Meczet pod Wawelem

Islamska fundacja Al-Fadżr rozpoczęła publiczną zbiórkę pieniędzy na budowę przy ul. Dworskiej  w Krakowie meczetu. Jak zwykle przeciwnicy tej inicjatywy protestują, a tzw. liberałowie argumentują, że wszystkie religie są równoprawne. Czy rzeczywiście wszystkie religie są równe, a tym bardziej równoprawne? Żyjemy w demokracji, jakakolwiek ona jest, a sensem politycznym demokracji jest samorządzenie. Aby to mogło być realne, potrzebna jest pewna grupa ludzi, którą łączą wspólne interesy i wspólne sprawy do rozwiązania, potrzebna jest więc wspólnota celów i interesów. Jednak w momencie, gdy w jakiejkolwiek wspólnocie pojawiają się muzułmanie, znikają wspólne interesy i wspólne cele. Muzułmanie mają własne interesy i własne cele i są one absolutnie niekompatybilne, nie do pogodzenia z interesami tych, którzy do muzułmańskiej społeczności nie przynależą. Europejczycy, a tym i Polacy, wydają się nie wiedzieć lub nie chcą wiedzieć, że islam jest systemem społecznym opartym na religii, a ta nie uznaje żadnych kompromisów. Islamu zmienić nie można, a więc wszystko inne musi być zmienione w islam. W niektórych krajach Europy już o tym wiedzą, w innych ledwo przeczuwają, ale mleko już się rozlało, procesu nie da się zatrzymać, Europejczycy zastawili na samych siebie dość prymitywną, ale wysoce skuteczną pułapkę. Rozwiązaniem byłby może Charles Martel, albo choćby Sobieski, ale takie rzeczy raczej nie zdarzają się dwa razy w tej samej opowieści.

Dobra, cicha metoda

W roku 1571 flota turecka złożona z 360 okrętów zbliżyła się do Cypru i dokonała desantu koło miasta Limassol. Co ironiczne, ludność grecka, licząc na poprawę sytuacji gospodarczej, sprzyjała Turkom i sama poddała Pafos, Limassol i Larnakę. Wojna trwała jednak jeszcze ponad rok i rozstrzygnęła się dopiero po upadku oblężonej przez 50 dni Nikozji 9 września 1570 r. Najdłużej broniła się Famagusta – aż do 6 sierpnia 1571 r.

Pierwszy turecki spis przeprowadzony właśnie w 1571 r. wykazał, że na Cyprze mieszkało wówczas około 180 tys. osób, z czego 150 tys. to ludność miejscowa (w większości Grecy), a 30 tys. osób stanowili … wojskowi tureccy.  To oni zostali pierwszymi osadnikami, otrzymując nadania ziemi w uznaniu za zasługi wojenne. Ta skromna początkowo grupa osób poza rolą kolonizacyjną miała także za zadanie zbrojną ochronę wyspy, ale już w kolejnych latach tureckiego panowania przymusowo przesiedlono z biednych obszarów Anatolii i Rumelii kolejne 30 tys. ludzi, by zagospodarować włości porzucone przez łacinników. Wraz z garnizonem wojsk tureckich populacja Turków stała się w ten sposób drugą po Grekach grupą etniczną na Cyprze.

To stara, wypróbowana metoda muzułmanów – korzystali z niej wielokrotnie na przestrzeni wieków. Zwykle nie pamiętamy albo też po prostu nie wiemy, że na przykład jeszcze w wieku XI Anatolia była grecka i arcychrześcijańska, ale już dwa wieki później zaczynają w niej  przeważać muzułmanie. Dzisiaj chrześcijanie nie stanowią tam nawet promila populacji.

Metoda podmiany populacji to okrutna, ale cicha metoda. Dzisiaj obserwujemy ją w Belgii. W samej Brukseli 73% dzieci i nastolatków do 17 roku życia ma już pochodzenie spoza EU. Dzieci belgijskie to jedynie 10%. Etniczni Belgowie w regionie stołecznym stanowią jedynie 22%. Łączna populacja Belgii to 11,8 mln, z czego niemal 3 mln to obywatele pochodzenia niebelgijskiego i ponad 2 mln to migranci bez obywatelstwa. W ramach programu łączenia rodzin każdego roku przybywa 60 tys. osób, głównie Arabów. W Belgii podmiana populacji nie jest więc już teorią, lecz faktem dokonanym. Może to już najwyższy czas, by pomyśleć o przeniesieniu głównej siedziby NATO na przykład do Warszawy lub Wilna?

Orchidektomia i penektomia

Nasze oprogramowanie, nazywane pospolicie inteligencją, pozwoliło nam osiągnąć szczyty w wielu dziedzinach życia, w sztuce, architekturze, w technice, a również w dziedzinie znęcania się nad naszymi bliźnimi. Wszystkie zwierzęta zabijają, lecz wymyślne okrucieństwo i tortury to wyłącznie ludzka specjalność.

Orchidektomia i penektomia. Pierwszy z tych „zabiegów” polegał na usunięciu ofiarom jąder, drugi zaś na wycięciu zarówno jąder jak i penisa. Tak „obsprawieni” młodzi mężczyźni zasilali potem haremy władców tego świata, których pożądliwość i zachłanność nie znały żadnych granic, jak zawsze i wszędzie. Kastraci byli drogim i poszukiwanym towarem. Najwięcej płacono za osobników z drugiej grupy, ci osiągali rekordowe ceny, ale w zasadzie każdy z nich i tak był wielokrotnie droższy niż zwykły niewolnik – porównywalne ceny osiągały jedynie najpiękniejsze młode kobiety. Podobno jedną z najsłynniejszych „klinik” produkujących eunuchów, a zarazem miejscem, gdzie najskuteczniej praktykowano tego typu zabiegi, był klasztor Zawiejet el-Deir. Mnichów z tego klasztoru uznawano za wybitnych specjalistów w procesie kastracji, dzięki czemu umieralność (utrzymująca się zwykle na poziomie 80 procent) była znacznie niższa. A sam zabieg przebiegał następująco: „Przywiązawszy chłopca do stołu mocno popręgami i postronkami, mnisi zakładali opaskę u podstawy członka, przewiązując silnie razem jądra i członek, i następnie ostrym narzędziem jednym zamachem obcinali wszystko od razu. Ażeby nie dopuścić do skurczenia się i cofnięcia do jamy brzusznej naczyń krwionośnych, co mogłoby spowodować krwawienie wewnątrzoponowe, prawie zawsze śmiertelne, mnisi zakładali ligaturę na powrózki nasienne, po czym polewali ranę wrzącą smołą lub rozpalonym żelazem. Do cewki moczowej wkładano patyczek, żeby nie zarosła. Po tym zabiegu, pełnym okrucieństwa, zakopywano chłopców w piasek do pasa na kilka dni, nie dając im wcale jeść ani pić. Kto przetrzymał, tego odkopywano, po czym zakładano na ranę opatrunek z pakuł zamaczanych w oliwie”. Nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie rozmiarów tego bólu.

Najchłonniejszym rynkiem zbytu dla takich „produktów” był naturalnie – poza Kościołem katolickim, rozkochanym w anielskich chórach kastratów – świat islamu, ale w związku z tym, że Koran zabraniał kastracji, muzułmanie, mistrzowie obłudy, sami nie parali się tym ohydnym procederem, zlecając go łaskawie chrześcijanom i Żydom.

Salman Rushdi

Irańska Fundacja Wdrażania Fatw Imama Chomeiniego wyraziła uznanie dla człowieka, który w zeszłym roku zaatakował pisarza Salmana Rushdiego. Napastnikiem był 24-letni szyicki muzułmanin z New Jersey, który w trakcie imprezy literackiej w Nowym Jorku wbiegł na scenę i zadał pisarzowi kilka ciosów nożem. Salman Rushdie w wyniku ataku stracił wzrok w jednym oku i władzę w lewej ręce. Irańska Fundacja Wdrażania Fatw przyznała napastnikowi nagrodę w postaci 1000 metrów kwadratowych ziemi rolnej, a Mohammad Esmail Zarei, sekretarz Fundacji, złożył mu gratulacje: „Szczerze dziękujemy za odważny czyn młodego człowieka, który uszczęśliwił wszystkich muzułmanów.

Dla tych, którzy nie wiedzą, kim jest Salman Rushdie: nie jest tyranem z jakiejś bananowej republiki, nie jest poszukiwanym przez Interpol mordercą, nie jest zbrodniarzem jak Putin, Kim Dzong Un czy któryś ze zboczonych irańskich ajatollahów, nie jest terrorystą, liderem apokaliptycznej sekty, szefem mafii czy gangu handlującego narkotykami. Salman Rushdie jest świetnym pisarzem, autorem znakomitej powieści „Szatańskie wersety”, używa mózgu i rozumu i to wystarcza, by skazać go na śmierć. Gdy opętany islamski mnich Chomeini wydał na niego wyrok śmierci, na ulicach europejskich miast, z wyrazami poparcia dla tej decyzji, pojawiły się tłumy zdziczałych muzułmanów, nominalnych obywateli Europy. Głosów sprzeciwu i oburzenia tym barbarzyństwem prawie nie było. Żyjemy w światłych czasach.  

Kalif

Muzułmanie nie wiedzą, co znaczy uczestnictwo we władzy. Dla muzułmanów jest to dość puste pojęcie, bowiem islamska doktryna wpaja im od dziecka, że prawo nie pochodzi od człowieka, lecz od Boga, a więc jedyną dopuszczalną formą ludzkiej władzy może być władza wykonawcza – czyli taka, która ogranicza się do wcielania w życie boskich praw i nakazów. Jest to retoryka, którą stosuje się we wszystkich meczetach, także i tych, które uznajemy za normalne i dalekie od propagowania fundamentalistycznych idei. Zachodni ustrój polityczny, z politykami i partiami politycznymi, jest im nie tylko obcy, ale i całkowicie zbyteczny – kalif wystarczy w zupełności. Praw nie ustanawia się. Prawa są dane. Kalif ma dopilnować, by były respektowane.

Wyobraźmy sobie

Wyobraźmy sobie hordy krzyżowców z Polski, Czech, Litwy, Ukrainy, Słowenii, Rumunii, Łotwy, i kilku innych krajów Europy Wschodniej, zdążające powiedzmy do Madrytu czy Kadyksu, okupowanych przez muzułmanów. Nie powinno to być aż tak trudne. Znamy to z historii. Wschodni krzyżowcy pokonują więc kolejne państwa, góry, rzeki i granice i pewnego dnia docierają do Paryża. I już nie posuwają się dalej. Podstępem zdobywają Paryż, dokonują rzezi jego mieszkańców, przez kilka dni grabią i rabują wszystko, co może przedstawiać jakąś wartość, a resztę niszczą i wydają na pastwę płomieni. Płonie Luwr, z obrazu Mona Liza pozostaje tylko rama ziejącą pustką, na posadzce leżą resztki strzaskanej Wenus z Milo, płonie paryska Biblioteka Narodowa i miliony jej bezcennych woluminów. Naoczny świadek tych scen, jakiś paryski Choniates, w swojej zapiskach z tych dni określi tych wschodnich barbarzyńców mianem „heroldów Antychrysta”. Inny, wzorem Mikołaja Mesaritesa, przedstawi ich jako bestie opętane żądzą wojny, bestie z wyrazem mordu i chciwości w oczach, odmaluje przejmujące sceny gwałtów i tortur, mordowania kobiet i noworodków. A potem zdobywcy, na ruinach Paryża, powołają do życia Cesarstwo Paryskie.

Niemożliwe? Trudno to sobie wyobrazić? A właściwie dlaczego? Właśnie to wydarzyło się w Konstantynopolu 12 kwietnia 1204 roku. Miasto zostało zdobyte podstępem przez hordy krzyżowców i przez kilka dni przeżywało orgię morderstw i rabunku. W jego dziewięćsetletniej historii wielokrotnie było oblegane przez pogan, ale tamtego dnia, kwietniowego dnia wpadło nie w ręce pogan, nie w ręce Turków czy Hunów, lecz współwyznawców, ludzi, którzy ślubowali wyzwolić z rąk muzułmanów Jerozolimę, ale zamiast udać się do Ziemi Świętej „wyzwolili” chrześcijańskie miasto nad Bosforem. Ot, drobiazg, niewinne przeoczenie. Po zajęciu Konstantynopola i wyniszczeniu Cesarstwa Wschodniego utworzono na jego miejscu Cesarstwo Łacińskie. Wielowiekowy dorobek kultury materialnej Cesarstwa, pamiątki i dzieła czasów starożytnych, wręcz mityczne skarby tego miasta zasiliły tabory i sakiewki rabusiów bądź po prostu uległy zniszczeniu.

Ponurą konsekwencją IV krucjaty był podział ziem cesarstwa między Bizantyńczyków i łacinników. Grecy utrzymali Epir, cesarstwo nicejskie i cesarstwo Trapezuntu. Łacinnicy zajęli Macedonię z Tesalonikami, Konstantynopol, Trację, Tesalię, Attykę, Peloponez, co ważniejsze wyspy Morza Egejskiego oraz północno-zachodnią część Azji Mniejszej. Michał VIII Paleolog, zdolny polityk, strateg i dyplomata, zdołał w roku 1261 przywrócić panowanie Bizantyńczyków w Konstantynopolu, ale z dawnego imperium pozostały już tylko szczątki. Bez mała cały Peloponez, księstwo Aten oraz wiele wysp pozostawało w rękach łacinników. Zachód, a przede wszystkim te rody feudalne, które zyskały fortuny na Wschodzie dzięki IV „krucjacie”, wcale nie zamierzały zresztą pogodzić się z utratą Konstantynopola. Groźba rekonkwisty bizantyńskiej, której głównym propagatorem był Karol Andegaweński, władca Sycylii, była bardziej niż realna. Cesarz, zagrożony więc od zachodu przez nową krucjatę i nieustannie atakowany od wschodu przez Turków, nie miał ani możliwości ani sił, by działać na dwa fronty. Musiał skupić się na zmaganiach z Zachodem, bo – paradoksalnie – był to przeciwnik nieporównywalnie groźniejszy w tamtym momencie. Efektem tego była tzw. unia lyońska, którą pozyskiwał papiestwo i neutralizował agresję łacinników. Owa unia zdołała ocalić Konstantynopol od kolejnej krucjaty, ale skłóciła i podzieliła wewnętrznie świat bizantyński. Los Cesarstwa był już przesądzony. Imperium Osmanów rosło tymczasem w siłę.

Tak, to Turcy zdobyli Konstantynopol. To prawda. Ale to nie oni zniszczyli Cesarstwo. Turcy, zdobywając Konstantynopol 29 maja 1453, zadali jedynie coup de grâce, cios łaski. Był to akt prawdziwego miłosierdzia, który pozwolił Cesarstwu odejść z desek dziejowej sceny z dumą i honorem. Miasto, opuszczone przez wszystkich, skazane tylko na siebie, walczyło i broniło się jeszcze przez pięćdziesiąt trzy dni, całą wieczność. Ostatni cesarz Bizancjum, Konstantyn XI, zginął w ulicznych walkach, a jego ciała nigdy nie odnaleziono.

Islam raz jeszcze

Czy muzułmanie mogą przyjąć cywilizację łacińską? Nie wydaje się to być możliwe i zapewne nigdy nie będzie. Hedonistyczna Europa, mająca infantylne problemy z tożsamością, od długiego czasu spychająca swą łacińską tradycję na drugi plan, nie jest już dla nikogo wystarczająco atrakcyjnym modelem, nawet dla samych Europejczyków. Dzisiejsza Europa, podobnie jak schyłkowy Rzym, weszła w etap symulakry, znaków pustych i bezużytecznych, i wydaje się beztrosko wróżyć z nich o wiecznotrwałości swojej cywilizacji.

Imperia upadają. Rzym także upadł, ale Rzym walczył i do końca marzył o odbudowaniu własnej potęgi. Tymczasem nasza zjednoczona Europa, zaślepiona wpojoną jej ideologią poczucia winy, opluwania własnych tradycji i swojej historii, uniżenie tudzież pokornie zaprasza swoich oprawców. Europa nie uznaje ani swoich tradycji ani własnej kultury za dobro wyższe. Wstydzi się ich. Rezygnuje z nich w imię karykaturalnie pojętej tolerancji. W sytuacji, gdy w zamachach giną jej obywatele, woli usprawiedliwiać przestępców niż karać ich czyny. Europa jest słaba i, co gorsza, bezmyślnie szczyci się swoją słabością. O ile w przypadku Rzymu barbarzyńcy musieli walczyć o swoje łupy, o tyle my przynosimy je sami, w zębach, bez walki. Co więcej: cieszymy się, że barbarzyńcy napływają, a ich gwałty, rozboje, zamachy, a także obyczaje, w sposób oczywisty stojące w sprzeczności ze wszystkim, czym jest Europa, uważamy za nasze kulturowe zwycięstwo.

Islamska kolonizacja, której jesteśmy świadkami, to wstęp do bezpardonowej anihilacji tego wszystkiego, czym jest nasza Europa. W dawnym Rzymie procesy barbaryzacji i romanizacji uzupełniały się, przynajmniej do pewnego stopnia. Armia rzymska ulegała barbaryzacji, ale również ci barbarzyńcy, którzy stanęli w jej szeregach poddawali się świadomie lub mniej świadomie romanizacji. Uczyli się dyscypliny i taktyki, nabywali umiejętności operacyjnych i taktycznych. Zjawiskiem bardziej rzucającym się w oczy była jednak zdecydowanie barbaryzacja, która zaważyła nie tylko na stanie armii, ale całego państwa i jego losach ostatecznie. Czy islamskie hordy, wdzierające się obecnie do Europy, mają podobny stosunek do naszej kultury? Nie miejmy złudzeń: napływający do Europy muzułmanie nienawidzą wszystkiego, co europejskie, a zwłaszcza wszystkiego co – chrześcijańskie. Islam to stan umysłu, cywilizacja oparta na określonym systemie wartości, a także totalny system prawny. Jego wyznawcy nie chcą i nie mogą mieć żadnych względów dla tego, co zastaną: ich jedyną opcją jest wymazanie dziedzictwa ziem, które zasiedlają i wprowadzenie własnych rozwiązań, uznawanych za jedyne słuszne i jedyne możliwe. Plemiona barbarzyńskie, które najechały Imperium Rzymskie, podziwiały je. Kopiowały rozwiązania polityczne i administracyjne, które tam zastały, uważając je za lepsze, niemal wzorcowe. Napływający do nas muzułmanie ignorują nasze prawa, domagają się własnych praw, żądają szariatu. Czy ci, którzy wysadzili w powietrze posągi Buddy w Afganistanie lub Palmyrę długo będą wahać się, co zrobić z posągami Grecji czy arcydziełami zgromadzonymi w naszych muzeach i świątyniach? Dla muzułmanów istnieje tylko dar al-islam (ziemia islamu) albo dar al-harb (ziemia wojny). Już dziś tańczą na naszych pogrzebach. Jutro będą tańczyć na naszych grobach.

 

Douglas Murray

Douglas Murray w pracy „Przedziwna śmierć Europy”: W grudniu 2014 roku łódź z ponad pięćdziesięcioma mieszkańcami Czarnej Afryki wyruszyła z okolic Nador w północnym Maroku w stronę południowego wybrzeża Hiszpanii. Po drodze zaskoczył ich sztorm. Kapitan statku, muzułmanin z Kamerunu, obwinił za to chrześcijańskiego pastora z Nigerii, który modlił się na pokładzie. Kapitan i załoga pobili pastora i wyrzucili go za burtę, a następnie tak samo postąpili ze wszystkimi pasażerami, w których rozpoznali chrześcijan.