W Polsce w rozmowach z ludźmi często zdarza się usłyszeć, że są kosmopolitami. „Jestem kosmopolitą”, cały świat jest moją ojczyzną, te wszystkie banały i frazesy, bezmyślnie i chętnie klepane podczas towarzyskich spotkań. Nie wierzę nikomu, kto twierdzi, że uważa się za obywatela świata i nie jestem w stanie takiego człowieka potraktować poważnie. Deklaracja jestem kosmopolitą, pyszałkowata i bezczelna, podpowiada mi, że taka osoba nie ma najmniejszego pojęcia o tym, jak złożona jest nasza rzeczywistość. Wyobrażam sobie, jak bardzo taki osobnik dalej byłby dumnym bezpaństwowcem, gdyby zdarzyło mu się znaleźć gdziekolwiek indziej niż w jego spokojnym i bezpiecznym otoczeniu, choćby w slumsach jakiegoś meksykańskiego miasta opanowanego przez gangi czy na terytoriach kalifatu rządzonego przez Isis. Kosmopolityzm to luksus na który stać jedynie bogatych i sytych. Bieda, a tym bardziej nędza, nie mają szans na kosmopolityzm. Nasz świat nie jest i nigdy nie będzie kosmopolityczny. Poza wąską grupą ludzi absolutnie najbogatszych kosmopolityzm nie jest niczym innym jak tylko bezmyślnym kalaniem swego gniazda. Patria mea totus hic mundus est, napisał Seneka, słynny stoik, w „Liście do Lucyliusza”, ale przeżył traumę, gdy cesarz Klaudiusz zesłał go na Korsykę, tylko na Korsykę, a nie na przykład do barbarzyńskiej Scytii, który to świat na pewno nie byłby jego ojczyzną. Stoicy zresztą nie twierdzili, że bycie obywatelem świata wymaga dystansowania się od swoich poleis. Diogenes Laertios pisze, że wierzyli oni, iż dobroć wymaga od ludzi służenia i poświęcenia się dla innych osób najlepiej jak się potrafi, ale służenie wszystkim ludziom na równi jest niemożliwe, zatem najlepsza forma poświęcenia wymaga politycznego zaangażowania – czyli działania w polis, we własnym mieście. To prawda, że obecnie technika niemal z dnia na dzień przekracza nowe granice, ale przekonanie, że ludzie stali się przez to sobie bliżsi, jest niebezpieczną iluzją. Zwodnicza i krucha e-bliskość nie ma wiele wspólnego z fizyczną i tradycyjną zażyłością międzyludzką, a świat z każdego miejsca na Ziemi wygląda całkiem inaczej.
Tag: Korsyka
Teodozjusz II
Antyczny świat został ostatecznie pogrzebany za rządów cesarza Teodozjusza. Edykty z 391 i 392 roku zakazywały absolutnie wszystkich form tradycyjnego kultu, zabroniono nawet palenia kadzidła i oddawania czci larom. Bezwzględnie niszczono posągi bogów, świątynie i amfiteatry. Pod rządami tego cesarza — przez chrześcijan określanego mianem Wielki — dokonano totalnej separacji społeczeństwa od prawdziwych duchowych korzeni Europy. Przedchrześcijańskie instytucje, dzieła sztuki, budowle, obyczaje i zwyczaje zostały skazane na zapomnienie i śmierć. Igrzyska olimpijskie zlikwidowano w roku 393. Znikły one z rzeczywistości europejskiej na 1503 lata. Wznowiono je w Atenach dopiero 6 kwietnia 1896. Teodozjusz w swoim dekrecie z roku 423 oświadczył dumnie: paganos qui supersunt, tamquam iam nullos essse credamus (pogan, którzy pozostali, uznajemy za już nie istniejących). Mieszkańców prowincjach zachodnich cesarstwa, odmawiających przyjęcia wiary w Chrystusa, jeszcze u schyłku V wieku deportowano na Korsykę i Sardynię. Na Wschodzie, w połowie VI wieku, czyli w czasach panowania Justyniana I, siłą ochrzczono ponad 70 tysięcy ludzi, a w roku 529 zamknięto jedną z ostatnich ostoi ducha europejskiego — Akademię Ateńską. Nowa religia, chrześcijaństwo, wprowadziła się do Europy nie przez głoszoną miłość, lecz gwałt.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.