K. Stanowski i piramidy arabskie

Krzysztof Stanowski, polski dziennikarz i tzw. osobowość medialna, cokolwiek to znaczy, napisał na Instagramie po wycieczce do Egiptu:  No warto zobaczyć na żywo te piramidy, nie mogę napisać, że nie warto. Natomiast fakt, że taka cywilizacja, która potrafiła zbudować takie budowle tyle tysięcy lat temu dzisiaj nie jest w stanie wokół tych samych budowli stworzyć czegokolwiek poza slumsem pełnym naciągaczy, sprzedawców kitu i zwykłych złodziejaszków, to jednak zaskakujące. Przecież to miejsce – pewnie jedno z najbardziej znanych na świecie – to dzisiaj obraz nędzy i rozpaczy, pełne śmieci, wychudzonych zwierząt, rozklekotanych i zdezelowanych bryczek, no i wszechobecnej chińskiej tandety.

Nie bardzo pojmuję, jak dziennikarz, a więc osoba z pewnym wykształceniem bądź co bądź, może utrzymywać, że Arabowie, zamieszkujący dzisiejszy Egipt potomkowie Beduinów, mogli być twórcami piramid. Czyżby p. Stanowski przeoczył fakt, że Arabowie pojawili się w Egipcie, podbijając go i niszcząc, dopiero w roku 645 (naszej ery!), podczas gdy piramidy powstawały przed – bez mała – trzema tysiącami lat przed naszą erą? Arabowie z piramidami mają tyle wspólnego co ja z odkryciem antybiotyków, a być może jeszcze mniej, bo ja przynajmniej wiem coś o tym. Owszem, w Egipcie wciąż jeszcze żyje około 8 milionów Koptów, potomków tubylczych ludów Egiptu, tych właśnie, które niegdyś wznosiły piramidy, a ich język jest ostatnim stadium języka rodowitych mieszkańców Egiptu, lecz dziś i oni posługują się już niemal wyłącznie językiem najeźdźców, czyli arabskim, a od pojawienia się fundamentalistów muzułmańskich podlegają regularnym prześladowaniom.

Polecam K. Stanowskiemu pewną wnikliwą uwagę, którą po wizycie w Egipcie poczynił znakomity pisarz angielski Lawrence Durrell: Wszędzie, gdzie pojawiają się Arabowie, jest tylko kurz pustynny, brud i fanatyzm.

Termy czy hammam

Wiele rzymskich instytucji budziło pożądanie germańskich najeźdźców, jednak łaźnie do nich z całą pewnością nie należały. Barbarzyńskim ideałem była kąpiel w zimnym strumieniu, nie mająca wiele wspólnego z higieną. Ze wszystkich relacji, które przetrwały z tamtych czasów wynika, że Germanie śmierdzieli, śmierdzieli odrażająco, zwłaszcza, że do fryzowania włosów z upodobaniem używali zjełczałego masła. Po upadku Rzymu termy, lekceważone przez germańskich zdobywców i potępiane przez chrześcijan, szybko więc popadły w ruinę i w końcu – przynajmniej w Europie Zachodniej – zostały całkowicie zapomniane. Przetrwały jedynie we wschodniej części Cesarstwa. Wiemy, że jeszcze w VI wieku Aleksandria wydawała niemal jedną trzecią swego rocznego budżetu na ich ogrzewanie. Natomiast w rejonach ścierania się wpływów chrześcijańskich, rzymskich i islamskich, termy przekształciły się w rzymsko-arabską hybrydę: znikł teren do ćwiczeń, a miejsce frigidarium zajęło pomieszczenie do towarzyskich spotkań, dając miejsce czemuś, co stanowiło skrzyżowanie szatni z salonem. I właśnie ta hybryda, zaadaptowana przez Turków, przybyszy z Azji Środkowej, którzy natrafili na nią w miastach bizantyjskich Azji Mniejszej oraz w Egipcie i Syrii, przekształciła się z wolna w hammam, okaleczoną wersję rzymskich term, z czasem zyskując w Europie dumne miano łaźni tureckiej. W świadomości większości Europejczyków do dzisiaj zresztą pokutuje błędne przekonanie, że to Turcy, najeźdźcy z  terenów położonych gdzieś między Morzem Kaspijskim na zachodzie a Chinami na wschodzie, z regionów suchych i bezleśnych stepów, obdarzyli nas dobrodziejstwem łaźni podczas, gdy jedyną ich zasługą było to, że zawłaszczyli starorzymskie termy. Ale mimo wszystko jest to zasługa, bowiem w ten nieco ironiczny sposób po stuleciach powróciła do Europy stara rzymska tradycja mycia się i higieny.

Herodot i postęp

Egipcjanki były podobno mistrzyniami w sztuce podobania się. Szaty z „pięknego płótna z Górnego Egiptu”, cienkie jak jedwab, cieszyły się u nich identycznym wzięciem jak u Rzymianek tkaniny z Kos, starannie i dokładnie wydepilowały całe ciało, pozłacały piersi, goliły głowy, nosiły misternie ufryzowane peruki z ludzkich włosów lub wełny i buty na obcasach, stosowały ostry, wyrazisty makijaż, powieki malując zwykle na niebiesko, i bardzo dbały o świeży i pachnący oddech. Wielu kronikarzy wspomina o ich zalotności, urodzie i wdzięku, a Herodot twierdził, że były to najbardziej niewierne kobiety starożytnego świata. Dzisiaj pod egipskim niebem przemykają czarne cienie, szczelnie opakowane w bezpłciowe chałaty, i już mało kto wie, kim był Herodot. Nazwijmy to postępem.

Ludzie i koty

W sztuce staroegipskiej nie ma żadnych przedstawień zabawy człowieka ze zwierzętami, nie znajdziemy w niej najdrobniejszych choćby świadectw takich poufałości. Świat ludzi i świat zwierząt nie spotykają się tu w geście pieszczoty czy zwykłej komitywy. Zwierzęta czczono, zoolatria bodaj nigdzie indziej nie osiągnęła aż takiego natężenia jak w starożytnym Egipcie – bóg Ra jest przedstawiany z głową sokoła, Thot ma postać ibisa, Anubis głowę psa, Sobek to bóg krokodyl, Chnum wyposażony jest w głowę barana, Bastet to bogini kotka, egipscy bogowie mają zwierzęce kreacje. Niektóre ze zwierząt, zwłaszcza koty i psy, balsamowano po ich zgonie, na znak żałoby wszyscy w rodzinie golili sobie głowy, stawiano im pomniki, uwieczniano je na hieroglifach, ale żadne z przedstawień nie nosi śladów czułej przyjaźni czy choćby zażyłości. Religijny status zwierząt wykluczał takie gesty. Zwierzęta były epifanią bóstw. Stąd adoracja i cześć, ale nigdy pieszczota. Nie można uprawiać pieszczot z bogami. Bogowie nie tolerują pieszczot.  

Sztuka egipska

Sztuka egipska nigdy nie budziła mego entuzjazmu – to zaklęte w kamień puste marzenie o wieczności. Natomiast kanon ich rysunku jest fascynujący. Widać w tym olbrzymi wysiłek, aby oddać jak największą ilość istotnych elementów postaci – głowa z profilu, ale oko frontalnie, ramiona frontalnie, ale ciało z profilu. Egipski twórca zmierzał do tego, by  odtworzyć rzeczywistość jak najwierniej, choć jeszcze nie bardzo wiedział, jak tego dokonać. To rysunek pewnych bardzo uzdolnionych dzieci.

Kleopatra i perfumy

Kleopatra kochała perfumy. Kochała je do tego stopnia, że – jak głosi legenda – spryskiwała nimi nawet żagle łodzi, którymi podróżowała. Nie wiemy jednak, jak pachniały. Para naukowców – Robert Littman i Jay Silverstein – postanowiła to sprawdzić. Pomysł narodził się podczas wykopalisk w Tell Timai, w miejscu starożytnego egipskiego miasta Thmuis. To tutaj produkowano dwa najbardziej popularne zapachy starożytności: Mendesian i Metopian. Przechowywano je w glinianych amforach. I to w nich właśnie znaleziono pozostałości liczących ponad 2000 lat składników używanych do produkcji perfum. To pozwoliło założyć, że znajdują się wśród nich i te, których używała Kleopatra. Poddano je chemicznej analizie i na ich bazie oraz danych z zapisków o tym, czym pachniała Kleopatra, spróbowali odtworzyć zapach, którego ewentualnie mogła używać ostatnia królowa Egiptu. Jego bazą okazała się być mirra. Dopełniały go oliwa z oliwek, cynamon i kardamon. Efekt nie przypomina jednak perfum, jakie znamy dziś – antyczne produkty tego typu były znacznie gęstsze i bardziej lepkie, choć prawdopodobnie dzięki temu mogły być znacznie trwalsze. Odtworzono także drugi, znacznie ostrzejszy i bardziej piżmowy zapach, nazywany maścią metopijską, w której skład wchodziły: galbanum, miód, wino, mirra, gorzkie migdały, oliwki, kardamon, olej balsamiczny i terpentyna. To mocne, korzenne zapachy.

Wiemy więc jak mogła pachnieć Kleopatra, ale dokładnie nie wiemy jak pachniała. I nie dowiemy się tego nigdy. Możemy tylko zgadywać. O niej również wiemy niewiele. Może trochę o jej życiu, ale nie o śmierci. Romantyczny wariant z wężami w koszu fig to fikcja. Ciało Kleopatry nie nosiło żadnych charakterystycznych dla otrucia plam, a w komnacie nie znaleziono żadnego węża. Nikt nie wie, jaką truciznę zażyła ani jak ją sobie podała. Podobno na jej ramieniu znaleziono dwie małe ranki, co miało sugerować ukąszenie żmii, równie dobrze jednak mogło to być ukłucie zatrutą szpilką. Z całą pewnością nie chciała być niewolnicą Rzymian, więc samobójstwo jest wysoce prawdopodobne, ale jest równie prawdopodobne, że została zgładzona na ciche polecenie Oktawiana – jej śmierć była dla niego najkorzystniejszą alternatywą. Wiemy, że Marek Antoniusz odebrał sobie życie i skonał w jej ramionach, a ona przeżyła go o dwanaście dni. Nie wiemy, gdzie została pochowana, wersji jest kilka. Plutarch wspomina o tym, że Oktawian pozwolił, aby Antoniusza i Kleopatrę pochowano razem, nie podaje jednak miejsca. Opisuje też jej mauzoleum, z którego okien można było podziwiać morze – część północno-wschodnia starożytnej metropolii, obecnie niemal w całości pod wodą – ale nie sugeruje, by mauzoleum miało stać się ich grobem. Są przypuszczenia, że jej grobowiec może znajdować się w dawnym kompleksie świątyni Izydy w Taposiris Magna. Tylko domysły, nic więcej. Morze i historia spłukały i zatarły ślady po tej wielkiej władczyni i fascynującej kobiecie. Pozostał tylko jej zapach – pachniała korzennie. I może tylko tyle właśnie powinniśmy po sobie zostawiać. Kto wie.  

Sułtańskie ultimatum

W 1676 roku sułtan turecki Mehmed IV wystosował ultimatum do Kozaków zaporoskich zamieszkujących ziemie za porohami Dniestru (środkowa Ukraina), którzy skutecznie się bronili przed ekspansją imperium osmańskiego. List sułtański miał brzmieć mniej więcej tak: „My, sułtan, syn Muhammada; brat Słońca i Księżyca, wnuk i namiestnik Boga; władca Macedonii, Babilonu, Jerozolimy, Górnego i Dolnego Egiptu, cesarz cesarzy; suweren suwerenów; rycerz znamienity i niezwyciężony; niezachwiany strażnik grobu Jezusa Chrystusa; powiernik przez samego Boga wybrany; nadzieja i pocieszenie muzułmanów; wielki poskromiciel i opiekun chrześcijan – nakazujemy Wam, Zaporożcom, podporządkować nam się z własnej woli i bez oporu, jak też przestać nas niepokoić najazdami”.

Odpowiedź Kozaków zaporoskich brzmiała następująco: „O sułtanie, diable turecki z czarciego rodu, towarzyszu samego Lucyfera, bądź pozdrowiony! Jakiż z Ciebie rycerz piekielnik, żegołym tyłkiem jeża ubić nie zdołasz? Diabeł sra, a Twoja armia to żre. Nie będziesz, suczy synu, niewolił dzieci chrześcijańskich; niestraszne nam Twoje wojska i bić się z Tobą będziemy na lądzie i morzu, pieprzona twoja mać. Ty parobku babiloński, kołodzieju macedoński, piwowarze z Jerozolimy, kozojebco aleksandryjski, świnopasie górno i dolnoegipski, wieprzu armeński, złodzieju podolski, katamito Tatarów, kacie Kamieńca i błaźnie całego świata i podziemia, głupcze przed Bogiem, wnuku węża i czyraku na naszych kutasach. Ty świński ryju, kobyli zadzie, kundlu z jatki, łbie niechrzczony, pieprzona Twoja mać!

Oto, co Zaporożcy Ci oświadczają, szumowino. Chrześcijanom świń nawet pasał nie będziesz. I na tym kończymy, albowiem na datach się nie znamy i kalendarza u nas nie masz; księżyc na niebie nam za niego starczy i rok Pański, a dzień tu taki sam jak i u Ciebie – całujże nas przeto w rzyć. Ataman koszowy Iwan Sirko z całym zaporoskim towarzystwem”.

Egipska kampania Napoleona

Pouczająca jest egipska kampania Napoleona. W 1799 r. Napoleon opuścił wojsko wyruszając na powrót do Francji, ale Francuzi utrzymali się jeszcze w Egipcie. Zostali ostatecznie wyparci przez wojska angielskie i tureckie dopiero dwa lata później. Wśród wielu przyczyn, które zadecydowały o ich porażce w Egipcie często wymienia się między innymi niezrozumienie przez nich realiów społecznych w kraju nad Nilem. Francuzi bowiem, organizując nowy tryb życia w podbitym Egipcie, kierowali się oświeceniową, lansowaną przez rewolucję zasadą, iż wszyscy ludzie preferują postęp i wszyscy marzą o wolności. Naiwnie usiłowali więc zaszczepić te wzniosłe idee i w Egipcie, w świecie w którym były one totalnie obce, a na dodatek odbierane przez Egipcjan jako nowa, perfidna, znacznie okrutniejsza forma poddaństwa i uciemiężenia niż to, czego doświadczali wcześniej. Egipska kampania jest pouczająca, ale jeszcze bardziej pouczające jest to, że nikt nigdy niczego się z niej nie nauczył – wciąż wierzymy, że postęp i wolność dla wszystkich znaczą dokładnie to samo.

Strzępy z Durrella

Poznają się w 1935. W 1937 L. Durrell z żoną Nancy pojawiają się w Paryżu. Dom przy villa Seurat w Paryżu. Durrellowie wynajmują mieszkanie przy rue Gazan 21. Anais. Inni. Córka Penelepe. Wizyta Millera na Korfu. Potem Grecja. Ateny. Jorgos Katsimbalis, Stefanides, Seferis. Rezultatem jest znakomity Kolos z Maroussi. Mieszkaliśmy w Maroussi. Spokojne, nieco senne. Jakim dziwnym zwierzęco-roślinno-mineralnym tworem jest kobiecy umysł? (Durrell w liście). Adres Durrella w Atenach: Anagnostopulu 40. Zdaje się, że bardzo blisko Muzeum Archeologicznego. Eve Cohen, którą poznaje w Aleksandrii, zostaje jego żoną. Goethe: Miarą wielkości dzieła jest niemożność jego ukończenia. Sprytne. Zawsze szukamy pretekstu, by pójść na spacer. Europa to owczarnia pełna beczących i kudłatych socjalistów, którzy zdają się nie zauważać, że socjalizm toruje drogę fanatykom. Wizja w pełni prorocza. Durrell do Millera w liście pisanym w czasie pobytu w Belgradzie: Ludzie przypominają tu mole, są śmiertelnie wystraszeni, obłudni i sztywni. Tymczasem do tego centrum barbarzyństwa, porównywalnego jedynie z najmroczniejszymi okresami w historii, przyjeżdżają amerykańscy i angielscy lewicowcy, by opowiadać obrzydliwym komunistom, jak zepsuta i bliska upadku jest nasza zachodnia cywilizacja. Hitler to przy nich niewiniątko. W 1952 roku Eve przeżywa załamanie i musi poddać się leczeniu. Córka Sappho. „Turecki dom” w pobliżu opactwa Bellapaix na Cyprze. W tym samym czasie triumfalna podróż Millera po Europie, w towarzystwie pięknej Eve McClure. Durrell poznaje Claude Vincendon, kończy Justynę. Dom w Sommieres, miasteczko średniowieczne na południu Francji. Spotykają się ponownie dopiero w 1959 roku, po dwudziestu latach. Durrell po wizycie w Egipcie w 1977 roku: Jednak wszędzie, gdzie pojawiają się Arabowie, jest również pustynny kurz, brud i fanatyzm. A potem refleksja: Jestem statecznym, siwiejącym starszym panem, mam sześćdziesiąt sześć lat, a w tym wieku człowiek zaczyna się sypać – albo, jak mówią, tracić parę. Nadal jednak potrafię przez dłuższy czas stać na głowie i opanowałem wszystkie możliwe nałogi oprócz picia czerwonego wina. Ja też.

Miraż

Wyłącznym celem tej instytucji było stworzenie uczonym i twórcom jak najlepszych warunków pracy. Zapewniała im mieszkanie, wyżywienie i stałą pensję, zwalniała ich z podatków i jakichkolwiek świadczeń na rzecz państwa, pozwalając, by cały swój czas mogli poświęcić tylko na pracę badawczą lub twórczość. Nie odrywały ich też od tego żadne obywatelskie obowiązki, nie mieli żadnych trosk materialnych. Mogli zajmować się twórczością przez dwadzieścia cztery godziny na dobę i tak długo, jak sobie tego życzyli – nikt ich nie więził, nikt ich do niczego nie przymuszał. Mogli też opuścić instytucję, kiedy tylko chcieli. Czynili to rzadko, bo życie tam było zbyt fascynujące, aby się go wyrzec. Wykłady, posiedzenia naukowe, często połączone z dyskusją wspólne uczty wszystkich członków, wieczory poetyckie, sympozja literackie, prezentacje naukowe, nowe teorie, najświeższe wiadomości o nowych odkryciach. Wszystkie zasoby tej instytucji, a te były olbrzymie, były do ich pełnej dyspozycji. Biblioteka, specjalnie dla nich powołana do życia, nieustannie pomnażała swoje zbiory. Jej wysłannicy przemierzali cały świat, tropiąc, wyszukując i zdobywając interesujące pozycje, wolni od finansowych ograniczeń. Za prace szczególnie cenne płacili niekiedy wręcz horrendalne sumy, zwykle nie targując się wcale. Władze, aby pomnożyć zbiory biblioteki, posuwały się nawet do tego, by konfiskować podróżnym przybywającym do miasta wszystkie książki: po dokonaniu ekspertyzy zwracano właścicielom tylko to, co nie przedstawiało szczególnej wartości, a rzeczy wartościowe pozostawały w zbiorach Biblioteki – właściciel otrzymywał z powrotem jedynie pięknie sporządzony odpis i ewentualne odszkodowanie, niekiedy bardzo wysokie. Biblioteka zatrudniała całą armię ludzi trudniących się opieką nad książkami, ich produkcją i obsługą. Wznawiano egzemplarze już zniszczone lub uszkodzone, wydawano prace członków instytucji, dzieła współczesnych pisarzy i poetów, prace naukowe, traktaty astronomiczne, rozprawy z zakresu biologii i medycyny. Nigdy wcześniej i długo, długo potem nie produkowano książek tak masowo jak wówczas. W bliskim sąsiedztwie Biblioteki powstały też ogrody: botaniczny i zoologiczny. Zwożono do nich z najdalszych krańców świata rzadkie okazy roślin oraz zwierząt. W osobnych pracowniach przeprowadzano sekcje zwłok zwierzęcych i ludzkich oraz doświadczenia z zakresu fizjologii i biologii. Astronomowie mieli do dyspozycji własne obserwatorium. Siedziba stowarzyszenia położona była w najlepszej dzielnicy, tuż nad morzem. Był to imponujący budynek z salą biesiadną, przeznaczoną na wspólne uczty członków i pokojami pracy; na zewnątrz wabiła ocieniona drzewami aleja przeznaczona do spacerów i kryta kolumnada, w której stały wygodny ławy i stoły, jeżeli ktoś chciał pracować na powietrzu. Wokół roztaczał się ogród pełen wiecznie kwitnących roślin, stały marmurowe posągi, dyskretnie szumiały liczne fontanny.

Science fiction? Marzenie przymierającego głodem pisarza, tworzącego gdzieś na poddaszu starej, zatęchłej kamienicy w odległej dzielnicy Paryża? Sen suchotniczego poety, który za cały majątek ma parę zdartych butów i dziury w płucach i kieszeniach spodni? Nie. To zdarzyło się naprawdę. Jest to jeden z tych cudów świata, który niestety nie znalazł się na liście siedmiu najsłynniejszych cudów starożytności, choć był cudem najprawdziwszym – cudem, który w takim zakresie nie zdołał powtórzyć się już nigdy więcej w naszych dziejach. Mam na myśli Muzeum Aleksandryjskie, słynny Musejon, z jego wspaniałą Wielką Biblioteką, pierwszą w historii instytucję, której celem było krzewienie kultury i wiedzy. Nie wiemy, w którym miejscu współczesnej Aleksandrii było miejsce, gdzie leżała Wielka Biblioteka i gmachy Muzeum. Do dziś nie znaleziono ani jednego kamienia z tych budowli, ale wiemy, że nie były mirażem. Musejon był w moim przekonaniu jedynym prawdziwym cudem naszego świata, cudem, który nie miał prawa zdarzyć się w tamtym czasie i w tamtym miejscu, ale zdarzył się i zaistniał naprawdę. Od tamtej pory nauczyliśmy się wznosić wieże wyższe niż latarnia w Faros, świątynie bardziej imponujące niż Artemizjon, statuy potężniejsze niż Kolos z Rodos i mauzolea, które mogłyby zawstydzić Satyrosa i Pyteosa, ale nikt nie zdołał powtórzyć cudu, jakim był Musejon. Mieliśmy i obecnie mamy multimiliarderów, których indywidualny dochód roczny przewyższa dochód roczny wielu państw. Nikt z nich jednak nie pokusił się o realizację idei choćby podobnej. Ich hojność ogranicza się do ochłapów w postaci jakichś marnych stypendiów, paru groszy na sfinansowanie mniej czy bardziej zbytecznych badań, jakiegoś pseudoprojektu dla biednych, bo rzadko mają oni z tego jakąś korzyść, sfinansowanie operacji dla kalekiego dziecka czy nieco większe dotacje, które mają zaspokoić ich prywatne polityczne czy socjalne ambicje. I każą się potem za to podziwiać, w nowych, coraz wspanialszych jachtach, prywatnych wyspach, imponujących wieżowcach. Żaden z nich nie odważył się nawet pomyśleć tego, co na długo przed naszą erą nie tylko pomyśleli, ale i zrealizowali, z niesłychaną hojnością i rozmachem, greccy władcy Egiptu. Multimiliarderzy naszych czasów, mimo ich ogromnych fortun, w porównaniu z Ptolemeuszami, przypominają zwykłych żebraków. Którymi zresztą są i pozostaną. 

Faros

Wszystko zaczęło się od absolutnie irracjonalnej decyzji Aleksandra Wielkiego. Po podboju Egiptu postanowił zbudować miasto, które będzie potem nosić jego imię. I wybrał w tym celu dziwne miejsce. Wybrzeże Delty Nilu jest mało gościnne. Jest płaskie i pozbawione zatok. Jedyna grecka kolonia w tym kraju, Naukratis, znajdowała się siedemdziesiąt kilometrów od morza, nad zachodnią odnogą Nilu. Przy jej ujściu leżało miasto Kanopos, według greckich mitów założone przez Menelaosa, który podczas powrotu spod Troi stracił na tym wybrzeżu nawigatora jednego ze swoich okrętów, właśnie Kanoposa. Tu, mając za osłonę niewielki przylądek, można było zdaniem znawców planować budowę miasta. Jedynym pobliskim portem było Peluzjum, położone na przeciwległym, wschodnim krańcu Delty. Aleksander jednak pominął Kanopos i ignorując logikę i zdrowy rozsądek nakazał założenie miasta z dala od życiodajnej rzeki. Nie dowiemy się nigdy, co nim powodowało, ale decyzja była genialna – osadzanie się piasku i mułu rzecznego spowodowało, że po wiekach odnoga kanopijska zanikła, w ogóle przestała istnieć. Przyjmijmy więc, że tym, co zachwyciło Aleksandra była mała, niepozorna wysepka Faros. Kazał ją połączyć z lądem stałym przez potężne molo o długości 7 stadiów – około 1,5 kilometra – przez co zostało nazwane Heptastadionem. Po obu stronach Heptastadionu powstały dwa porty morskie, a dalej, na wąskim paśmie piasku i białych skał wapiennych zaczęło rozrastać się miasto, Aleksandria. Przez długie wieki jej wizytówką był jeden z cudów starożytnego świata, budowla, która przetrwała i działała 1300 lat. Latarnia w Faros. Zbudowana na polecenie Ptolemeusza I. Za architekta, projektodawcę i wykonawcę uznaje się Sostratosa, o czym ma świadczyć zachowana, pierwotnie ukryta pod tynkiem, wyryta w kamieniu inskrypcja: Sostratos, syn Deksyfanesa, poświęcił tę budowlę bogom ocalenia, w imieniu wszystkich tych, którzy żeglują po morzach. Niektórzy skłonni są podejrzewać, że architekt umieścił ten przekaz, wzorem budowniczych egipskich piramid, w tajemnicy przed królem. Brzmi to sensacyjnie, ale z prawdą raczej nie ma wiele wspólnego. Zdecydowanie nie te czasy i nie ten faraon, a przede wszystkim nie ta osoba – Sostratos nie był żadnym anonimowym architektem, ani niewolnikiem, który potrzebował przechytrzać swego władcę. Pochodził z Knidos, położonego w Karii na wybrzeżu Azji Mniejszej, w sąsiedztwie wyspy Kos. Interesujące jest to, że według Strabona miasto składało się z części reprezentacyjnej, leżącej na wyspie, połączonej z dzielnicami leżącymi na lądzie stałym … długim molem. Czyżby Knidyjski Heptastadion? Aleksandria mogła więc przypominać Sostratosowi jego miasto rodzinne. W każdym bądź razie Sostratos był powszechnie znany, ceniony i bogaty, przynależał do ścisłego grona przyjaciół i doradców Ptolemeusza i z całą pewnością sam wniósł, być może nawet znaczny, wkład finansowy w ten projekt. Strabon wspomina o nim jako o przyjacielu królewskim, a epigramatyk Posejdippos, który zwiedzał latarnię w parę lat po jej zbudowaniu, w jej poetyckim opisie mówi wyraźnie, że wzniósł ją Sostratos Knidyjczyk, syn Deksyfanesa. Był też Sostratos znakomitym dyplomatą i to jemu właśnie zawdzięczał Ptolemeusz bardzo w tamtym okresie potrzebny Egiptowi pokój z Antygonem Gonatasem. Miał również inne zasługi i zapewne nie bez powodu wyrocznia w Delfach, w tamtym okresie może już mniej znacząca, ale wciąż jeszcze sławna, uczyniła go swoim proksenosem, czyli oficjalnym przedstawicielem w Aleksandrii. Autorem pogłoski o chytrym podstępie twórcy Faros jest prawdopodobnie Lukian z Samosaty, pisarz dowcipny, czasem prześmiewczy, zwykle sardoniczny.

Budowa latarni trwała ok. 14-20 lat, a uroczyste otwarcie odbyło się w 279 p.n.e. Miała kształt graniastosłupa, na którym ustawiono węższy graniastosłup sześcioboczny, a ponad nim część cylindryczną. Wszystko zdobiły okładziny z marmuru i posągi delfinów z brązu. Na szczyt zaś prowadziła spiralna pochylnia. Większość historyków jest zgodna co do tego, że wewnątrz prawdopodobnie zainstalowane były dźwigi do transportu opału. Wieńczył ją ogromny posąg boga Heliosa, a u wejścia stały dwie kolosalne figury przedstawiające Ptolemeusza I i jego żonę, Berenikę – odnalezione w czasie podmorskich wykopalisk w latach dziewięćdziesiątych   dwudziestego wieku. Latarnia w Faros była jednak czymś więcej niż tylko latarnią – na jej 120 metrach wysokości, co odpowiadałoby dzisiejszym 40 piętrom, znajdowały się także mieszkania pracowników obsługi, konserwatorów, personelu administracyjnego, strażników. Była też więc domem, domem dla dziesiątków, może setek ludzi. Światło z niej widoczne było z odległości około 50 kilometrów. To optimum, odległość maksymalna przy jej 120 metrach – zakrzywienie powierzchni Ziemi nie pozwala z większego dystansu dojrzeć świateł latarni o tej wysokości. Dzieło Sostratosa budziło podziw, trwało, ratowało życie, wskazywało drogę przez 1300 lat. Nadgryzły ją, a potem ostatecznie zrujnowały potężne trzęsienia ziemi. Pierwsze, z epicentrum na Krecie, przyszło o świcie 8 sierpnia 1303. Miało co najmniej 8 stopni w skali Richtera, co dla wszystkich, którzy znają tę skalę podpowiada ogromne zniszczenia. Kreta ucierpiała bardzo mocno, a przede wszystkim Heraklion, ówczesna Candia, które zostało zrównane z ziemią, ale trzęsienie było odczuwalne również na odległym Peloponezie, na Rodos, w Antiochii, na Cyprze, a nawet w oddalonym o tysiąc kilometrów Konstantynopolu. Spowodowało też dziewięciometrową falę tsunami, która zniszczyła większość murów miejskich Aleksandrii, wiele stojących w porcie statków wyrzuciła na ponad trzy kilometry w głąb lądu, podmyła setki budowli i uśmierciła tysiące ludzi. Latarnia przetrwała, ale dokładnie w dwadzieścia lat później przyszło kolejne trzęsienie ziemi i potem jeszcze jedno, w 1375 roku, i dopiero to ostatecznie pokonało tę dumną wieżę. Po trzecim ciosie pozostały z niej jedynie gruzy, których potem użyto do budowy fortu. Trwała jednak budząc podziw ponad 1300 lat. To długi czas. To cała wieczność. Niewiele budowli dostąpiło takiego zaszczytu.

The Hunger Games

Kolejny zamach na turystów. Tym razem w Egipcie. Dokładna liczba ofiar nie jest jeszcze znana albo też władze egipskie wolą zachować tymczasem milczenie w tej kwestii.

Cała ta zabawa przypomina The Hunger Games: w krajach islamskich fundamentaliści polują na turystów, turyści o tym wiedzą, a jednak jeżdżą tam dobrowolnie, przebywają w zamkniętych, strzeżonych enklawach, niczym w więzieniu, nieustannie narażeni na utratę życia lub kalectwo, ale najwyraźniej łudzą się, że uda im się, że nie będą ofiarami,  że nie zostaną upolowani, nie tym razem.

Dwa ważne cytaty

Yuval Nooah Harari „Sapiens – Od zwierząt do bogów”: Podobnie jak przedstawiciele elit starożytnego Egiptu w większości kultur ludzie poświęcają czas na budowanie piramid. Zmieniają się tylko nazwy, kształty i rozmiary tych piramid. Mogą na przykład przybierać postać podmiejskiej rezydencji z basenem i wiecznie zielonym trawnikiem albo luksusowego penthouse`u z zapierającym dech w piersi widokiem. Niewielu kwestionuje mity, które sprawiają, że w ogóle pragniemy piramidy.

Od czasów rewolucji francuskiej ludzie na całym świecie stopniowo zaczęli uznawać równość i wolność jednostki za wartości fundamentalne. Lecz obie wartości wzajemnie sobie przeczą. Równość można zapewnić tylko przez ograniczenie swobód warstwom uprzywilejowanym. Dążenie do zapewnienia każdej jednostce prawa do postępowania wedle własnej nieskrępowanej woli nieuchronnie uderza w równość. Całą polityczną historię świata po roku 1789 można postrzegać jako kolejne próby pogodzenia tej sprzeczności.

Trzy cytaty

Elmer Pendell  ”Why Civilizations Self-Destruct”: Dlaczego starożytne królestwo Egiptu, wspaniała cywilizacja, rozsypało się w pył w obliczu najlżejszego ataku? Po prostu, mniej zdolni mieli najwięcej potomstwa, a wysoki poziom organizacji społecznej pozwolił takiemu potomstwu przetrwać i samemu się rozmnożyć.”

Herbert Spencer, „Principles of Sociology”: Wykarmianie nicponi kosztem dobrych jest skrajnym okrucieństwem. To jest rozmyślne gromadzenie nieszczęść dla przyszłych pokoleń. Nie ma większej klątwy dla potomków, niż zapisanie im w testamencie powiększającej się populacji imbecyli. Jeśli nie skorygujemy naszego nastawienia co do praw tych, którzy ciągną nas w dół, Stany Zjednoczone Ameryki wkrótce powielą wzór dany przez wcześniejsze (i wymarłe) cywilizacje Zachodniej półkuli: Majów i Inków.

Bertrand Russell : Najinteligentniejsze jednostki mają najmniej potomków, i nie płodzą liczby potomstwa wystarczającej do zachowania ich stałej liczby. Jeżeli nie zostaną odkryte nowe bodźce, aby skłonić je do rozmnażania się, wkrótce będzie ich zbyt mało, żeby dostarczyć inteligencji potrzebnej do utrzymania wysoko technicznego i skomplikowanego systemu. Dalej, musimy się spodziewać, przynajmniej na następnych sto lat, że każde pokolenie będzie z natury głupsze niż poprzedzające je, i stopniowo staniemy się niezdolni do dzierżenia nauki, którą już posiadamy.