Księgarnie w Polsce totalnie wypełnione produkcją zaimkową. Naturalnie, największym powodzeniem cieszy się zaimek „ja”. Opasłe pamiętniki sportowców, aktorów, kucharek, celebrytów, piosenkarek, gangsterów i ich żon, etc. Plotki, anegdoty, złośliwości, obmowy, niedyskrecje, pomówienia, żale. Ani śladu jakiejkolwiek myśli. Nic do powiedzenia, lecz gadulstwo niewyobrażalne. Literatura iście romantyczna – „ja” pyszni się bezwstydnie i panuje niepodzielnie. Obrazu dopełnia ekologiczno-liberalna, morderczo nudna i pusta proza Olgi Tokarczuk. Między tymi pseudoarcydziełami i bestsellerami, wciśnięte gdzieś w kątach półek, nieliczne perełki w rodzaju Harariego, Dennetta, Pinkera, Lentsa czy Oriany Fallaci. Okno wystawowe jednej z księgarń okupowały sporych rozmiarów lalki, w makijażach tancerek go-go z podmiejskiej knajpy i w kusych kostiumach kąpielowych panienek z serialu Baywatch. Nie byłem ciekaw, co „dają” w środku.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.