Zawsze zastanawiałem się, dlaczego Niemcy, którzy przegrali II wojnę światową … wygrali tę wojnę. Dzisiaj myślę, że złożyło się na to kilka istotnych czynników. Jednym z nich, ważnym, ale wcale nie najważniejszym, był na pewno potencjał gospodarczy, a wbrew powszechnemu przekonaniu o zniszczeniach wojennych Niemiec, był on wcale niemały – na niemieckie potrzeby wojenne przez wiele lat harowała przecież cała Europa. Rabunki, praca przymusowa, rekwizycje, konfiskaty i wszelkiego rodzaju kradzieże, dokonywane w czasie wojny nie tylko przez państwo, ale i osoby prywatne, bardzo wzbogaciły ich majątek. Innym aspektem była wyjątkowo bezczelna i sprytna polityka historyczna – już w latach 50-tych zainicjowali oni program zastępowania terminów „Niemcy” i „niemieckie” na „nazistów” i „nazistowskie”. Było to realizowane konsekwentnie i bez względu na przynależność do stronnictw politycznych. Nie miało żadnego znaczenia, kto w danym momencie steruje krajem. Polityka historyczna pozostawała bez zmian. Bez odstępstw i bez skrupułów. W konsekwencji jeszcze i dzisiaj większość Europejczyków i świata nie ma wątpliwości, że Niemcy są dobrzy, źli byli tylko naziści, ale ich już nie ma, natomiast obozy koncentracyjne i zagłada Żydów jest dziełem Polaków. Innym, równie ważnym elementem tej szarady sukcesu, były media. Niemieckie media, jak w większości normalnych krajów, reprezentują przede wszystkim interesy państwa. Ani dla ich właścicieli ani dla pracowników nie było żadną tajemnicą, że kształtowanie opinii zarówno ich własnych obywateli, jak i opinii na zewnątrz, jest niezbędne dla formowania pozycji ich kraju na zewnątrz i właściwej postawy ich własnych obywateli wobec państwa. W przeciwieństwie do zidiocenia, które obserwujemy w Polsce, w Niemczech zawsze doskonale rozumiano, że sytuacja, gdy większość rynku medialnego znajduje się w rękach kapitału zagranicznego jest czynnikiem destabilizującym państwo, czynnikiem chaosu politycznego, strukturalnym wynaturzeniem, które niczego dobrego nie rokuje. Sądzę, że obserwując to, co obecnie dzieje się w tej kwestii w Polsce, której poprzednie rządy bezmyślnie zaszczepiły tego wyjątkowo złośliwego wirusa, muszą mieć dużo satysfakcji. Dla polityków niemieckich, bez względu na przynależność partyjną, naczelnym interesem był i wciąż jest interes i dobro Niemiec. Ich służbom wpojono, że niezależnie od tego, jaka partia w danym momencie rządzi, oni zawsze pracują dla Niemiec. Dotyczyło to również niemieckich przedsiębiorców, którzy rozumieli, że prowadzone przez nich interesy mają nie tylko pomnażać ich prywatne majątki, ale i wzmacniać siłę gospodarczą ich kraju. Gospodarka jest przecież jednym z narzędzi ekspansji każdego państwa, czyż nie?
Tag: media
Grypa i inne
Medyczne statystyki notują zdumiewający spadek zachorowań na grypę i przeziębienia, tak przecież zwykłych i powszechnych o tej porze roku. Tym razem nie ma żadnej grypy, prawie nigdzie. Proponuję następujące alternatywne wyjaśnienie: albo koronawirus wymordował populację neandertalczyka czyli grypy albo nikt nie chce przyznawać się do przypadłości tak banalnych, niemodnych, prawie wulgarnych. Grypa od dawna już nie jest medialna, nie da się nią ani pochwalić ani zaimponować. Koronowirus natomiast, pandemiczny i apokaliptyczny, posiada wszystkie wymagane walory, a na dodatek budzi lęk i szacunek. Celebryci i artyści natychmiast podchwycili szansę – co przytomniejsi z nich pochorowali się na koronawirusa bez chwili namysłu, nie dając się prosić, namawiać czy przekonywać, jak to zwykle ma miejsce. Przeciwnie, zachorowali chyżo i ochoczo, a potem wyczerpująco raportowali w społecznościowych mediach o swoich cierpieniach i o tym, jak dzielnie je pokonywali. Nikt więc, kto jest choćby trochę à jour z tym, co ważne i aktualne na świecie, nie będzie obecnie kompromitował się grypą czy przeziębieniem, bo chorować na niemodną chorobę jest przejawem absolutnie skrajnego niechlujstwa intelektualnego, o czym zdaje się nie wiedzą jeszcze tylko chłopcy od statystyki. Nota bene, obecnie raportuje się również znaczny spadek chorób wenerycznych. Nietrudno odgadnąć, że jest to zasługą używania maseczek i intensywnej dezynfekcji … rąk.
Drobna różnica
Polskie media kłamią. Kłamią bezczelnie i prymitywnie. Nie wysilają się nawet, by zachować pozory czy odrobinę dziennikarskiej przyzwoitości lub – w ostateczności – okazać choćby gram szacunku dla inteligencji czytelników. Dwa przykłady. Pierwszym jest portal internetowy „Wirtualna Polska”, gdzie pojawił się artykuł o dramatycznym tytule „Szwecja się przeliczyła? Wprowadza obostrzenia”. Dowiadujemy się z niego, że w Uppsali szaleje covid. Stała się więc pierwszym szwedzkim regionem, w którym zastosowano ograniczenia. I dalej informacja, że w Uppsali zaleca się: unikanie organizowania imprez, spotkań towarzyskich i kontaktów fizycznych z osobami, z którymi się nie mieszka jak i unikanie podróżowania środkami transportu publicznego. Pojawiły się też: surowsze zalecenia dla sklepów, obiektów sportowych i miejsc pracy w Uppsali. Miejsca te powinny ograniczać liczbę odwiedzających. Jednocześnie jeśli to możliwe, mieszkańcy Uppsali powinni przejść na pracę zdalną. Według autora artykułu decyzja obowiązywać będzie dwa tygodnie.
Przyjrzyjmy się tym naiwnie makiawelicznym kombinacjom. Czy covid istotnie szaleje w Szwecji? Nie. Wzmożone przypadki covida odnotowano przecież, jak wynika z artykułu, w Uppsali, która nie jest zresztą regionem, jak to formułuje autor, lecz 150-tysięcznym uniwersyteckim miastem w Upplandzie, położonym mniej więcej 35 kilometrów od lotniska w Arlandzie. Kto więc wprowadza obostrzenia – Szwecja czy Uppsala? Czy miasto Uppsala jest równoznaczne z całą Szwecją? I czy na pewno obostrzenia? Dalej dowiadujemy się bowiem, że w mieście zastosowano ograniczenia, a już w następnym zdaniu, że są to w istocie zalecenia. Dziennikarz Wirtualnej Polski ma najwyraźniej poważne braki w wykształceniu i nie jest w stanie dostrzec żadnej różnicy między słowem „obostrzenie”, czyli przepis zwiększający surowość jakiegoś prawa, a słowem „zalecenie”, sugerującego zalety pewnego typu zachowań (w tym wypadku). A różnica jest kolosalna, bo „zalecenie” nie ma mocy prawnej i nie musi być przestrzegane. Nie wiadomo też w czym Szwecja przeliczyła się, jak to sugeruje tytuł, skoro informacja dotyczy tylko jednego miasta na północy kraju.
Drugi artykuł pod tytułem „Koronowirus. Szwecja wprowadza obostrzenia” pochodzi z portalu internetowego Interia. Dowiadujemy się z niego, że kolejne trzy regiony zaostrzyły restrykcje: Halland, Oerebro oraz Joenkoeping, polegające m.in. na utrzymaniu limitu 50 osób w przypadku zgromadzeń publicznych. W tych częściach Szwecji zaleca się unikania kontaktów poza osobami z gospodarstwa domowego oraz korzystania z komunikacji publicznej. Wcześniej podobne rekomendacje wprowadziły m.in. regiony Sztokholm, Goeteborg, Uppsala, a także Malmoe. I tu już mamy pełny bełkot, bo dowiadujemy się, że trzy szwedzkie regiony wprowadziły restrykcje (czyli ograniczenie czyichś praw, czyjejś wolności w celu wywarcia na kimś presji) podtrzymując limit 50 osób w przypadku zgromadzeń publicznych, czyli podtrzymując ten sam limit, który obowiązuje od początku epidemii. Reszta dotyczy jedynie zaleceń, których nie należy w żadnym wypadku mylić z obostrzeniami czy restrykcjami, są bowiem jedynie sugestią, jak można postępować, a nie jak bezwarunkowo trzeba; na przykład pod presją sankcji karnych, jak to ma miejsce w Polsce.
Szwecja nie ma obecnie w Polsce dobrej prasy. Szwecja od początku histerii z Covid-19, czyli kolejnej wersji trywialnej corocznej grypy, przyjęła zdecydowanie inne, rozsądne i przytomne stanowisko, i tym samym skazała się na sytuację outsidera. Nikt nie lubi outsiderów. Outsider jest czarną owcą, różni się od nas, białych, ślicznych i bezmyślnych owieczek i jest oczywiste, że go nie lubimy. I nigdy mu nie darujemy, że nie jest taki jak my. I jesteśmy z tego, my, potulne, białe owieczki, bardzo dumne – czyż nie?
Bizancjum
Cesarstwo Wschodniorzymskie, Cesarstwo Bizantyjskie, Bizancjum. Znamy te określenia, słyszeliśmy je zapewne wiele razy. Bardziej dociekliwi wiedzą nawet, że powstało w ramach podziału imperium rzymskiego, że istniał jakiś kodeks Justyniana, słyszeli coś o cesarzowej Teodorze, o upadku Konstantynopola, o bizantyjskim zbytku i przepychu, o bizantyjskiej przewrotności i obłudzie. Media również używają czasem, zwłaszcza gdy mowa o przywilejach władz, naładowanych pejoratywnie określeń typu „bizantyjskie zwyczaje”, „bizantyjska czołobitność”, „bizantyjska polityka”. Zwykle jednak gdzieś w tym miejscu, mniej więcej, kończy się nasza powszechna wiedza o Bizancjum. Czy nie wydaje się to być dziwne? W szkole nawet w moich, zamierzchłych już czasach, o Bizancjum ledwo wspominano, a podejrzewam, że w tej chwili jest jeszcze gorzej i nazwa ta wcale nie pojawia się na lekcjach historii. Spotkałem ludzi, którzy uważają, że Istambuł zawsze nazywał się Istambuł, a Konstantynopol to takie starożytne miasto, które już od dawna nie istnieje. Potrafimy, gdy zachodzi potrzeba, zadać gwałt naszej pamięci i wymienić kilka imion cesarzy rzymskich, powieści, filmy i telewizyjne seriale spopularyzowały co bardziej malownicze postacie, jak Kaligula, Klaudiusz, Cezar czy Neron, ale czy z równym powodzeniem udałoby się nam wymienić kilka imion z długiej listy cesarzy bizantyjskich? Z całą pewnością – nie. O Bizancjum wiemy mało. Zgoła nic. Przez tysiąc lat to wspaniałe, a tak słabo dziś znane państwo, walczyło o to, żeby Europa mogła być tym, czym jest obecnie. Stworzyło niezwykłą, barwną i twórczą cywilizację, która łącząc ortodoksyjne chrześcijaństwo z pogaństwem, klasyczne greckie wykształcenie z rzymską sprawnością administracyjną, zdołała przez tysiąc lat stawiać opór nawale islamu. A my prawie nic o tym nie wiemy. Bizancjum nie ma w naszej pamięci. Bizancjum nie jest częścią naszej historii. Jak to jest możliwe? Czy nie jest to wynikiem szkalującej i wrogiej propagandy ze strony uczestników zachodnich krucjat? Krucjat, które zamiast walczyć z islamem, zajmowały się rabunkiem bogatego Konstantynopola, jak „słynna” krucjata z roku 1204, gdy „bogobojni” krzyżowcy wdarli się do miasta, plądrując je przez trzy dnie i urządzając bezprzykładną rzeź jego chrześcijańskich mieszkańców? Ten moment to nie tylko zdobycie chrześcijańskiej stolicy przez innych chrześcijan, rabunek i zniszczenie bezcennych zabytków wspólnej kultury, ale również zniszczenie ciągłości Cesarstwa Bizantyjskiego. Może w naszej, europejskiej niechęci do mówienia, a już szczególnie mówienia o Bizancjum dobrze, leży coś więcej niż zwykły brak zainteresowania tym niby „orientalnym tematem”? Może nie chcemy pamiętać o tamtej zbrodni albo – jeżeli już nie da się jej ukryć – przynajmniej pomniejszyć jej rozmiary szkalując pokonanego? Stara, wypróbowana taktyka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że opinia o Bizancjum została ukształtowana przez zachodnioeuropejskich przywódców ruchu krucjatowego, że jest ich wątpliwym alibi, obrosłym w ciągu setek lat kłamliwymi mitami i stereotypami, alibi, które my wciąż bezmyślnie powtarzamy. No cóż, Bizancjum upadło, a historię – jak zawsze i wszędzie – pisali zwycięzcy.
Media
Media mają wiele zbrodni na sumieniu, ale największą z nich jest to, że stworzyły celebrytom wszelkiej maści możliwość wypowiadania się o wszystkim, na każdy temat, tym samym dając im złudne przekonanie, że są mądrzy, wszechwiedzący i wyjątkowi. Spójrzmy na programy telewizyjne, Facebook, Instagram. Jest to istny taniec św. Wita, konwulsywny, żałosny bełkot uzależnionych od bycia w mediach czy na portalach plotkarskich ludzi, którzy za fakt utrzymania się tam sprzedadzą wszystko: siebie, swoje wrzody, swoich najbliższych, swoje flaki, swoje dzieci i waginy, piersi, szafy i sypialnie. Niewiele więcej zresztą mają do sprzedania. Kiedyś się to leczyło. Dzisiaj się na tym zarabia – ekshibicjonizm.
Pippa Middleton
Pippa Middleton wychodzi za mąż, Pippa bierze ślub, ”ślub roku”, światowe media oczarowane, znalazły nareszcie godny temat. Pippa bierze ślub. Nie wojny, nie cała polityczna nędza, nie zbrodnie, ale ślub Pippy. W naszej rzeczywistości nie wydarza się nic godniejszego uwagi niż jej ślub. Pippa bierze ślub. Każdego dnia, przez okrągły rok, na wszystkich kontynentach różne Pippy biorą ślub. Ale media sikają po nogach z zachwytu tylko dla tej jednej Pippy. Kim jest ta Pippa? Kim jest Pippa? Słynną pisarką, wybitną artystką, wspaniałym sopranem czy altem, Marią Callas czy Edith Piaf, nową Marią Skłodowską Currie, czy może Margaret Thatcher..? Nie, Pippa jest siostrą innej Pippy, która wcześniej wzięła słub. Wydarzenie roku, media z całego świata, zachwyt, uczone rozprawy na temat szczegółów jej sukni, filozoficzne rozważania o jej fryzurze, namaszczone dysertacje o kształcie jej nosa. Pippa bierze ślub. Czyż to nie cudowne, że na tej szczęśliwej, spokojnej i radosnej planecie nie mamy innych ważnych wydarzeń?
Media kłamią
W jakiejś niedawno odbytej rozmowie użyłem określenia „media kłamią”. Chyba jednak niesłusznie. Media w naszych społeczeństwach, społeczeństwach Zachodu, kłamią rzadko. Nasze media używają techniki nieporównywalnie skuteczniejszej – one zatajają. Jest to i skuteczniejsze i znacznie bardziej bezpieczne. Kłamstwo jest antytezą prawdy, kłamstwo można stosunkowo łatwo zdemaskować i wtedy traci się wiarygodność, a to w tej branży oznacza zawsze poważne konsekwencje. Nikt natomiast nie może nam zarzucić tego, że preferujemy takie, a nie inne wybory. Nikomu nic do tego, że wolimy pisać czy mówić o jakimś bezmyślnym stworzonku typu Paris Hilton czy Kardashian, a nie o zbrodniach Hamasu albo że piszemy tylko i wyłącznie o pewnym, interesującym nas, aspekcie pewnego zjawiska i pomijamy to, co wydaje się mało istotne, chociaż właśnie to jest istotne. Nasz wybór, nasza sprawa. Nikt nie może mieć o to pretensji. W ten prosty sposób nie ma już cenzury. Jest marketing. I on jest cenzurą.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.