonym środowisku żyje przeciętnie dwa razy dłużej niż jego przodkowie na świeżym powietrzu sawanny, leczy najgroźniejsze choroby i radzi sobie z najgroźniejszymi kontuzjami, podróżuje z kontynentu na kontynent w kilka godzin, ogląda inne planety i nasłuchuje ich pomruków. Kiedy przyjrzeć się karierze homo sapiens bez płaczliwego sentymentalizmu staje się jasne, że najgorsze nie jest to, co jest słabością tego gatunku, lecz to, że nie zdoła on uciec od swoich sukcesów.